niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 24

Tego wieczoru Elizabeth zadzwoniła do Lucy i obwieściła dobrą nowinę. Pani Thwaites oczywiście ucieszyła się niezmiernie i zrewanżowała krótkim opisem początku jej miesiąca miodowego w Paryżu.
Panna Vane ledwo zdążyła się rozłączyć, bo niemal od razu telefon zawibrował. Dziewczyna odebrała odruchowo.
-Elizabeth? -spytał Drake bez przywitania.
-Tak.
-Jak się czujesz?
Jasnowłosa uśmiechnęła się lekko.
-Doskonale. Mam nadzieję, że wiesz, komu to zawdzięczam.
-Domyślam się -odpowiedział i mogła sobie wyobrazić, że mężczyzna uśmiecha się krzywo -że nie był to pan Gable.
-Mało się domyślasz.
-Och, to nie wszystko.
-Kamień z serca.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie.
-Odpowiadając na twoje pytanie: jutro.
-Słucham?
-Jutro możemy się spotkać w jakimś niepublicznym miejscu.
Elizabeth zarumieniła się.
-Och.
-Nie ukrywam, że liczyłem na troszkę większy entuzjazm z twojej strony.
-Po prostu... uświadomiłam sobie parę rzeczy -wyjąkała panna Vane.
-Na przykład? -spytał aksamitnym głosem. Jasnowłosa zawierciła się w fotelu.
-Że to już jutro.
-Jeśli to problem... -zaczął chłodniejszym tonem, ale od razu mu przerwała.
-Nie! To nie jest problem. Nie zwracaj uwagi na moje...
-Wątpliwości? -podpowiedział z ironią w głosie.
-Na moje niedorzeczne gadanie -poprawiła go. -Bardzo chcę znów cię zobaczyć.
Nie odpowiedział.
-Williamie. To ja mam tutaj największe prawo do strojenia fochów.
-Nie stroję fochów -wycedził, sprawiając, że dziewczyna zaśmiała się wdzięcznie.
-Naturalnie.
-Denerwujesz się.
To nie było pytanie i właśnie dlatego Elizabeth zesztywniała nagle.
-Skąd ten wniosek? -spytała cicho.
-Czuję się wyjątkowo głupio mówiąc to przez telefon, ale... -rzeczywiście się zawahał -musisz wiedzieć, że nie zrobię niczego, co miałoby cię... hm, zakłopotać.
Domyśliła się, że nie chciał użyć słowa "przestraszyć".
-Mówisz tak, jakbyśmy jeszcze nigdy wcześniej... -urwała.
-Moja droga, ponieważ zachowujesz się, jakbyśmy nigdy wcześniej.
Lizzy westchnęła.
-Wybacz. Tamto wspominam nie do końca dobrze. I zanim zaczną się sugestywne komentarze...
-Nie zaczną się -oświadczył Drake.
-To dobrze -rzekła poważnie. -Także dlatego, że już cię dziś na tym polu komplementowałam.
Zaśmiał się raz jeszcze.
-Nie zapomniałem. I czuję się zaszczycony.
Elizabeth była niemal pewna, że gdyby rozmawiali na żywo, skłoniłby się w jej stronę.
-Mogę wpaść do ciebie po pracy.
-Byłoby doskonale -odparł mężczyzna. -Właśnie miałem zaproponować to samo.
Dziewczyna prychnęła.
-Zatem do zobaczenia.
Rozłączył się bez pożegnania.
*

Niestety, kolejny dzień był dla Elizabeth prawdziwym koszmarem. Była zdenerwowana.
Wszystko leciało jej z rąk, na niczym nie mogła się prawidłowo skupić i nie mogła znieść pełnych niezrozumienia spojrzeń Izabeli.
Kiedy w końcu wychodziła z kawiarni, była dziwnie wykończona. Na domiar złego pół godziny wcześniej zaczęła się prawdziwa ulewa, a Liz akurat zapomniała zabrać ze sobą parasolki. Jej płaszcz, nawet gdyby był impregnowany, z pewnością przemókłby niemal natychmiast.
Panna Vane stała w drzwiach kawiarni i zastanawiała się, czy dobrym pomysłem byłoby odwołanie dzisiejszego spotkania. A potem przypomniała sobie wczorajszy pocałunek.
Zamknęła lokal i ruszyła do mieszkania Drake'a. Mimo że maszerowała szybkim krokiem i dotarła na miejsce w niecałe pięć minut, była przemoczona.
William wpuścił ją na klatkę, chwilkę potem zadzwonił dzwonek i mężczyzna otworzył drzwi.
Elizabeth dosłownie ociekała wodą. Jej mokre jasne włosy pokręciły się lekko, okalały zaróżowioną od zimna i szybkiego marszu twarz. Dziewczyna obejmowała się ramionami i drżała lekko.
Uśmiechnęła się do niego.
-Cześć -powiedziała.
Przepuścił ją w drzwiach.
-Musisz pozbyć się tych ciuchów -odparł czarnowłosy, ściągając jej płaszcz.
-Och, doprawdy? -spytała flirciarskim tonem. Przewrócił oczami.
-Przeziębisz się.
Zaprowadził ją do łazienki, dał swój ciepły szlafrok, grube skarpetki i ręcznik, po czym wrócił do kuchni i zajął się przygotowywaniem herbaty z rumem.
Kilka minut potem dołączyła do niego panna Vane, wystrojona w czarny, męski szlafrok i za duże skarpetki. Podał jej kubek z gorącym naparem.
-Dziękuję. I jestem pod wrażeniem.
-Czego?
-Pańskiego mieszkania, profesorze -odpowiedziała, figlarnie przekrzywiając głowę.
-Nie widziała pani jeszcze sypialni, panno Vane.
Upiła łyk.
-Jest tam coś ciekawego?
-Zaledwie jedna rzecz.
-Zamieniam się w słuch.
-Łóżko -odpowiedział poważnie, uśmiechając się bezczelnie.
Dziewczyna zaśmiała się.
-Nie wątpię -rzekła, po czym odwróciła się i przeszła do salonu. Podążył za nią jak zahipnotyzowany.
Rozsiadła się na kanapie i podkuliła nogi, dając mu podziwiać zgrabną łydkę.
Szybko i w ciszy dopili herbaty. William nie mógł nie zauważyć, że Liz ziewa dość często i powstrzymuje się przed zaśnięciem. Oczywistym było dla niego, że musi być bardzo zmęczona.
Wstał z kanapy i udał się do kuchni pod pretekstem odniesienia kubków po herbacie. Zmitrężył trochę dłużej niż było to konieczne, a kiedy wrócił do pokoju, Elizabeth juz spała. Zwinęła się w kłębek na brzegu kanapy, jej jasne włosy rozsypały się na jednej z poduszek.
Drake przyglądał się przez chwilę, jak jej pierś unosi się i opada w regularnych oddechach, po czym podniósł lekką jak piórko kobiecą postać i zaniósł do sypialni. Tam ułożył ją na swoim łóżku i otulił kołdrą, po czym wyszedł z pokoju jak najciszej zamykając za sobą drzwi.
Uśmiechał się.

piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 23

Tym razem pozwoliła mu sobie nadskakiwać.
-Bardzo dziękuję, panie profesorze -powiedziała cicho Elizabeth, wysiadając z samochodu.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko sięgnął po jej dłoń i pocałował delikatnie jej wierzch.
Lizzy miała trudności ze zmuszeniem się do odejścia. Nie była pewna, czego właściwie chce.
-Czy… czy coś się zmieniło od czasu Florencji? -spytała nagle, przekrzywiając głowę.
-Z pewnością, panno Vane. Zmieniliśmy się oboje, bardziej lub mniej.
Jasnowłosa uśmiechnęła się półgębkiem.
-Dobranoc, panie profesorze.
-Uważam, że powinniśmy przestać się w to bawić, droga pani.
-W co, profesorze?
-W profesorowanie, panno Vane. Proszę, by mówiła mi pani po imieniu.
-Cóż, ja…
-Nalegam. I liczę na wzajemność.
-Oczywiście -dziewczyna wyciągnęła rękę. -Elizabeth -uśmiechnęła się z zażenowaniem.
Ujął jej dłoń tylko po to, by przyciągnąć dziewczynę do siebie, pocałować w policzek i szepnąć do ucha:
-William. Bardzo mi miło.
Odsunęła się od niego by rzucić mu oburzone spojrzenie, ale zamarła na widok wrednego uśmieszku na jego twarzy.
-Mogę panu zdać bardzo niedyskretne pytanie?
-Miałaś mówić mi po imieniu.
-Mogę ci zadać bardzo niedyskretne pytanie?
-Czy będzie dotyczyć mojego nieszczęsnego małżeństwa?
-Skąd pan… skąd wiedziałeś?
-Zgaduję.
-No dobrze. Zatem… mogę, czy nie? Jeśli powiesz, że nie, nie zapytam.
Drake westchnął przeciągle.
-Pytaj.
-Pani Hallward powiedziała, że pańska żona była podobna do mnie i chciałam wiedzieć…
-Chciałaś wiedzieć, czy to prawda? -domyślił się Will.
-Owszem.
-Cóż, częściowo tak. Alexandra też była niezbyt wysoka  i szczupła. Jej oczy były szare, ale ciemniejsze od twoich, a włosy miała rude jak wiewiórka…
-To samo mówiła mi pani Hallward.
-Jeśli chodzi o charakter… pasował do barwy włosów mojej żony.
-Czy to dlatego pan… ty… i ja… -Elizabeth ugryzła się w język odrobinę za późno. -Dlatego że przypominam ci żonę?
-Tak mogłoby być, gdyby Alexandra umarła -odparł zupełnie poważnie Drake. -Ale to był tylko rozwód i szukanie kobiety takiej jak była żona jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.
-Przepraszam -zajęczała panna Vane. -Wiem, że jestem okropnie wścibska. Powinnam iść na górę zanim urażę pana jeszcze dotkliwiej.
-Nie uraziłaś mnie -zapewnił William, przysuwając się nieznacznie bliżej dziewczyny.
-Naprawdę powinnam już iść -wymamrotała Elizabeth, podczas gdy Drake zaczął bawić się kosmykiem jej jasnych włosów.
-O tak -zgodził się. -Bez wątpienia. Powinnaś iść -szepnął, pochylając się.
Umknęła jego ustom, pozwalając mu jedynie na kolejny całus w policzek.
-Do zobaczenia -powiedziała tuż przy drzwiach, odwracając się po raz ostatni.
Uśmiechał się złośliwie, póki nie zniknęła mu z oczu.
*

Zadzwonił do niej trzy dni później z propozycją spaceru; powiedział, że mogliby dojść do Hyde Parku i z powrotem. Zgodziła się, oczywiście. Doszła do wniosku, że staranie się o względy może być przyjemne.
Zjawił się w kawiarni koło południa. Elizabeth zignorowała sugestywny uśmiech Belli i starała się nie myśleć o tym, jak dobrze Drake wygląda w swoim czarnym płaszczu.
Rozmawiali dość swobodnie, spacerując londyńskimi uliczkami i popijając gorącą kawę. Elizabeth często się śmiała; zdała sobie sprawę z faktu, że specyficzne, pełne złośliwości poczucie humoru jej byłego profesora naprawdę jej odpowiada -co więcej, dodała je do listy tych rzeczy, które, nie wstydziła się już tego przyznać, zwyczajnie ją pociągały.
-Muszę zadać ci poważne pytanie.
Mężczyzna przewrócił oczami.
-Więc zadaj je.
Elizabeth spojrzała na Drake'a z niepewnością w dużych, szarych oczach.
-Ty i Clara... czy to wciąż... cóż, aktualne? -spytała z braku lepszego doboru słów.
William nie pomylił się, gdy sądził, że pytanie doszczętnie zmieni panującą między nimi do tej pory atmosferę niezobowiązującego flirtu.
-Nigdy nie było mnie i Clary.
Uniosła brwi w sceptycznym geście.
-Nie ze mną te numery. Widziałam...
-Wiem, co widziałaś -przerwał jej czarnowłosy. -Niemniej jednak, będę się upierał przy swojej wersji. Nigdy nie było mnie i Clary.
-Naprawdę sądzisz, że... -Liz zawahała się.
-Że co?
-Trywialnie mówiąc: że ona tak łatwo odpuści?
-Nie znam jej  tak dobrze, jak ty.
Elizabeth nie odpowiedziała.
-Nie sądzę, by Clara postrzegała tamten pocałunek jako coś więcej-rzekł mężczyzna ostrożnie.
Pocałunek.
Jasnowłosa nie tak by się do tego odniosła. Powstrzymała jednak cisnący się na usta ironiczny komentarz i zamiast tego odpowiedziała pozornie obojętnym tonem:
-Och, z pewnością nie. Ale zdziwiłabym się, gdyby nie miała ochoty na coś więcej.
William uniósł pytająco brwi, jakby nie wiedział, co dziewczyna ma na myśli.
-Dobrze całujesz -odparła Elizabeth lodowato, by zamaskować swoje zażenowanie i jeszcze głębiej ukryte prawdziwe pragnienia. -Clara z pewnością wysnuła wniosek, że nie rozczarowałaby się też w łóżku.
Drake nie skomentował przez dłuższy czas. Myślał nad dość odważną, tylko pozornie nie prowokacyjną odpowiedzią panny Vane.
Odebrał oba komplementy (które, nawiasem mówiąc, nie były dla niego żadną nowością), zanotował, że w przyszłości powinien się spodziewać wiadomości od Francuski i skupił na swojej obecnej towarzyszce, szybko dochodząc do wniosku, że pocałunek na pożegnanie z pewnością zostałby entuzjastycznie przyjęty.
-Logika tych wniosków jest zaiste porażająca -odparł w końcu, kłaniając się lekko w stronę kobiety. -I jakkolwiek interesująca jest nasza rozmowa, obawiam się, że dotarliśmy na miejsce.
I rzeczywiście; Liz nawet nie zauważyła, że doszli już na Traflgar Square i do kawiarni.
-Cóż, zatem do zobaczenia -powiedziała wciąż chłodnym tonem dziewczyna. -Kiedyś.
Była zirytowana, że przebieg konwersacji zmusił ją do powiedzenia takich a nie innych rzeczy. Spodziewała się ponadto, że William będzie próbował ją pocałować -tak prawdziwie, w usta -i planowała pruderyjnie nadstawić mu zamiast tego policzek, ale i tu spotkało ją rozczarowanie. Drake tylko ujął jej dłoń i cmoknął wierzch, po czym podniósł wzrok, obserwując reakcję panny Vane. Liz zbyt późno ukryła rozczarowanie.
Mężczyzna uśmiechnął się zjadliwie.
-Coś nie tak, Elizabeth?
Dziewczyna zdążyła się opanować i odpowiedziała uśmiechem, mniej wrednym, ale za to zdecydowanie ładniejszym.
-Wszystko jest w najlepszym porządku -odparła, robiąc maleńki  ale bardzo sugestywny kroczek do przodu.
-Doskonale -Drake powiedział to równie cicho i także nieznacznie się przybliżył.
Bardzo wolno, jakby się ze sobą drażniąc, czynili postępy mające zaowocować w końcu pocałunkiem. Niewątpliwie tak właśnie by się ten spacer skończył, gdyby im nie przerwano.
-Elizabeth? -wtrącił się ktoś trzeci. -Elizabeth Vane?
Dziewczyna błyskawicznie odwróciła się w stronę pytającego. William zgrzytnął krótko zębami i wyprostował się.
Pytającym okazał się być Arthur Gable, niedoszły narzeczony panny Vane. Jasnowłosa zmarszczyła brwi.
-Arthur? Co ty tutaj robisz?
Wiedziała, że blondyn mieszka na stałe w Oksfordzie.
-Przyjechałem do Londynu w interesach.
-Och.
-Wiem, że się tu przeprowadziłaś.
Liz nie zapytała, skąd to wie. W gruncie rzeczy mało ją to obchodziło.
Gable jakby dopiero teraz zauważył Williama. Jego spojrzenie, do tej pory zaskakująco przyjazne, zmieniło się w coś na kształt zirytowania i nierozwiniętej jeszcze nienawiści.
-Ostatnio nie mieliśmy okazji, by się sobie przedstawić -powiedział Arthur po chwili milczenia.
Czarnowłosy uśmiechnął się ironicznie.
-Istotnie. Jestem William Drake.
Na twarz Gable'a wkradło się zrozumienie, które jednak niemal natychmiast przeszło w osłupienie.
-Profesor William Drake?
-Obawiam się, że tak.
-Arthur Gable.
Niechętnie uścisnęli sobie dłonie. Elizabeth nie mogła nie zauważyć, że obaj panowie użyli zbyt dużo siły, niż było to konieczne.
-Więc -zaczął Arthur, prostując się. -Czy wy wciąż...
-Jesteśmy zaręczeni -skłamał gładko William.
-Zaręczeni? -powtórzył blondyn z niedowierzaniem w głosie, zerkając na dłoń panny Vane.
-Och, pierścionek jest u jubilera, należało go zmniejszyć -kontynuował przedstawienie Drake. -Moja prababka miała nieco grubsze palce niż Lizzy.
Gable kiwnął głową.
-Cóż, w takim razie wszystkiego najlepszego -rzekł lodowatym tonem, przeczącym wypowiedzianym życzeniom. Niemniej jednak, "szczęśliwa para" odpowiedziała uśmiechami i podziękowaniami. Arthur zniknął tak szybko jak się pojawił.
-Co to miało być? -spytała Elizabeth ostrzej niż zamierzała.
William spojrzał na nią dziwnie.
-Nie chcę, by się wokół ciebie kręcił.
Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa.
-Nie masz praw do tego, by tak mówić -oświadczyła.
Wtedy pocałował ją w usta, krótko, ale mocno.
-Doprawdy? -uniósł wysoko jedną brew.
-Czy ty... czy my... -zająknęła się Elizabeth.
-Och tak -odparł Drake. -Jesteś moja.
-Jesteś mój -odszepnęła.
Kiwnął głową.
-Jestem twój. W końcu.
Liz uśmiechnęła się lekko.
William pochylił się i pocałował ją w policzek. Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.
-Nie lubię... okazywania uczuć w miejscach publicznych -wyznał, wzruszając ramionami.
-Ale przed chwilą...
-To był wyjątek -mężczyzna uśmiechnął się łobuzersko.
-Kiedy będziemy mogli się spotkać w jakimś... niepublicznym miejscu?
-Zadzwonię -obiecał, odwrócił się i odszedł, zostawiając ją przed kawiarnią.
Elizabeth weszła do środka uśmiechając się od ucha do ucha.
-No, no -powiedziała Izabela zamiast przywitania, gdy jasnowłosa podeszła do kontuaru. -Widzę, że spacer się udał.
-Bello...
-Tak, szefowo?
-Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.
Baristka uśmiechnęła się szeroko.
-Nareszcie.

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 22

Elizabeth planowała zostać w Oksfordzie jeszcze parę dni po weselu, dotrzymać towarzystwa Katherine i pożegnać się należycie z Lucy i Edmundem przed ich podróżą poślubną do Paryża. Ale to, co się stało, sprawiło, że postanowiła wrócić do Londynu jak najszybciej.
Wyruszyła rankiem po weselu, po prawie nieprzespanej nocy, pierwszym pociągiem. Była wściekła na wszystko i na wszystkich. Na chwilę tylko wpadła do mieszkania, odświeżyła się i trochę uspokoiła, po czym postanowiła udać się do kawiarni, sądząc, że praca będzie najlepszym sposobem na zapomnienie.
Izabella była niezwykle zaskoczona widząc pannę Vane w pracy.
-Kochana -zaświergotała blondynka, mocno przytulając szarooką. -Co ty tutaj robisz?
-Sprawy potoczyły się nienajlepiej, Bello -powiedziała płaczliwym tonem jasnowłosa. -Nie mogłam tam zostać.
Baristka zrobiła współczującą minę.
-Zrobię ci kawy. Jeśli chcesz, możesz mi wszystko opowiedzieć.
-Kawa brzmi dobrze -Liz uśmiechnęła się blado. -A opowiadać za bardzo nie ma czego. Ot, kolejny raz dałam się zwieść pozorom. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu razach mogłabym się czegoś nauczyć!
Elizabeth pokręciła głową nad swoją głupotą.
-Pan profesor?
-A któżby inny -zironizowała panna Vane.
Bella podała jej kawę. Lizzy upiła łyk i westchnęła z lubością.
-Dzięki, kochanie.
Blondynka mrugnęła porozumiewawczo.
-Jeśli o to chodzi, zawsze możesz na mnie liczyć -zaśmiała się.
Panna Vane szybko dopiła kawę.
-Pójdę się przebrać -rzekła, podnosząc się z krzesła.
W tej samej chwili drzwi kawiarni otworzyły się i stanął w nich wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Kobiety zareagowały na jego przyjście na dwa różne sposoby: Izabella uśmiechnęła się szeroko i przemaszerowała z powrotem za kontuar, a Elizabeth zamarła, poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na twarz, po czym odwróciła się napięcie i zrobiła krok w stronę zaplecza.
W następnej chwili Drake był przy niej i ściskając ją mocno za rękę, spytał cicho:
-Możemy porozmawiać?
Lizzy zerknęła ponad jego ramieniem na Bellę, która energicznie pokiwała głową.
Panna Vane przywołała na twarz lekko zirytowaną minę, przewróciła oczami i odpowiedziała:
-Chodźmy na górę.
Kiedy wchodzili po schodkach, blondynka pokazała Williamowi dwa uniesione do góry kciuki, których jasnowłosa na szczęście nie zauważyła.
Usiedli przy jednym ze stolików, naprzeciwko siebie. Elizabeth założyła nogę na nogę, skrzyżowała ręce na piersiach i demonstracyjnie wpatrzyła w coś po swojej prawej stronie.
-Cóż, słucham -rzekła po chwili ciężkiej ciszy. -Co ma mi pan do zakomunikowania, o czym jeszcze nie wiem, hm?
Spojrzał na nią pozornie spokojnie, ale w jego prawie czarnych tęczówkach odnalazła tłumioną pasję i zarumieniła się, czując, że traci przewagę.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -odrzekł swobodnie Drake.
-Słucham?
Uśmiechnął się wyrozumiale.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -powtórzył.
-Dlaczego miałabym się na to zgodzić, panie profesorze?
Wzruszył ramionami.
-Ponieważ chce się pani na to zgodzić -odparł.
Elizabeth uniosła wysoko jasne brwi.
-Doprawdy? -spytała sceptycznie.
-I ponieważ bardzo panią o to proszę.
-Nie powinien pan tak ze mną pogrywać, panie profesorze -rzekła chłodno Elizabeth po chwili milczenia.
-Nie pogrywam z panią.
-Ależ tak!
-Chciałbym, by dała mi pani szansę.
-Szansę na co, jeśli można wiedzieć?
-Na wytłumaczenie. I na zdobycie pani względów.
Tylko William Drake mógł powiedzieć coś takiego i sprawić, by zabrzmiało to całkowicie poważnie, elegancko i męsko.
-Względy Clary Fleurot powinny panu wystarczyć. Nie wiem po co kłopotać się zdobywaniem i moich.
-Za nic mam Clarę Flaurot i jej względy -odparł obcesowo czarnowłosy.
-Daruje pan, że mu nie uwierzę.
-Mam panią błagać na kolanach, panno Vane?
-Zdaje pan sobie sprawę z faktu, że jestem na pana wściekła?
-Domyślałem się tego.
-Dobrze.
-Czyli zgadza się pani? -upewnił się Drake.
-Tak. Zgadzam -westchnęła Elizabeth.
-Przyjadę po panią o ósmej.
-W porządku.
William wstał i obszedł stolik.
-Zatem do zobaczenia, panno Vane -rzekł, po czym sięgnął po damską dłoń i pocałował jej wierzch.
-Do widzenia -odparła Liz nieprzytomnie.
Nie odprowadziła go. Dobre kilkanaście minut nie ruszała się z miejsca, myśląc o tym, co właśnie miało miejsce. Mimowolnie poczuła ekscytację i zdała sobie sprawę z faktu, że nie może się doczekać wieczoru.
*

Dzwonek do drzwi zadzwonił trzy minuty przed ósmą. Elizabeth, która raczyła się filiżanką herbaty w kuchni, zerknęła na zegarek i zdziwiła się nieznacznie.
Taka punktualność… Coś niebywałego.
Dziewczyna poszła otworzyć drzwi.
Profesor Drake otaksował ją spojrzeniem, po czym, z małym opóźnieniem, przywitał się:
-Dobry wieczór, panno Vane.
Elizabeth zakładała płaszcz.
-Możemy iść -wymamrotała, czując, że jest bacznie obserwowana. Może nie powinna była się tak stroić, ale doszła do wniosku, że nie może pozbawić się jedynej broni.
Włożyła więc na siebie prostą, wąską, bawełnianą, czarną sukienkę sięgającą przed kolano, której jedyną ozdobą były zrobione z koronki rękawy. Inną zaletą kreacji, w opinii Lizzy, był nieduży dekolt, świadczący o tym, że dziewczyna nie ma zamiaru profesora kokietować, o flirtowaniu nie wspominając.
Drake jeździł czarnym (oczywiście) Volkswagenem. Kurtuazyjnie otworzył jej drzwi auta, zanim sam do niego wsiadł. Podczas podróży wcale się do siebie nie odzywali. Elizabeth była tak rozkojarzona, że nie zwracała uwagi na to, gdzie jadą, póki nie zatrzymali się przed jakąś restauracją.
Nie czekała, aż otworzy jej drzwi, wysiadła sama; nie skomentował. Odezwał się dopiero, gdy już byli w środku; zdejmując jej płaszcz, szepnął jej do ucha komplement:
-Wygląda pani zachwycająco, panno Vane.
Dziewczyna zarumieniła się wdzięcznie.
Przez cały wieczór rozmawiał z nią jak z dobrą znajomą. Lizzy była zdziwiona takim obrotem spraw -nie to zapowiadało jego, trzeba to było przyznać, desperackie zaproszenie. Pamiętała doskonale, co jej powiedział: chce wszystko wyjaśnić i „zdobyć jej względy”.
Też coś. Zdobyć względy.
Tymczasem wszystko -może oprócz tego komplementu na samym początku -było pozbawione romantycznych podtekstów, jakich dziewczyna się spodziewała.
Elizabeth miło spędziła czas. Drake był zachwycającym kompanem do rozmowy -mówił ciekawie, pięknie się wysławiał, podkreślał wypowiedzi gestami, w skrócie: widoczne było jego uniwersyteckie doświadczenie. Panna Vane, zaskoczona jak łatwo jej to przychodzi, odpowiadała mu równie swobodnie i z takim samym, jeśli nie większym, wdziękiem.
Po kolacji William zaproponował jeszcze drinka w jakimś cichym miejscu i Liz zgodziła się, sądząc, że pan profesor wreszcie przejdzie do rzeczy. Nie pomyliła się. Zabrał ją do jakiegoś baru, wybrał stolik w najciemniejszym kącie i gdy złożyli zamówienie, rozpoczął rozmowę:
-Nadal jest pani na mnie wściekła?
-Owszem -odparła bez litości dziewczyna. -Jeśli myśli pan, że miły wieczór załatwi sprawę, to się myli.
-Ach tak -powiedział wolno, unosząc wysoko jedną brew. Liz udała, że niczego nie zauważyła.
-Niech pan lepiej przystąpi do wyjaśnień -zażądała jasnowłosa.
-Wyjaśnienia, no tak -zaczął wolno Drake, po czym wzruszył ramionami. -Po Florencji, nie miałem prawa niczego od pani oczekiwać.
 -Cóż, ja…
-Nie pomylę się chyba mówiąc, że pani nie miała prawa oczekiwać niczego ode mnie.
-No tak, ale…
Jego wargi wygięły się nieco w górę.
-Ach, więc pani się ze mną zgadza -zauważył mężczyzna.
-Powiedzmy -Elizabeth przewróciła oczami.
-Przypomni mi pani, dlaczego jest na mnie wściekła?
-Bardzo chętnie, panie profesorze -odparła Lizzy chłodno. -Jest pan jedną z niewielu osób, która wie, co zrobiła Clara. Mało tego, pana też kiedyś coś takiego spotkało. Mógł pan wybrać kogokolwiek, każdą inną kobietę, ale ona?
-Co ma pani na myśli mówiąc, że mnie też cos takiego spotkało?
Elizabeth zamarła na moment. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, mężczyzna westchnął głęboko.
-Zabiję Beatrice…
-Proszę jej za to nie winić -poprosiła łagodnym tonem Lizzy.
-Szybko się zaprzyjaźniłyście -zironizował Drake.
-Może mi pan odpowiedzieć, profesorze?
Skrzywienie wąskich ust.
-Była pani… jest pani zazdrosna -to było wyraźne stwierdzenie.
Elizabeth przygryzła wargę.
-Nie mam prawa, by być -odrzekła w końcu, patrząc w bok.
-Co nie zmienia faktu, że…
-Że jestem -skapitulowała panna Vane.
-Cóż, nie będę się z panią sprzeczał.
Milczeli przez dobrą chwilę. Elizabeth nie patrzyła na Drake’a, zbyt była zażenowana tym, co właśnie się stało.
-Jeśli to panią pocieszy, wyznam, że i ja byłem zazdrosny, i to wtedy, kiedy miałem do  tego  jeszcze mniej praw, niż pani -wyznał w końcu Drake, nie patrząc jej w oczy.
-Słucham?
-Pamięta pani drugi wieczór zeszłorocznego zlotu? -spytał.
-Oczywiście.
-Jeśli dobrze kojarzę, właśnie wtedy poznała pani Christophera Blooma.
-Był pan zazdrosny o Christophera? -zdziwiła się  Elizabeth.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-Mówiłem, że miałem zdecydowanie mniej praw i, jak mam nadzieję, powodów.
Lizzy, będąc już lekko wstawioną, nie do końca przemyślała swoją odpowiedź:
-Chris? Poza jednym nieszczęsnym pocałunkiem, nic między nami nie było... ups -zakryła sobie usta dłonią. -Nie powinnam była tego mówić.
-Och nie -William uśmiechnął się dość paskudnie. -Proszę kontynuować.
-Nie wdawajmy się w szczegóły.
-Ależ to kwintesencja wszystkiego, droga pani.
Dziewczyna przewróciła oczami.
-Pamięta pan nasze spotkanie w Cambridge? Na urodzinach...
-Profesora Faulknera? Tak, pamiętam.
-To był wieczór pełen... żenujących sytuacji.
-Ma pani na myśli swoją ucieczkę?
-Nie tylko -rzekła Elizabeth. -Na dworzec odwoził mnie Christopher Bloom i powiedzmy, że bardzo chciał dać mi całusa na pożegnanie -zakończyła z nutką irytacji w głosie.
-Całusa w policzek?
-Dobrze pan wie, że nie -odpowiedziała chłodno jasnowłosa. Drake uśmiechnął się krzywo.
-Bardzo ciekawi mnie pani reakcja.
-Jaka mogła być moja reakcja? -westchnęła panna Vane. -Przecież to było ledwie dwa miesiące po... -urwała, rumieniąc się.
-Więc? -spytał William bezlitośnie.
-Czy pan zawsze musi wszystko wiedzieć?
-Tak.
-Powiedziałam Chrisowi prawdę.
-A konkretnie?
-Moja słodka tajemnica -odparła Elizabeth tylko trochę zalotnym tonem. -Nie mogę zdradzić panu wszystkiego, profesorze.
-Zapewniam panią, że byłbym uszczęśliwiony.
-Pańska kolej.
-Na co?
-Ja zdradziłam panu sekret, musi się pan odwdzięczyć. Nikomu wcześniej nie powiedziałam o tamtym nieszczęsnym pocałunku.
-Był aż tak kiepski? -zironizował mężczyzna.
-Nie powiem.
-W takim razie co by pani chciała wiedzieć?
Elizabeth zastanawiała się chwilę, obracając w palcach kieliszek.
-Chciałabym wiedzieć, czy pani Hallward powiedziała mi prawdę.
-Na temat...?
-Na temat pana. Pańska przyjaciółka twierdzi, że jest pan zakochany.
-Doprawdy?
-W tej samej kobiecie, już od dłuższego czasu.
-Proszę mnie spytać o coś innego, panno Vane.
-Nic innego mnie nie intersuje.
William westchnął.
-Odwiozę panią do domu. 

niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 21

Beatrice popędziła na górę i bez zbytniej delikatności przecisnęła przez tłum na parkiecie, zmierzając w stronę wyjścia na balkon.
Przed oszklonymi drzwiami zatrzymała się na chwilę, poprawiła sukienkę, nałożyła na uszminkowane usta uprzejmy uśmiech i odetchnęła głębiej.
Już ja mu pokażę.
Tamci nadal pozostawali w swoich objęciach.
-Przepraszam -zaświergotała pani Hallward, bez najmniejszych skrupułów przerywając chwile uniesienia czarnowłosego i blondynki.
Natychmiast się od siebie odkleili, na ich twarzach ani śladu zakłopotania, którego Beatrice jednak się spodziewała.
-Czy mogę porwać mojego przyjaciela na sekundkę? -poprosiła najsłodszym, najbardziej uprzejmym tonem Bea. -To dość ważne -dodała, jako że żadne z przyłapanych na gorącym uczynku jej nie odpowiedziało.
Pierwsza otrząsnęła się drapieżnie ładna blondynka.
-Oczywiście -uśmiechnęła się lodowato. -Zostawię was samych.
Pani Hallward nie mogła nie zauważyć sugestywnego spojrzenia, jakie panna Fleurot rzuciła jej przyjacielowi na odchodnym.
Kiedy zostali sami, Beatrice odkleiła z twarzy sztuczny uśmiech.
-Ty cholerny idioto!
William odwrócił głowę, prezentując jej swój szlachetny profil.
-O co ci znowu chodzi, kobieto?
-O to, mój drogi -wysyczała nie na żarty wkurzona czarnowłosa -że jesteś pieprzonym kłamcą i hipokrytą. Nie dalej jak kilka godzin temu twierdziłeś, że wciąż…
-No i co z tego? -odwarknął, przerywając kazanie. Mogła wyczuć, że jest zły zarówno na nią jak i na siebie.
-Ona mnie nie chce. Dlaczego więc nie miałbym…
Beatrice podeszła bliżej i wymierzyła Drake’owi policzek. Niezbyt silny, bo mimo wszystko jej przyjaciel miał trochę racji. Nie złapał się na twarz, tylko spojrzał na nią z wyrzutem.
-Auć, Bea. Za co to?
-Za twoją tytaniczną głupotę! Wiesz, że przed chwilą rozmawiałam z panną Vane? -powiedziała cicho i dość zjadliwie. -Wszystko stało się dla mnie jasne… Ona wciąż jest w tobie całkowicie zadurzona, ale sądzi, że po tym, co stało się we Florencji, straciła swoją szansę… Już ją ugadałam -jęknęła Beatrice. -Brakowało dosłownie tyle -wykonała dłonią popularny gest, pokazując, że rzeczywiście mało brakowało -by dziewczyna rzuciłaby ci się w ramiona. Ale…
Urwała, widząc nagłą rozpacz na jego twarzy. Nie widziała go w takim stanie odkąd rozstał się z żoną. Nagle poczuła, jak bardzo jest jej go żal.
Nie miała jednak zamiaru go oszczędzać.
-Ale… ale… Po prostu spójrz w dół, mój drogi -westchnęła.
Usłuchał. Zobaczył stojącą na tarasie jasnowłosą figurkę w ciemnoczerwonej sukni.
-Widziała nas? -spytał cicho, zapatrzony, wychylony ponad marmurową barierką balkonu.
-Tak. Obie widziałyśmy.
-Zatem już po wszystkim. Clara…
-Tak, pamiętam. Zrobiła to znowu.
-Cholera. Jasna i pieprzona cholera.
-Cóż. Co się stało, to się nie odstanie. Wyraźnie panna Vane nie jest dla ciebie na tyle ważna, byś uznał za stosowne się pohamowywać -rzekła chłodno pani Hallward.
-Niech cię, Beatrice.
-Nie lubię, gdy robi się ze mnie idiotkę, drogi przyjacielu.
-Wiem. Wybacz.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-Wybaczam. Jednak panna Vane nie będzie równie wyrozumiała, mogę za to ręczyć.
-Naprawdę sądziłaś -zaczął William grobowym tonem -że po tym, co się stało, mam prawo prosić ją o wybaczenie?
-Nie wiem -odpowiedziała szczerze Beatrice. -Naprawdę nie mam pojęcia.
*

Cholerny drań. Cholerny, wredny drań.
Takie myśli kołatały się w głowie Elizabeth przez resztę wieczoru i sporą część nocy. Nieważne jak bardzo starała się myśleć o czymś innym, przed oczami stawała jej niezmiennie scena nieszczęsnego pocałunku, wywołująca falę gorzkich wspomnień i napływające do oczu łzy.
Wesele nie chciało się skończyć.
Wypaliła wraz z cudownie współczującą Beatrice jeszcze kilka papierosów. Rozmawiały na błahe tematy, z chirurgiczną precyzją omijając wszystko, co było związane z profesorem Drake’iem. Panna Vane była wdzięczna za dotrzymywanie jej towarzystwa i wyraziła nadzieję, że jeśli pani Hallward odwiedzi w przyszłości Londyn, raczy wstąpić do Kafkaesque na filiżankę cappuccino lub espresso.
Było około godziny trzeciej w nocy, kiedy sala balowa opustoszała prawie zupełnie. Na parkiecie zostało już tylko kilka niezwykle wytrwałych par gdy Elizabeth wreszcie tam zajrzała, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że dzień już się skończył i że można wreszcie iść do łóżka.
Z pewnością była to ostatnia piosenka.
-Panno Vane?
Odwróciła się niezamierzenie powoli, bojąc się tego, co zaraz nastąpi. Wiedziała, kto jest za nią.
Stał prosto, z rękami w kieszeniach spodni, w rozpiętej marynarce i z rozluźnionym krawatem. Mimo tego, biła od niego elegancja i pewność siebie.
Wyciągnął rękę i po raz pierwszy się do niej uśmiechnął.
Nie był to jego zwykły, ironiczny grymas albo wredny uśmieszek, jakim Drake często obdarzał swoich nieszczęsnych studentów, ale zwykły, przyjazny, szczery uśmiech, który odmłodził profesora o kilka lat.
Elizabeth pokręciła przecząco głową.
-Proszę.
Kolejna nowość -błagalny ton w głosie mężczyzny przechylił szalę na jego stronę. Nie bez wahania jasnowłosa podała mu dłoń. Teraz, kiedy nie miała już na nogach butów z dziesięciocentymetrowymi obcasami, które zmieniła na płaskie, sznurowane, czarne lakierki, była od niego dużo niższa.
Milczenie między nimi Elizabeth uważała za obraźliwie intymne, ale nie przychodziło jej do głowy, co mogłaby powiedzieć, aby je zakończyć.
Tańczyli bardzo wolno, w zasadzie tylko obracali się rytmicznie, przytuleni. Jedną rękę trzymał na jej talii, a w drugiej, którą przycisnął do swojej piersi, zamknięta była jej mała dłoń.
Zapach jego wody kolońskiej odurzał dziewczynę i kazał jej czerpać przyjemność z tego zbliżenia, przed czym się zażarcie broniła.
-Panno Vane… -usłyszała w końcu i zesztywniała momentalnie.
Nie. Proszę, tylko nie to. Jeśli on zaraz…
-Wiem, co pani widziała -szepnął mężczyzna tuż przy jej uchu.
Nie odpowiedziała, w kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy.
-Wiem, co pani teraz czuje.
Elizabeth milczała uparcie. Wciąż obracali się powoli, mimo że piosenka się skończyła. Zostali sami w ogromnej sali. Nagle, ktoś zgasił wszystkie światła; pomieszczenie zalało srebro promieni księżyca.
-Wiem, że nie mam prawa prosić pani o wybaczenie. Mimo tego, zrobię to. Wybacz mi, Elizabeth.
Zadrżała, gdy wypowiedział jej imię.
Nie. Nie mogę. Nie chcę. Cholera, cholera, jasna i pieprzona cholera.
Odsunął się od niej lekko, tak, że teraz patrzył prosto w jej szare, wilgotne oczy. Był śmiertelnie poważny, gdy pochylał się, by ją pocałować.
Ich wargi zetknęły się, raz, drugi, trzeci, coraz mniej niewinnie. Jego ruchy były pełne desperacji i tęsknoty i tak zachłanne jak nigdy wcześniej. Jego niespokojne palce gładziły jej policzki i szyję, wędrowały po nagich plecach, przesuwały się wzdłuż kręgosłupa, w górę i w dół.
Wyrwała mu się, myśląc tylko o tym, że jeszcze parę godzin temu obdarowywał swoimi pocałunkami inną. Cofnęła się parę kroków, otarła usta wierzchem dłoni, posłała Drake’owi spojrzenie pełne oburzenia i rzuciła się do drzwi, byle dalej od niego.
Prawie biegiem wypadła z sali i bezwiednie skierowała na taras. Dopiero gdy znalazła się na zewnątrz, uświadomiła sobie, jak bardzo spadła temperatura. Objęła się ramionami i zawróciła do środka, po czym przypomniała sobie, dlaczego tu przyszła. Zrobiła kilka kroków naprzód, ale znów się wróciła. Powodem tej szarpaniny nie było jednak przejmujące zimno. Zdecydowanie opuściło Elizabeth niemal natychmiast i dziewczyna zastanawiała się, czy powinna wrócić na górę.
William przez chwilę stał jak skamieniały w całkiem pustej sali balowej, po czym podbiegł do drzwi prowadzących na balkon. Przeczucie nie zwiodło go: gdy spojrzał w dół, ujrzał pannę Vane, której rozterki były widoczne jak na dłoni.
Przez chwilę sądził, że wynik przemyśleń wypadł na jego korzyść, bo dziewczyna zniknęła we wnętrzu budynku. Jednak chwilę potem wróciła na taras w płaszczu i szybkim krokiem, prawie biegiem skierowała w stronę jeziora, wkrótce znikając mu z oczu.

piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 20

Na parkiecie zatrzymał ją jednak inny męski głos.
-Elizabeth -usłyszała i odwróciła się napięcie.
Stał przed nią szczupły, ryży mężczyzna o jasnoniebieskich oczach, długim, prostym nosie i szerokich ramionach. Był w doskonale skrojonym, ciemnoszarym garniturze i pasującej do koloru jego tęczówek koszuli. Uśmiechał się szeroko. Zmuszona była odpowiedzieć uśmiechem.
-Victor Campbell -powiedziała wolno. -Kopę lat.
Wyciągnął do niej rękę, zapraszając do tańca. Zgodziła się z lekkim wahaniem.
-Co ty tutaj robisz? -spytała bez ogródek już na wstępie.
Zaśmiał się.
-Nie mów, że nie zauważyłaś. Jestem partnerem Clary. Zaprosiła mnie.
-Zauważyłam -odparła. -Oczywiście, że zauważyłam. Ale nie o to pytałam.
-Więc o co?
-Naprawdę nie widzisz, że ona cię wykorzystuje? -spytała jasnowłosa, wysoko unosząc brwi. -Bawi się tobą?
-Och, jestem tego w pełni świadom. Ale nie czuję się wykorzystywany. Bo widzisz moja droga -skrzywiła się na te dwa słowa -to działa w dwie strony.
-Doprawdy? -spytała Liz z niedowierzaniem.
-Tak, choć może ci się to wydawać nieprawdopodobne -odrzekł Victor z ironią w głosie.
Panna Vane postanowiła nie drążyć tematu.
-W porządku. Wierzę ci.
-Nie, nie wierzysz -zaśmiał się chłopak. -Ale nie roztrząsajmy już tego.
Odpowiedziała lekkim wygięciem warg.
-Zamiast tego pozwól mi powiedzieć, że wyglądasz urzekająco pięknie, Liz.
Właśnie czegoś takiego się z jego ust spodziewała.
-Zawsze umiałeś prawić komplementy, Victorze -odpowiedziała. -Ale jeśli na coś liczysz, to chyba się przeliczysz -odparła przesłodzonym tonem.
Znowu się zaśmiał.
-Nic się nie zmieniłaś, Lizzy. Królowa Śniegu w całej swej okazałości, nawet jeśli ubrana w płomienną czerwień.
-Już raz cię do siebie dopuściłam -rzekła lodowatym tonem. -Dostałam nauczkę. Więcej tego nie zrobię, wierz mi.
-Lizzy…
-Naprawdę masz tupet, Victorze.
-Wiem -chłopak uśmiechnął się smutno. -Nie planowałem tego. Ale kiedy zobaczyłem cię w kościele…
-Victor, jeszcze jedno słowo...
-Zrozumiałem, jakim byłem idiotą, Liz.
-Nie mów tak do mnie -syknęła, wyrywając się z jego objęć. -Cztery lata zajęło ci dojście do wniosku, że Clara tobą manipuluje i że jednak wolisz mnie, co? -warknęła.
-Lizzy, to nie tak…
-Zostaw mnie! -syknęła. -Patrzeć na ciebie nie mogę!
Z tymi słowami uciekła z parkietu. Skierowała się na balkon, mając nadzieję, że będzie pusty, ale gdy była już wystarczająco blisko, zobaczyła stojącą przy balustradzie parę. Jej nastrój pogorszył się jeszcze bardziej, gdy w czarnowłosym mężczyźnie rozpoznała profesora Drake’a, a w kobiecie Clarę Fleurot.
Francuska miała na sobie krzykliwą szmaragdową sukienkę. Była ona obcisła w stanie, bez żadnych podtrzymujących materiał na pokaźnym biuście ramiączek, ze stylizowanym haftem w kształcie motyla  na piersiach. Spódnica była natomiast luźna, z każdym obrotem blondynki falowała wokół jej zgrabnych kolan. Wysokie czarne szpilki, biżuteria z turmalinami i ostry makijaż dobrze komponowały z   oryginalną kreacją.
Lizzy zatrzymała się w pół kroku i zawróciła na drugi koniec sali, kierując się na taras. Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, w ostatniej chwili powstrzymując potok niechcianych łez.
Cholera, cholera, cholera, cholera.
-Elizabeth Vane?
Co znowu?
Jasnowłosa odwróciła się, przywołując na twarz nieprzekonywujący uśmiech.
Patrzyła na nią ciekawie kobieta w wieku mniej więcej trzydziestu pięciu lat. Była naprawdę ładna, o kruczych lokach i skórze koloru kości słoniowej. Jej oczy pod jaskółczymi brwiami miały kolor morskiej wody.
Beatrice Hallward, jak uświadomiła sobie po paru sekundach Liz, miała na sobie gustowną, szarą popelinową suknię i średnio wysokie zamszowe czółenka w kolorze kreacji.
-Jestem Beatrice Hallward -potwierdziła domysły dziewczyny czarnowłosa, wyciągając do niej rękę w przyjaznym geście. Chcąc nie chcąc, Elizabeth uścisnęła ją.
-Też wyszła pani zapalić? -spytała po chwili milczenia przyjaciółka Drake’a. Lizzy pokręciła głową, podczas gdy tamta grzebała chwilę w torebce.
-Może jednak pani reflektuje?
-W zasadzie -odparła szarooka -dlaczego nie.
Zapaliły. Elizabeth udało się nie rozkaszleć.
Głośny damski śmiech dochodzący gdzieś z góry zwrócił uwagę obu kobiet. Jak na komendę poderwały głowy i Liz zaraz tego pożałowała.
-Niech się pani nie przejmuje -poradziła jej Beatrice swobodnym tonem.
-Nie przejmuję się -rzekła cicho jasnowłosa, świadoma, jak nieprzekonywająco to zabrzmiało. Pani Hallward nie odpowiedziała, tylko rzuciła dziewczynie wymowne spojrzenie.
-Aż tak to widać?
-Ależ nie.
-Więc, jak dużo pani wie?
-Och, całkiem sporo -wyznała Beatrice, zaciągając się. -Na pewno wiem więcej niż ten idiota -szarpnięciem głowy wskazała na balkon. -On jest jak dziecko we mgle, może mi pani wierzyć.
Elizabeth zdobyła się na blady uśmiech. Nikt z jej znajomych nigdy nie pozwolił sobie na tyle swobody w opisie profesora Drake’a.
-Panno Vane -podjęła po chwili czarnowłosa -Proszę nie myśleć, że jestem szalona, kiedy powiem pani, że mój drogi przyjaciel, choć zachowuje się, nie wiedzieć czemu, jak kompletny palant, jest w pani po uszy zakochany. Trwa to od dobrych… -szybko przerachowała -piętnastu miesięcy, jeśli nie dłużej. To nie jego wina, że w sprawach niewieścich jest tak bardzo nierozgarnięty. Widzi pani… -trajkotała, nie dając Liz dojść do słowa.
-Widzi pani, to przez jego byłą żonę! -rzekła w końcu, łapiąc oddech.
Elizabeth nie odpowiedziała.
-Wiedziała pani, że William był kiedyś żonaty? -pani Hallward chyba nie spodziewała się odpowiedzi, bo kontynuowała jak gdyby nigdy nic, nie przejmując się milczeniem swojej towarzyszki. -Poznali się na studiach, zaczęli ze sobą chodzić na czwartym roku i wzięli ślub jak tylko oboje się obronili. Byli małżeństwem przez trzy lata, ale ona… -Beatrice zająknęła się. -Panno Vane, mówię to pani w największej konfidencji… żona Willa zdradziła go z jego najlepszym przyjacielem.
Lizzy przygryzła wargę. Nikt nie wiedział nawet, że profesor Drake był kiedyś żonaty.
-No i się rozwiedli. A od tamtego czasu… sama pani rozumie -czarnowłosa upuściła niedopałek i zgniotła go czubkiem buta.
-Kim była żona pana profesora? -spytała panna Vane, nim zdążyła ugryźć się w język.
-Nazywała się Alexandra Stevens -odpowiedziała dość niechętnie Beatrice. -Studiowaliśmy wszyscy razem. Ja, William, Alexandra i ten jego przyjaciel od siedmiu boleści, Nigel Wright. Ona była całkiem podobna do pani -oceniła niebieskooka -też niska, szczupła, zgrabna, no i szarooka. Ale miała rude włosy. A on, cóż, był cholernie przystojny, a przy tym równie inteligentny jak Will-pani Hallward wzruszyła ramionami -i to chyba wystarczyło. Wie pani, William to nie jest człowiek, z którym łatwo się żyje. Któregoś dnia pewnie pokłócili się zbyt mocno… -nie dokończyła myśli, a Elizabeth nie zadała pytania.
-Od tego czasu… och, on tego nie okazuje, ale ja wiem, że jest bardzo samotny -zakończyła Bea.
Lizzy nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć.
-Cieszę się, że mi pani to wyjawiła -wyjąkała w końcu dziewczyna.
Czarnowłosa rzuciła jej uważne spojrzenie.
-Proszę dać sobie i jemu szansę -powiedziała poważnie. -Oboje na nią zasługujecie.
Panna Vane kiwnęła nieprzytomnie głową, po czym spojrzała w górę, chcąc odnaleźć Williama wzrokiem. W górę popatrzyła za jej przykładem także Beatrice. To, co zobaczyły, sprawiło, że Elizabeth natychmiast spuściła wzrok i odwróciła się napięcie, a pani Hallward kilkoma agresywnymi ruchami zapaliła kolejnego papierosa, zaciągnęła się głęboko i powiedziała:
-Pani wybaczy, muszę teraz iść i go zamordować.
Na tarasie ponad nimi William Drake z niespotykanym entuzjazmem całował czerwone usta Clary Fleurot.

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 19

Wesele odbywało się głównie w sali balowej wielkiej posiadłości nad jeziorem.
Elizabeth w milczeniu, z lampką szampana w ręku przyglądała się idealnie dopracowanemu pierwszemu tańcowi pary młodej. Na twarzy miała uśmiech, ale w duchu westchnęła głęboko. W tamtej chwili nie sądziła, że ją kiedykolwiek czeka nie tylko ślub, ale w ogóle szczęśliwy związek.
Ten, z którym miała ochotę znów spróbować, stał niemal naprzeciwko niej w kręgu gości obserwujących młodą parę. Panna Vane nie miała odwagi na niego spojrzeć. Zauważyła już w czasie ślubu, że Drake nienatrętnie się jej przygląda. Wprawiało ją to w zakłopotanie, ponieważ nie mogła tego rozszyfrować, podobnie jak nie mogła wyjść z przekonania, że jego wizyty w jej kawiarni mają jakieś drugie, niedostrzegalne dla niej dno.
Dlatego go unikała. Nie chciała dawać sobie nadziei na cokolwiek. Nie po tym, co stało się we Florencji. Nienawidziła siebie za to niezdecydowanie.
Dał mi już jedną szansę. Drugi raz tego nie zrobi.
Wesele trwało już jakiś czas. Elizabeth raczej się nudziła. Wiedziała, że tak będzie, jeśli przyjdzie sama. Choć oczywiście poproszono ją do kilku tańców -zrobił to między innymi Edmund, a także jego ojciec -w miarę upływu czasu Liz coraz częściej wymykała się na balkon, lub, gdy tam już ktoś był, na taras. Łaknęła samotności jak nigdy wcześniej.
Właśnie wróciła z jednego z takich wypadów, żałując trochę, że nie pali, bo wtedy miałaby przynajmniej jakąś wymówkę do wymykania się co chwilę na zewnątrz.
-Elizabeth -krzyknął do niej Edmund -chciałbym ci kogoś przedstawić!
Jasnowłosa posłusznie podeszła do swojego przyjaciela, rozmawiającego z wysokim, na oko 60letnim mężczyzną o orlim nosie i bystrym spojrzeniu.
-To właśnie dziewczyna, o której panu opowiadałem -mówił Thwaites swojemu towarzyszowi, gdy panna Vane szła w ich kierunku. Starszy pan obrzucił Liz spojrzeniem pełnym aprobaty.
-Moja droga, to pan Thomas Drake. Panie Drake, to właśnie Elizabeth Vane.
Dopiero teraz jasnowłosa zauważyła podobieństwo między ojcem i synem. Thomas ujął jej dłoń bardzo delikatnie i musnął ustami jej wierzch. Lizzy uśmiechnęła się lekko.
-Miło mi, panie Drake -powiedziała.
-To odwzajemniona radość, zapewniam pannę -odpowiedział mężczyzna.
-Państwo wybaczą -rzekł zaraz potem Edmund, zostawiając ich samych.
-Syn kiedyś mi o pannie opowiadał -rozpoczął rozmowę Thomas.
-Doprawdy? -Elizabeth była szczerze zdziwiona.
-Widzi panna, od kiedy William mieszka w Londynie, często mnie odwiedza.
-Och.
-Wyrażał się o pannie bardzo dobrze, zapewniam.
Liz zaśmiała się.
-Trudno mi w to uwierzyć, panie Drake -rzekła, czując, że po raz pierwszy tego dnia uśmiech na jej twarzy jest naprawdę szczery. Starszy pan zaproponował jej ramię, które przyjęła i poszli razem w kierunku balkonu.
-Ależ naprawdę tak było!
-Nigdy nie słyszałam, by pana syn wyrażał się pochlebnie o jakimkolwiek ze swoich studentów -przyznała szczerze panna Vane. -Na pewno nie mógł zaś chwalić mnie, biorąc pod uwagę fakt, że szczerze mną w czasach uniwersyteckich gardził.
Thomas machnął lekceważąco ręką.
-Niechże sobie przypomnę… William powiedział, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, że była panna jego jedyną naprawdę zdolną studentką, albo coś w tym tonie -rzekł poważnie. -Wyraz niedowierzania na panny twarzy wskazuje jasno, że mi panna nie wierzy.
-Proszę mi wybaczyć -zająknęła się Elizabeth -Po prostu trudno mi to pogodzić z niechęcią, jaką żywił do mnie jeszcze parę lat temu pański syn.
-No tak, William ma niezbyt przyjemny sposób bycia, nieprawdaż?
-Cóż, ja…
-Jest panna zbyt dobrze wychowana, by potwierdzić, czyż nie? Ale oboje wiemy swoje -zaśmiał się Thomas. -Prawda jest taka, panno Vane, że ja już co nieco o pannie wiem -przyznał się.
-Słucham?
Wyszli na taras.
-Mój uparty syn zdradził mi pani nazwisko przez przypadek -rozpoczął wyjaśnienia pan Drake. -Tak, czysty przypadek, Bóg mi świadkiem… A potem wrodzona ciekawość, choć w tym przypadku było to, przyznaję ze skruchą,  czyste wścibstwo, kazała mi skontaktować z panią Halladan, która z kolei…
-Przepraszam… kim jest pani Halladan?
Thomas spojrzał na nią ze zaskoczeniem.
-Dziwne -wymruczał -że panna nie wie, kto to jest, skoro to ona właśnie wszystko mi opowiedziała. Beatrice Halladan to bliska przyjaciółka Williama.
-Och -Elizabeth w mgnieniu oka przypomniała sobie kruczowłosą piękność, która przyprowadziła profesora Drake’a na urodziny Faulkner’a.
-W każdym razie, Beatrice wszystko mi opowiedziała.
-To znaczy co panu opowiedziała? -spytała Liz chłodniej niż zamierzała.
-Niech się panna nie gniewa… Beatrice powiedziała, że William…
-Myślę, że panny Vane to w nawet najmniejszym stopniu nie interesuje -oboje podskoczyli na dźwięk tego dobrze im znanego, teraz cedzącego wolno słowa, głosu.
Liz odwróciła się i spojrzała w ciemne oczy Willa Drake’a.
-Panie profesorze -powiedziała cicho w ramach przywitania, spuszczając wzrok.
Thomas zmarszczył brwi.
-Przeszkodziłeś nam w arcyciekawej rozmowie, synu.
-Błagam o wybaczenie -czarnowłosy zrobił coś w rodzaju parodii krótkiego ukłonu. -Chciałem tylko poprosić pannę Vane do tańca -dodał aksamitnym głosem.
Poczuła na sobie spojrzenia obu mężczyzn.
-Och, tak, oczywiście -odrzekła słabo i przyjęła oferowane przez Williama ramię.
Poprowadził ją na parkiet.
-Chciałbym, aby pani nie brała na poważnie wszystkiego, co mówi mój ojciec -powiedział Drake, kiedy zaczęli tańczyć.
-Nie miałam takiego zamiaru, profesorze.
Skrzywił się, gdy go tak nazwała, ale nie skomentował, zamiast tego prawiąc jej nieoczekiwany komplement.
-Bardzo pani do twarzy w czerwieni.
Od razu spłonęła rumieńcem.
-Dziękuję. Wiem, że zazwyczaj jest pan niezwykle oszczędny w pochwałach -odpowiedziała robiąc obrót, a w jej głosie prawie nie było słychać ironii.
Dostrzegła w jego oczach przyjęcie wyzwania, kiedy przyciągnął ją z powrotem do siebie.
-Owszem. Zwykle nie znajduję bowiem niczego wartego mojej aprobaty.
-Może gdyby szukał pan bardziej zawzięcie, więcej by pan znajdował.
-Szczerze w to wątpię, panno Vane.
-Zapewne wie pan, co mówi.
-Zapewniam, że właśnie tak jest.
Uśmiechnęła się mimowolnie.
-W takiej sytuacji pański komplement znaczy dla mnie jeszcze więcej.
Widziała wyraźnie, jak drgnął mu kącik ust.
-Niech się pani do tego przypadkiem nie przyzwyczaja -odparł.
-Och, nie miałam takiego zamiaru -zapewniła gorąco. -Sądzę, że ma pan dzisiaj po prostu zły dzień.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie, po czym spoważniał.
-Pani też nie wygląda na szczególnie szczęśliwą.
Zmieszała się lekko.
-Zauważył pan -szepnęła.
-Nie mogę oderwać od pani wzroku -wyznał równie cicho.
Spojrzała na niego, zdumiona. Uratowała ją piosenka, która właśnie wtedy się skończyła. Elizabeth uwolniła się z objęć profesora i bez słowa zniknęła w tłumie gości.
Nie miał siły, by ją gonić.

niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 18

Ślub Lucy i Edmunda miał miejsce w Oksfordzie, w kościele Świętej Trójcy. Natomiast wesele miało odbyć się w posiadłości Katherine Stone.
William i Elizabeth ramię w ramię przeszli główną nawą kościoła, po czym ustawili się po obu stronach pastora, czekając na pannę młodą. Drake dyskretnie obserwował jej druhnę.
W czasie ostatnich kilku miesięcy niemal codziennie wpadał do jej kawiarni przy Trafalgar Square. Przez cały listopad ani razu jej nie widział, potem też zdarzało się to bardzo rzadko -Bella powiedziała mu, że jej szefowa jest okropnie zabiegana, ale Will nie do końca w to uwierzył. Podejrzewał, że go unikała. Co było nieszczególnie fortunne, ponieważ nie przychodził do Kafkaesque wyłącznie po wyśmienitą kawę.
Elizabeth nigdy nie wyglądała piękniej.
Ubrana była w ciemnoczerwoną sukienkę z cudownego materiału. Miała ona długie rękawy, była całkiem wąska, choć nie opinająca i sięgała dziewczynie troszkę przed kolano. Brak dekoltu rekompensowały w całości odsłonięte plecy. Do tego panna Vane włożyła wysokie czarne czółenka i biżuterię z onyksami, ten sam zestaw, co kiedyś na bankiecie.
Włosy uczesała w spływający po lewym ramieniu kłos, w którego wplotła krwistoczerwoną tasiemkę. W dłoniach trzymała bukiecik białych różyczek.
Efekt był powalający.
Uniosła oczy i popatrzyła prosto na niego. Uśmiechnęła się. Poczuł, że serce zabiło mu szybciej. Ale nie odwzajemnił uśmiechu, więc odwróciła wzrok.
Rozległa się muzyka organów i do kościoła wkroczyła panna młoda w towarzystwie swojego ojca. William zobaczył zachwycony wzrok Edmunda i nie mógł mu się dziwić. Lucy wyglądała naprawdę uroczo w swojej ślubnej sukni. Ale Drake nie mógł oderwać oczu od jej przyjaciółki.
Przez całą ceremonię Elizabeth zdawała się ignorować jego palące spojrzenie. Czasem jej wzrok prześlizgiwał się po jego twarzy, ale zaraz mknął dalej, nie poświęcając mu za dużo uwagi.
Mogłem odwzajemnić tamten uśmiech.
*

Edmund pocałował delikatnie swoją młodą żonę i oboje, rozpromienieni jak nigdy wcześniej, odwrócili się do tłumu gości, po czym przeszli po czerwonym dywanie i wyszli na zewnątrz kościoła.
Elizabeth i William podążali za młodą parą niczym cienie, z tą różnicą, że tylko ona była szeroko uśmiechnięta, on po prostu nieco mniej posępny niż zazwyczaj.
Beatrice pokręciła głową z niedowierzaniem.
Na Lucy i Edmunda posypał się ryż, a potem confetti, fotograf zrobił przed kościołem parę tuzinów zdjęć, goście złożyli parze młodej życzenia, co trwało niestety bardzo długo, a potem wszyscy zaczęli powoli wsiadać do samochodów i kierować się w stronę posiadłości Katherine. Pani Stone, zdaniem Beatrice, wyglądała świetnie w swojej przepięknej, śliwkowej kreacji i bardzo eleganckiej fryzurze.
Kiedy do pani Hallward dołączył wreszcie William, był on lekko podirytowany, zapewne w jego mniemaniu nudnymi, ślubnymi zwyczajami. Powstrzymywał się od piorunowania wszystkiego wzrokiem tak długo, jak to było konieczne, ale gdy w końcu wraz z Beatrice wsiadł do samochodu, mógł sobie nareszcie ulżyć.
Słuchała jego narzekań jednym uchem, rozmyślając w tym samym czasie, że Elizabeth Vane prawie nic się przez ostatni rok nie zmieniła, że wygląda zachwycająco w ciemno czerwonej sukni bez pleców, że Drake nie mógł oderwać od niej wzroku podobnie jak wielu innych mężczyzn i czy gdyby ona, Beatice, wplotła sobie we włosy tasiemkę, wyglądałaby równie uroczo, czy ze względu na swój wiek po prostu idiotycznie.
-Skończyłeś? -spytała, gdy brał oddech. Rzucił jej spojrzenie spode łba.
-Powiedzmy -odwarknął. -A co?
-Elizabeth wygląda przepięknie, prawda? -spytała czarnowłosa niewinnym tonem.
Drake wymamrotał coś niezrozumiałego.
-Och, nie chcę powtarzać naszej rozmowy sprzed roku!
-To nie powtarzaj.
-Świetnie -obruszyła się. -Wobec tego będzie to monolog. Wiem, że dziewczyna nadal ci się podoba. Wiem też, że ty nadal podobasz się jej…
-Skąd możesz to wiedzieć? -przerwał jej dość obcesowo William, jakby się bał, że za jego plecami pani Hallward zawiązała znajomość z panną Vane i że stały się najlepszymi przyjaciółkami, zwierzającymi się sobie ze wszystkich sekretów.
Beatrice przewróciła oczami.
-To oczywiste, kochany -zaświergotała tonem, który zawsze go denerwował. -Taka dziewczyna mogłaby mieć każdego. A nie ma nikogo już od prawie dwóch lat, czekaj, od czasu tego nieszczęsnego konwentu…
-Zbieg okoliczności -wymamrotał Drake.
-Nie sądzę -odparła chłodno jego towarzyszka. -Co cię powstrzymuje? Tylko nie pleć mi znowu o tych swoich banalnych uprzedzeniach, proszę cię. Zbyt dobrze cię znam, masz gdzieś jej wiek.
Zerknął na nią uważnie.
-To nieprawda -zaprzeczył. -To nieprawda, że mam to gdzieś i to nieprawda, że wciąż, jak ty to powiedziałaś, się jej podobam.
-Skąd ta pewność?
-Ponieważ… -zawahał się. -Ponieważ od czasu naszego spotkania we Florencji panna Vane unika mnie, jak tylko może -Drake był zadowolony ze swego wybrnięcia dokładnie przez sekundę.
-Czekaj, nie powiesz mi chyba, że… -zaczęła Beatrice, a on momentalnie pożałował, że się w ogóle odezwał. -Co się stało we Florencji? -spytała z błyszczącymi oczyma.
-Nic -odparł zbyt szybko.
-Will…
-Nic się nie stało -wycedził.
-Nie kłam!
Zazgrzytał zębami w źle tłumionej złości.
-No dobrze -wycedził przez zęby. -Naprawdę muszę to mówić na głos?
-Nie -odrzekła cicho Beatrice. -Nie musisz.
-Powiedziała, że czuje się źle z tym, co się stało i uciekła -wyznał William tak cicho, że pani Hallward ledwo go usłyszała.
-Och, mój drogi, tak mi… -zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
-Sama widzisz, moja droga -uśmiechnął się kwaśno. -To chyba pierwszy raz, kiedy nie cieszę się, że nie masz racji.