William Drake był, krótko mówiąc, zirytowany.
Miał wszelkie prawo, by być. Od początku sceptycznie podchodził do pomysłu swojego najlepszego przyjaciela, Edmunda Thwaites’a. Jak miał w zwyczaju, zamierzał odrzucić zaproszenie na coroczny zlot oksfordzkich profesorów historii. Nie przepadał za takimi imprezami. Szczególnie, jeśli odbywały się latem i wymagały spożywania kolacji na dworze, przy jednym z wielu stolików ustawionych na obszernym tarasie stojącej za miastem XVI wiecznej rezydencji będącej własnością organizatorki imprezy, Katherine Stone.
Edmund westchnął.
-Nie mogę już znieść tej twojej cierpiętniczej miny. To twój osławiony pesymizm sprawia, że źle się bawisz.
William przewrócił oczami. Jego blond włosy przyjaciel robił mu tego typu przytyki już cały wieczór.
Thwaites zerknął na zegarek.
-Czekasz na kogoś? –spytał ironicznie jego kompan.
-Jeśli musisz wiedzieć, to owszem. Powinna już tu być.
Kobieta? Czyżbym o czymś nie wiedział?
-Nareszcie –mruknął Edmund.
Oszklone drzwi otworzyły się i oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w tamtą stronę. Na taras weszła młoda dziewczyna. Bardzo piękna dziewczyna. Tak piękna, że nawet bardzo wybredny William patrzył z zainteresowaniem, jak nowo przybyła lekkim, ale zdecydowanym krokiem kieruje się do stolika, przy którym siedziała Katherine.
-Edmundzie, kto to jest? –z gardła Drake’a wyrwało się nieprzemyślane pytanie.
-Nie poznajesz jej? –zdziwił się jego towarzysz.
-Gdybym poznał, nie pytałbym –warknął Will. –Odpowiedz.
-Nienawidzę, gdy stosujesz na mnie swój nauczycielski ton –odparł lekko bezczelnie młody człowiek.
Tymczasem zjawiskowa dziewczyna skończyła krótką pogawędkę z Katherine i skierowała się do ich stolika. William wciąż nie mógł sobie przypomnieć, skąd ją zna. Nie sądził, by mógł zapomnieć kogoś takiego.
Kobieta była niewysoka, drobna, szczupła. Bardzo jasne, prawie białe włosy sięgające łopatek miała rozpuszczone. Nie były ani proste, ani całkiem kręcone i malowniczym nieładem opadały na zgrabne, lekko opalone ramiona. Jej szare oczy były duże i stanowiły dominujący akcent w trójkątnej twarzyczce o miękkich rysach. Nosek miała mały i zgrabny, a usta, podkreślone czerwoną pomadką, ładnie skrojone.
Ubrana była w zwiewną, kwiatową sukienkę odsłaniającą zgrabne nogi i sandałki na niewysokim koturnie. U biodra zwisała jej malutka, skórzana torebka.
-Edmundzie, przysięgam, jeśli zaraz…
-Och, no dobrze –żachnął się młodszy z mężczyzn. –To twoja dobra znajoma –zadrwił. –Elizabeth Vane, którą miałeś przyjemność uczyć i nie raz nazwać Panną Wszystkowiedzącą. Jeśli dobrze pamiętam, do szału doprowadzał cię fakt, że znała odpowiedź na każde twoje pytanie.
William osłupiał ze zdziwienia.
-Nie na każde –zdążył jeszcze odparować, nim jasnowłosa dotarła do ich stolika.
To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. To nie może być ta sama arogancka, czterooka panna, tak nieznośnie irytująca, męcząca, upierdliwa…
-Dobry wieczór, profesorze, Edmundzie.
Elizabeth usiadła i momentalnie zjawił się przy niej kelner, co dało Williamowi jeszcze chwilę na uważną obserwację.
Zmieniła się naprawdę nie do poznania. Uczył ją tylko przez rok i oceniał jako surowy materiał, choć dobry do szlifowania. Pełna buty chłopczyca wyrosła na pełną wdzięku kobietę. Kobietę umiejącą podkreślić swoją urodę w każdym szczególe, hipnotyzującą mężczyzn rytmem swoich kroków i powalającą ich jednym spojrzeniem, jedynym uśmiechem.
Modlił się, by nie zauważyła jego lekkiej fascynacji swoją osobą.
Dzięki Edmundowi, który od razu zaczął z nią miłą rozmowę, William mógł oddać się swojej roli zimnego profesora i, przy okazji, obserwowaniu swojej byłej uczennicy.
Mówiąc, podkreślała swoje słowa dość ożywionymi gestami wypielęgnowanych dłoni o długich palcach i paznokciach pomalowanych na kolor kawy z mlekiem. Na szyi miała delikatny złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie weneckiej maski. Pijąc, zostawiała na kieliszku ślad swojej pomadki, jakby obietnicę słodkiego pocałunku…
Trochę się zagalopowałeś.
Z niejaką satysfakcją zauważył, że i ona dyskretnie go obserwowała. Rzucane mu co jakiś czas płoche spojrzenia, których udawał, że nie zauważa, przeczyły oddaniu, z jakim zaangażowała się w dyskusję z Edmundem.
Miał wszelkie prawo, by być. Od początku sceptycznie podchodził do pomysłu swojego najlepszego przyjaciela, Edmunda Thwaites’a. Jak miał w zwyczaju, zamierzał odrzucić zaproszenie na coroczny zlot oksfordzkich profesorów historii. Nie przepadał za takimi imprezami. Szczególnie, jeśli odbywały się latem i wymagały spożywania kolacji na dworze, przy jednym z wielu stolików ustawionych na obszernym tarasie stojącej za miastem XVI wiecznej rezydencji będącej własnością organizatorki imprezy, Katherine Stone.
Edmund westchnął.
-Nie mogę już znieść tej twojej cierpiętniczej miny. To twój osławiony pesymizm sprawia, że źle się bawisz.
William przewrócił oczami. Jego blond włosy przyjaciel robił mu tego typu przytyki już cały wieczór.
Thwaites zerknął na zegarek.
-Czekasz na kogoś? –spytał ironicznie jego kompan.
-Jeśli musisz wiedzieć, to owszem. Powinna już tu być.
Kobieta? Czyżbym o czymś nie wiedział?
-Nareszcie –mruknął Edmund.
Oszklone drzwi otworzyły się i oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w tamtą stronę. Na taras weszła młoda dziewczyna. Bardzo piękna dziewczyna. Tak piękna, że nawet bardzo wybredny William patrzył z zainteresowaniem, jak nowo przybyła lekkim, ale zdecydowanym krokiem kieruje się do stolika, przy którym siedziała Katherine.
-Edmundzie, kto to jest? –z gardła Drake’a wyrwało się nieprzemyślane pytanie.
-Nie poznajesz jej? –zdziwił się jego towarzysz.
-Gdybym poznał, nie pytałbym –warknął Will. –Odpowiedz.
-Nienawidzę, gdy stosujesz na mnie swój nauczycielski ton –odparł lekko bezczelnie młody człowiek.
Tymczasem zjawiskowa dziewczyna skończyła krótką pogawędkę z Katherine i skierowała się do ich stolika. William wciąż nie mógł sobie przypomnieć, skąd ją zna. Nie sądził, by mógł zapomnieć kogoś takiego.
Kobieta była niewysoka, drobna, szczupła. Bardzo jasne, prawie białe włosy sięgające łopatek miała rozpuszczone. Nie były ani proste, ani całkiem kręcone i malowniczym nieładem opadały na zgrabne, lekko opalone ramiona. Jej szare oczy były duże i stanowiły dominujący akcent w trójkątnej twarzyczce o miękkich rysach. Nosek miała mały i zgrabny, a usta, podkreślone czerwoną pomadką, ładnie skrojone.
Ubrana była w zwiewną, kwiatową sukienkę odsłaniającą zgrabne nogi i sandałki na niewysokim koturnie. U biodra zwisała jej malutka, skórzana torebka.
-Edmundzie, przysięgam, jeśli zaraz…
-Och, no dobrze –żachnął się młodszy z mężczyzn. –To twoja dobra znajoma –zadrwił. –Elizabeth Vane, którą miałeś przyjemność uczyć i nie raz nazwać Panną Wszystkowiedzącą. Jeśli dobrze pamiętam, do szału doprowadzał cię fakt, że znała odpowiedź na każde twoje pytanie.
William osłupiał ze zdziwienia.
-Nie na każde –zdążył jeszcze odparować, nim jasnowłosa dotarła do ich stolika.
To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. To nie może być ta sama arogancka, czterooka panna, tak nieznośnie irytująca, męcząca, upierdliwa…
-Dobry wieczór, profesorze, Edmundzie.
Elizabeth usiadła i momentalnie zjawił się przy niej kelner, co dało Williamowi jeszcze chwilę na uważną obserwację.
Zmieniła się naprawdę nie do poznania. Uczył ją tylko przez rok i oceniał jako surowy materiał, choć dobry do szlifowania. Pełna buty chłopczyca wyrosła na pełną wdzięku kobietę. Kobietę umiejącą podkreślić swoją urodę w każdym szczególe, hipnotyzującą mężczyzn rytmem swoich kroków i powalającą ich jednym spojrzeniem, jedynym uśmiechem.
Modlił się, by nie zauważyła jego lekkiej fascynacji swoją osobą.
Dzięki Edmundowi, który od razu zaczął z nią miłą rozmowę, William mógł oddać się swojej roli zimnego profesora i, przy okazji, obserwowaniu swojej byłej uczennicy.
Mówiąc, podkreślała swoje słowa dość ożywionymi gestami wypielęgnowanych dłoni o długich palcach i paznokciach pomalowanych na kolor kawy z mlekiem. Na szyi miała delikatny złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie weneckiej maski. Pijąc, zostawiała na kieliszku ślad swojej pomadki, jakby obietnicę słodkiego pocałunku…
Trochę się zagalopowałeś.
Z niejaką satysfakcją zauważył, że i ona dyskretnie go obserwowała. Rzucane mu co jakiś czas płoche spojrzenia, których udawał, że nie zauważa, przeczyły oddaniu, z jakim zaangażowała się w dyskusję z Edmundem.
*
Elizabeth raźnym krokiem defilowała przez taras,
świadoma kierowanych na nią zewsząd spojrzeń, szczególnie męskich. Wiedziała,
że wyglądała dobrze, więc nie dziwiła się. Kwietna sukienka –krzyk mody tamtego
lata –odsłaniała jej opalone ramiona i zgrabne nogi, a więc podkreślała atuty,
a głównie o to dziewczynie chodziło.
Katherine Stone, dobra przyjaciółka, przywitała ją wylewnie, wstając od swojego stolika, tego najbardziej wyeksponowanego, przy którym siedziały jedne z najsławniejszych osobistości oksfordzkiego światka historyków.
-Lizzy, jesteś wreszcie –kobieta ucałowała jej oba policzki. –Co cię zatrzymało?
-Mały kłopot w bibliotece, nic wielkiego, ale uporanie się z tym zajęło mi, jak widzisz, trochę czasu.
-Jesteś pewna, że nie chcesz się do nas dosiąść? –spytała Katherine. Omawiały tą kwestię już tyle razy, że Elizabeth zacmokała z dezaprobatą.
-Nie –odpowiedziała stanowczo.
Starsza z kobiet wyglądała na szczerze rozczarowaną.
-Przeczuwałam że tak powiesz, ale warto było spróbować –wzruszyła ramionami. –W takim wypadku twoje miejsce jest tam –dyskretnie wskazała jeden ze stolików bardziej na uboczu. Elizabeth miała wrażenie, że wielka bryła lodu zwaliła jej się do żołądka, gdy zobaczyła, kto tam siedzi. –Pomyślałam, że będziesz wolała być z kimś, kogo już znasz.
-Oczywiście. Dziękuję, Kathy.
-Nie ma za co, moja droga.
Panna Vane podeszła do wskazanego jej miejsca i nie okazując najmniejszych oznak zdenerwowania, przywitała się z dwoma mężczyznami siedzącymi przy stoliku.
-Dobry wieczór, profesorze, Edmundzie.
Thwaites był jej dobrym przyjacielem i kolegą z kierunku.
Niestety, z profesorem Williamem Drake’iem nie miała tak dobrych stosunków.
Był jej nauczycielem na pierwszym roku i szczerze jej nienawidził, właściwie bez żadnego wyraźnego powodu. Nieustannie krytykował to, co mówiła i robiła, był wredny i niezwykle wymagający, czepiał się najmniejszych szczegółów i zawsze próbował wytknąć jej jak najwięcej błędów w wypowiedziach i pracach, był niesprawiedliwy, chowający urazę. I nigdy nie powiedział o niej niczego dobrego.
W dwóch słowach, był jej największą zmorą.
Ale nie mogła zaprzeczyć, że William Drake to doskonały nauczyciel. Jego wykłady były arcyciekawe, a posępny i zmuszający do posłuszeństwa sposób bycia sprawiły, że nie tylko miał niemal zawsze stu procentową frekwencję. Gdy mówił, na sali panowała niczym nie zmącona cisza, nikt nawet nie śmiał się odezwać niepytany, o rozmowach między studentami nawet nie wspominając.
Uczył ją łaciny.
Wstyd jej się było do tego przyznać, ale lubiła wykłady profesora Drake’a. Pomijając atmosferę terroru jaka na nich panowała, były niezwykle pouczające.
I uwielbiała słuchać jego głosu.
Według Elizabeth, profesor William Drake miał niezwykły, aksamitny, hipnotyzujący, uwodzicielski głos. Właśnie to sprawiło, że nie postrzegała go, jak inne studentki, wyłącznie jako nauczyciela, ale także jako mężczyznę, mrocznego, tajemniczego, niezbyt –przystojnego –ale –seksownego mężczyznę o kruczoczarnych, gęstych, przydługich włosach, bladej cerze, ciemnych oczach z niebezpiecznym błyskiem i zmysłowych, choć nieco wąskich ustach. Zwłaszcza na wspomnienie ust Elizabeth miała zwyczaj oblewać się rumieńcem.
Nic się nie zmienił. Jak zawsze naburmuszony, jak zawsze posępny, jak zawsze elegancki, jak zawsze milczący, jak zawsze tajemniczy.
Był typem mężczyzny, który pociągał kobiety szukające lekkiego flirtu z niebezpieczeństwem. Elizabeth nigdy nie postrzegała siebie jako tego typu kobietę.
Edmund od razu nawiązał z nią przyjacielską rozmowę. I choć był cudownym partnerem przy stole, myśli dziewczyny krążyły wokół drugiego mężczyzny, czarnowłosego i ponurego.
Nie mogła się powstrzymać od rzucania mu ukradkowych spojrzeń.
Szlachetnie garbaty, orli nos, szczupła twarz, długie palce, jasność skóry podkreślona przez czarną koszulę, wysokie kości policzkowe, zmarszczone brwi, nie schodzący z twarzy grymas, zaskakująco długie rzęsy.
Widziała zbyt dużo szczegółów.
Nie sądziła, że ich oczy mogą się spotkać. Przez myśl jej nie przeszło, że i on może ją obserwować. Bo i dlaczego miałby to robić? Nienawidził jej. Wyobrażała sobie, że na sam jej widok ma ochotę wstać i odejść.
Jego tęczówki były tak ciemne, że nie mogła stwierdzić, gdzie zaczyna się źrenica.
Zarumieniła się i spuściła wzrok, nie mogąc zauważyć wrednego uśmieszku wykwitającego nagle na twarzy profesora Drake’a.
Katherine Stone, dobra przyjaciółka, przywitała ją wylewnie, wstając od swojego stolika, tego najbardziej wyeksponowanego, przy którym siedziały jedne z najsławniejszych osobistości oksfordzkiego światka historyków.
-Lizzy, jesteś wreszcie –kobieta ucałowała jej oba policzki. –Co cię zatrzymało?
-Mały kłopot w bibliotece, nic wielkiego, ale uporanie się z tym zajęło mi, jak widzisz, trochę czasu.
-Jesteś pewna, że nie chcesz się do nas dosiąść? –spytała Katherine. Omawiały tą kwestię już tyle razy, że Elizabeth zacmokała z dezaprobatą.
-Nie –odpowiedziała stanowczo.
Starsza z kobiet wyglądała na szczerze rozczarowaną.
-Przeczuwałam że tak powiesz, ale warto było spróbować –wzruszyła ramionami. –W takim wypadku twoje miejsce jest tam –dyskretnie wskazała jeden ze stolików bardziej na uboczu. Elizabeth miała wrażenie, że wielka bryła lodu zwaliła jej się do żołądka, gdy zobaczyła, kto tam siedzi. –Pomyślałam, że będziesz wolała być z kimś, kogo już znasz.
-Oczywiście. Dziękuję, Kathy.
-Nie ma za co, moja droga.
Panna Vane podeszła do wskazanego jej miejsca i nie okazując najmniejszych oznak zdenerwowania, przywitała się z dwoma mężczyznami siedzącymi przy stoliku.
-Dobry wieczór, profesorze, Edmundzie.
Thwaites był jej dobrym przyjacielem i kolegą z kierunku.
Niestety, z profesorem Williamem Drake’iem nie miała tak dobrych stosunków.
Był jej nauczycielem na pierwszym roku i szczerze jej nienawidził, właściwie bez żadnego wyraźnego powodu. Nieustannie krytykował to, co mówiła i robiła, był wredny i niezwykle wymagający, czepiał się najmniejszych szczegółów i zawsze próbował wytknąć jej jak najwięcej błędów w wypowiedziach i pracach, był niesprawiedliwy, chowający urazę. I nigdy nie powiedział o niej niczego dobrego.
W dwóch słowach, był jej największą zmorą.
Ale nie mogła zaprzeczyć, że William Drake to doskonały nauczyciel. Jego wykłady były arcyciekawe, a posępny i zmuszający do posłuszeństwa sposób bycia sprawiły, że nie tylko miał niemal zawsze stu procentową frekwencję. Gdy mówił, na sali panowała niczym nie zmącona cisza, nikt nawet nie śmiał się odezwać niepytany, o rozmowach między studentami nawet nie wspominając.
Uczył ją łaciny.
Wstyd jej się było do tego przyznać, ale lubiła wykłady profesora Drake’a. Pomijając atmosferę terroru jaka na nich panowała, były niezwykle pouczające.
I uwielbiała słuchać jego głosu.
Według Elizabeth, profesor William Drake miał niezwykły, aksamitny, hipnotyzujący, uwodzicielski głos. Właśnie to sprawiło, że nie postrzegała go, jak inne studentki, wyłącznie jako nauczyciela, ale także jako mężczyznę, mrocznego, tajemniczego, niezbyt –przystojnego –ale –seksownego mężczyznę o kruczoczarnych, gęstych, przydługich włosach, bladej cerze, ciemnych oczach z niebezpiecznym błyskiem i zmysłowych, choć nieco wąskich ustach. Zwłaszcza na wspomnienie ust Elizabeth miała zwyczaj oblewać się rumieńcem.
Nic się nie zmienił. Jak zawsze naburmuszony, jak zawsze posępny, jak zawsze elegancki, jak zawsze milczący, jak zawsze tajemniczy.
Był typem mężczyzny, który pociągał kobiety szukające lekkiego flirtu z niebezpieczeństwem. Elizabeth nigdy nie postrzegała siebie jako tego typu kobietę.
Edmund od razu nawiązał z nią przyjacielską rozmowę. I choć był cudownym partnerem przy stole, myśli dziewczyny krążyły wokół drugiego mężczyzny, czarnowłosego i ponurego.
Nie mogła się powstrzymać od rzucania mu ukradkowych spojrzeń.
Szlachetnie garbaty, orli nos, szczupła twarz, długie palce, jasność skóry podkreślona przez czarną koszulę, wysokie kości policzkowe, zmarszczone brwi, nie schodzący z twarzy grymas, zaskakująco długie rzęsy.
Widziała zbyt dużo szczegółów.
Nie sądziła, że ich oczy mogą się spotkać. Przez myśl jej nie przeszło, że i on może ją obserwować. Bo i dlaczego miałby to robić? Nienawidził jej. Wyobrażała sobie, że na sam jej widok ma ochotę wstać i odejść.
Jego tęczówki były tak ciemne, że nie mogła stwierdzić, gdzie zaczyna się źrenica.
Zarumieniła się i spuściła wzrok, nie mogąc zauważyć wrednego uśmieszku wykwitającego nagle na twarzy profesora Drake’a.
*
Kiedy ich spojrzenia spotkały się, dziewczyna
zarumieniła się i odwróciła wzrok. Uśmiechnął się paskudnie.
Oczywiście był świadomy tego, że była nim zauroczona podczas tego nieszczęsnego roku, kiedy miał nieprzyjemność ją uczyć. Trochę go to bawiło i z pewnością pomnażało przyjemność, jaką czerpał z wytykania jej błędów, których było z resztą wcale niewiele, jak na studentkę pierwszego roku.
Zaimponowała mu trochę swoją wytrwałością i opanowaniem. Już wtedy umiała całkiem nieźle ukrywać swoje prawdziwe uczucia. Inna sprawa, że Will zawsze był dobry w przebijaniu się przez zasłony skrywające ludzkie emocje. Wszystko opierało się na uważnej obserwacji.
A on był niezwykle uważny.
Elizabeth nigdy nie zdradziła się zanadto ze swoją nieszczęśliwą fascynacją, nigdy nie dostarczyła nikomu tematu do plotek, nie robiła do niego „maślanych oczu”, nie starała się mu zaimponować. Nie było jej winą, że dostrzegł to, co tak usilnie próbowała ukryć.
Miała ładny, według Williama, kolor oczu –wilczo –szary, w ostrym świetle jej tęczówki wydawały się być niczym płynne srebro.
Nie taką ją zapamiętał.
Na pierwszym roku studiów Elizabeth Vane wyglądała nieco inaczej.
Niesforne, wyjątkowo jasne włosy zwykle były związane, najczęściej w warkocz. Na nosie miała okulary w kwadratowych oprawkach. Nigdy nie widział jej w sukience, czy nawet spódnicy, o wysokich obcasach nie wspominając.
Nosiła jeansy, często modnie wytarte, kolorowe trampki za kostkę, męskie T-shirty które prawdopodobnie sama malowała i obszerne koszule w kratę. Na nadgarstkach zawsze miała pełno skórzanych i plecionych bransoletek, a na szyi lekko pretensjonalny wisior w kształcie smoka z rozpostartymi skrzydłami. Jej dłonie były wiecznie poplamione atramentem, bo pisała wyłącznie piórem, zaś o pomalowanych paznokciach nie warto było wspominać.
Dziwił się, jak taki ułożony chłopak z dobrej rodziny, Edmund Thwaites, mógł zaprzyjaźnić się właśnie z nią, skoro było u nich na wydziale tyle bardziej godnych jego zainteresowania dziewcząt.
Teraz musiał przyznać mu rację. Pod warstwą niedostępnej chłopczycy kryła się naturalnie piękna dziewczyna. Musiała tylko zechcieć się taką pokazać.
Oczywiście był świadomy tego, że była nim zauroczona podczas tego nieszczęsnego roku, kiedy miał nieprzyjemność ją uczyć. Trochę go to bawiło i z pewnością pomnażało przyjemność, jaką czerpał z wytykania jej błędów, których było z resztą wcale niewiele, jak na studentkę pierwszego roku.
Zaimponowała mu trochę swoją wytrwałością i opanowaniem. Już wtedy umiała całkiem nieźle ukrywać swoje prawdziwe uczucia. Inna sprawa, że Will zawsze był dobry w przebijaniu się przez zasłony skrywające ludzkie emocje. Wszystko opierało się na uważnej obserwacji.
A on był niezwykle uważny.
Elizabeth nigdy nie zdradziła się zanadto ze swoją nieszczęśliwą fascynacją, nigdy nie dostarczyła nikomu tematu do plotek, nie robiła do niego „maślanych oczu”, nie starała się mu zaimponować. Nie było jej winą, że dostrzegł to, co tak usilnie próbowała ukryć.
Miała ładny, według Williama, kolor oczu –wilczo –szary, w ostrym świetle jej tęczówki wydawały się być niczym płynne srebro.
Nie taką ją zapamiętał.
Na pierwszym roku studiów Elizabeth Vane wyglądała nieco inaczej.
Niesforne, wyjątkowo jasne włosy zwykle były związane, najczęściej w warkocz. Na nosie miała okulary w kwadratowych oprawkach. Nigdy nie widział jej w sukience, czy nawet spódnicy, o wysokich obcasach nie wspominając.
Nosiła jeansy, często modnie wytarte, kolorowe trampki za kostkę, męskie T-shirty które prawdopodobnie sama malowała i obszerne koszule w kratę. Na nadgarstkach zawsze miała pełno skórzanych i plecionych bransoletek, a na szyi lekko pretensjonalny wisior w kształcie smoka z rozpostartymi skrzydłami. Jej dłonie były wiecznie poplamione atramentem, bo pisała wyłącznie piórem, zaś o pomalowanych paznokciach nie warto było wspominać.
Dziwił się, jak taki ułożony chłopak z dobrej rodziny, Edmund Thwaites, mógł zaprzyjaźnić się właśnie z nią, skoro było u nich na wydziale tyle bardziej godnych jego zainteresowania dziewcząt.
Teraz musiał przyznać mu rację. Pod warstwą niedostępnej chłopczycy kryła się naturalnie piękna dziewczyna. Musiała tylko zechcieć się taką pokazać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz