niedziela, 7 września 2014

Rozdział 2

Edmund odprowadzał ją do pokoju.
-Wiesz, to musiał być dla starego Willa lekki szok, gdy cię zobaczył –rzucił pozornie bez powodu mężczyzna.
Elizabeth uniosła pytająco brwi.
-Niby dlaczego?
-No wiesz –zaczął, bacznie obserwując reakcję dziewczyny. –Był na tej swojej wyprawie prawie trzy lata i tyle cię nie widział. Zmieniłaś się, Liz. Naprawdę.
Zaśmiała się.
-Bez przesady.
-Nie przesadzam – żachnął się. –Z poczwarki wyrosłaś na pięknego motyla.
-Za tę poczwarkę to ci chyba coś zrobię –odparła poważnie.
Edmund zachichotał.
-Dobranoc, Liz –powiedział, gdy dotarli do jej pokoju.
-Dobranoc –odparła i pocałowała go w policzek. –Słodkich snów.
Cichy odgłos zamykania drzwi był ostatnią rzeczą, jaką od niej usłyszał.
Edmund Thwaites uśmiechnął się szeroko. Jego przypuszczenia jak na razie się sprawdzały.
*
Edmund bez wahania wszedł do pokoju, nalał sobie pół szklaneczki whisky i rozsiadł na fotelu, podziwiając bursztynowy kolor trunku.
William podniósł głowę znad książki.
-Gdzie się podziewałeś? –zapytał tonem wskazującym, że tak naprawdę niewiele go to obchodzi.
-Odprowadzałem do pokoju pannę Vane.
-Od kiedy to zajmujesz się odprowadzaniem do pokoi bezbronnych dziewic? –zironizował Drake.
Młodszy z mężczyzn przewrócił oczami.
-Elizabeth nie jest bezbronna. A jeśli chodzi o dziewictwo, nigdy nie pytałem, bojąc się, iż mogę dostać za to w twarz. Dziewczyna ma ognisty temperament. Ale jeśli usilnie szukasz jakiejś dziewicy, to nie liczyłbym na nią.
Czarnowłosy westchnął.
-Nie szukam. A co do ognistego temperamentu, to zdążyłem się przekonać.
Na chwilę zapadła między nimi cisza, przerywana jedynie trzaskaniem ognia w kominku i szelestem przewracanych stron książki.
-Ona ci się podoba, prawda? –spytał cicho zapatrzony w płomienie Edmund.
-Słucham?
-Elizabeth. Podoba ci się, czyż nie? Widziałem, jak na nią patrzyłeś.
Will skrzywił się.
-Niby jak na nią patrzyłem? –warknął.
-Jakbyś już układał w głowie plan, jak ją uwieść –wypalił prosto z mostu blondyn.
Starszy z mężczyzn prychnął.
-Absurd!
-Absurd czy nie, jako jej przyjaciel jestem zmuszony cię ostrzec. Nie startuj do niej. Właśnie przeszła przez ciężkie rozstanie i jest mocno przybita, nawet jeśli tego nie okazuje. A w takim stanie… cóż – zakończył enigmatycznie.
Drake przewrócił oczami.
-Edmundzie. Elizabeth Vane jest ostatnią kobietą jaką miałbym ochotę uwieść. Pomijając fakt, iż jest dla mnie całkowicie nieodpowiednia…
-Jakby to kiedykolwiek stanowiło dla ciebie przeszkodę –przerwał mu Thwaites. Ciemnowłosy zgromił go spojrzeniem.
-… to jeszcze nie pałamy do siebie zbyt ciepłymi uczuciami. A może o tym zapomniałeś?
Na przystojną twarz Edmunda wpłynął ironiczny grymas.
-Może ty zapomniałeś –powiedział dobitnie – ale ona była tobą, jakby to powiedzieć, lekko zafascynowana na naszym pierwszym roku.
-Nie zapomniałem –William skrzywił się.
-Więc nie zapominaj i tego. Ona nie jest typem kobiety do jakich jesteś przyzwyczajony. Nie jest też jak Alexandra, która do czasu doskonale znosiła twoje humory. Nie chcę widzieć Liz zranionej.
-Zrozumiałem. I dziękuję za ostrzeżenie –zadrwił Drake. –A już miałem misternie ułożony plan, by zabawić się uczuciami panny Vane właśnie wtedy, gdy jest emocjonalnie najbardziej wrażliwa. Jaka szkoda.
Edmund dopił whisky.
-Ty i ten twój sarkazm –westchnął.
*
Elizabeth nie spodziewała się zastać w ogrodzie nikogo. Nie wpół do siódmej rano.
Z tego powodu nie przejmowała się zbytnio swoim wyglądem - na pidżamę, za którą służyły jej sportowe szorty i luźna koszulka narzuciła białą bluzę z kapturem, a na nogi włożyła trampki. Tak wystrojona, z kubkiem herbaty w jednej ręce oraz notatnikiem i długopisem w drugiej, skierowała się do swojego ulubionego miejsca w posiadłości pani Stone.
Rozczarowała się, widząc, że pod wierzbą rosnącą bardzo blisko brzegu jeziora już ktoś był.
Szczupły, czarnowłosy mężczyzna półleżał pod drzewem i czytał jakąś książkę. Była na tyle niedaleko, by móc stwierdzić, że był to osobnik, którego najbardziej nie chciała teraz widzieć – profesor William Drake.
Musiał usłyszeć jej kroki, bo zanim zdążyła odwrócić się i odejść, spojrzał w jej stronę i na jego usta wpłynął wredny uśmieszek.
Dziewczyna westchnęła.
-Dzień dobry panu –powiedziała lodowatym tonem i nie czekając na odpowiedź zawróciła do rezydencji, wysoko unosząc głowę do góry.
Za plecami usłyszała prychnięcie. Mimo, że rozsądek podpowiadał jej, by je zignorować, odwróciła się na pięcie.
-Coś pana bawi, profesorze?
Mężczyzna podniósł się powoli z książką w ręku i podszedł bliżej.
-Poza pani strojem? - spytał jedwabistym głosem. - Bawi mnie fakt, że uważa pani siebie za odważną i pewną siebie, a jednak boi się mnie.
Na twarzy Elizabeth pojawił się wyraz świętego oburzenia.
-Nie boję się pana –zaprzeczyła z mocą.
Uśmiechnął się kpiąco.
-Owszem, boi pani –powtórzył, robiąc krok do przodu. Dziewczyna cofnęła się mimowolnie.
Drake wykrzywił się sardonicznie.
-Tchórz - szepnął, mijając Elizabeth.
Długo patrzyła za nim w osłupieniu.
Nie była zdolna napisać już potem ani linijki tekstu.
*

Do pokoju Elizabeth wpadła z hukiem jej najlepsza przyjaciółka, Lucy Pulver, studentka historii sztuki.
Była to drobna osóbka o krótkich, modnie przyciętych ciemnobrązowych włosach, ładnych niebieskich oczach i szerokim , ujmującym uśmiechu.
-Liiiz! –krzyknęła, mocno przytulając jasnowłosą. –Cudownie cię widzieć! On tu jest! Widziałaś go już? Rozmawiałaś z nim?
Lucy miała nie tylko wygląd, ale i naturę chochlika.
Elizabeth westchnęła.
-Spokojnie, kochanie. Wszystko po kolei. Usiądź. Zrobić ci herbaty?
Brunetka wygięła usta w podkówkę.
-Nie obchodzi mnie żadna herbata. Odpowiedz na moje pytania! – zażądała.
-W porządku – panna Vane przysiadła na kanapie. –Wiem, że tu jest. Tak, widziałam go. Tak, rozmawiałam z nim. To było dość… dziwne. Zaskakujące.
I opowiedziała przyjaciółce o spotkaniu nad jeziorem, kończąc pytaniem: -Rozumiesz coś z tego?
Lucy uśmiechnęła się.
-Nic a nic.
-To coś nowego – rzekła z przekąsem Elizabeth.
Brązowowłosa prychnęła.
-To ty jesteś znana jako Panna Wszystkowiedząca, nie ja –odparowała.
-Nie przypominaj mi –jęknęła panna Vane. –Najgorsze w tym wszystkim jest to, że…
-Tak?
Jasnowłosa spojrzała poważnie na przyjaciółkę.
-Wystarczył jego widok i wszystkie uczucia, które, cóż, myślałam, że zniknęły, wróciły. Jest jeszcze gorzej niż ostatnio –wyznała.
Lucy nawet nie starała się okazywać jej współczucia. Promieniała zadowoleniem.
Elizabeth przewróciła oczami.
-Powinnam stąd wyjechać –zastanawiała się na głos. –Uwolnić się spod wpływu tego mężczyzny na mnie.
-Zwariowałaś?! –obruszyła się brunetka. - Jedyne, co musisz robić, to dobrze wyglądać i czekać, aż sam się tobą zainteresuje.
Jasnowłosa zaśmiała się gorzko.
-Jak ty to sobie wyobrażasz, Lucy?
-Nijak –przyznała panna Pulver. –Po postu bądźcie ze sobą, i tyle. To nie jest takie trudne.
Liz spojrzała na nią z dezaprobatą.
Dyskusję przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę! –krzyknęła Elizabeth.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Edmund.
-Nie przeszkadzam? –spytał i posłał w kierunku dziewcząt piękny uśmiech.
-Skąd – odparła szybko jasnowłosa. –Zapraszam.
-Właściwie to miałem nadzieję, że dasz się namówić na spacer. Pogoda jest przepiękna. Lucy oczywiście też…
-Doskonały pomysł. Chodźmy –przerwała mu brązowowłosa.
Panna Vane wzruszyła ramionami. –Czemu nie.
Edmund nie mylił się. Był początek czerwca, bezchmurne niebo, słońce świeciło, a trawa się zieleniła.
-Chodźmy nad jezioro –zaproponowała swobodnie brunetka i Liz nabrała nagle pewności, że jej przyjaciółka ma w tym wszystkim jakiś ukryty cel.
Thwaites uśmiechnął się lekko.
-Dobry pomysł.
Poszli.
I drugi raz tego dnia, Elizabeth zobaczyła siedzącego pod jej wierzbą czarnowłosego profesora.
Chwyciła Lucy pod ramię.
-Lucy, chodźmy stąd –szepnęła jej do ucha.
-Przestań, Liz. Nie powiesz mi chyba, że boisz się tego starego nietoperza?
Jasnowłosa przygryzła wargę. Nie odpowiedziała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz