Tego wieczoru Elizabeth zadzwoniła do Lucy i
obwieściła dobrą nowinę. Pani Thwaites oczywiście ucieszyła się niezmiernie i zrewanżowała
krótkim opisem początku jej miesiąca miodowego w Paryżu.
Panna Vane ledwo zdążyła się rozłączyć, bo niemal od razu telefon zawibrował. Dziewczyna odebrała odruchowo.
-Elizabeth? -spytał Drake bez przywitania.
-Tak.
-Jak się czujesz?
Jasnowłosa uśmiechnęła się lekko.
-Doskonale. Mam nadzieję, że wiesz, komu to zawdzięczam.
-Domyślam się -odpowiedział i mogła sobie wyobrazić, że mężczyzna uśmiecha się krzywo -że nie był to pan Gable.
-Mało się domyślasz.
-Och, to nie wszystko.
-Kamień z serca.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie.
-Odpowiadając na twoje pytanie: jutro.
-Słucham?
-Jutro możemy się spotkać w jakimś niepublicznym miejscu.
Elizabeth zarumieniła się.
-Och.
-Nie ukrywam, że liczyłem na troszkę większy entuzjazm z twojej strony.
-Po prostu... uświadomiłam sobie parę rzeczy -wyjąkała panna Vane.
-Na przykład? -spytał aksamitnym głosem. Jasnowłosa zawierciła się w fotelu.
-Że to już jutro.
-Jeśli to problem... -zaczął chłodniejszym tonem, ale od razu mu przerwała.
-Nie! To nie jest problem. Nie zwracaj uwagi na moje...
-Wątpliwości? -podpowiedział z ironią w głosie.
-Na moje niedorzeczne gadanie -poprawiła go. -Bardzo chcę znów cię zobaczyć.
Nie odpowiedział.
-Williamie. To ja mam tutaj największe prawo do strojenia fochów.
-Nie stroję fochów -wycedził, sprawiając, że dziewczyna zaśmiała się wdzięcznie.
-Naturalnie.
-Denerwujesz się.
To nie było pytanie i właśnie dlatego Elizabeth zesztywniała nagle.
-Skąd ten wniosek? -spytała cicho.
-Czuję się wyjątkowo głupio mówiąc to przez telefon, ale... -rzeczywiście się zawahał -musisz wiedzieć, że nie zrobię niczego, co miałoby cię... hm, zakłopotać.
Domyśliła się, że nie chciał użyć słowa "przestraszyć".
-Mówisz tak, jakbyśmy jeszcze nigdy wcześniej... -urwała.
-Moja droga, ponieważ zachowujesz się, jakbyśmy nigdy wcześniej.
Lizzy westchnęła.
-Wybacz. Tamto wspominam nie do końca dobrze. I zanim zaczną się sugestywne komentarze...
-Nie zaczną się -oświadczył Drake.
-To dobrze -rzekła poważnie. -Także dlatego, że już cię dziś na tym polu komplementowałam.
Zaśmiał się raz jeszcze.
-Nie zapomniałem. I czuję się zaszczycony.
Elizabeth była niemal pewna, że gdyby rozmawiali na żywo, skłoniłby się w jej stronę.
-Mogę wpaść do ciebie po pracy.
-Byłoby doskonale -odparł mężczyzna. -Właśnie miałem zaproponować to samo.
Dziewczyna prychnęła.
-Zatem do zobaczenia.
Rozłączył się bez pożegnania.
Panna Vane ledwo zdążyła się rozłączyć, bo niemal od razu telefon zawibrował. Dziewczyna odebrała odruchowo.
-Elizabeth? -spytał Drake bez przywitania.
-Tak.
-Jak się czujesz?
Jasnowłosa uśmiechnęła się lekko.
-Doskonale. Mam nadzieję, że wiesz, komu to zawdzięczam.
-Domyślam się -odpowiedział i mogła sobie wyobrazić, że mężczyzna uśmiecha się krzywo -że nie był to pan Gable.
-Mało się domyślasz.
-Och, to nie wszystko.
-Kamień z serca.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie.
-Odpowiadając na twoje pytanie: jutro.
-Słucham?
-Jutro możemy się spotkać w jakimś niepublicznym miejscu.
Elizabeth zarumieniła się.
-Och.
-Nie ukrywam, że liczyłem na troszkę większy entuzjazm z twojej strony.
-Po prostu... uświadomiłam sobie parę rzeczy -wyjąkała panna Vane.
-Na przykład? -spytał aksamitnym głosem. Jasnowłosa zawierciła się w fotelu.
-Że to już jutro.
-Jeśli to problem... -zaczął chłodniejszym tonem, ale od razu mu przerwała.
-Nie! To nie jest problem. Nie zwracaj uwagi na moje...
-Wątpliwości? -podpowiedział z ironią w głosie.
-Na moje niedorzeczne gadanie -poprawiła go. -Bardzo chcę znów cię zobaczyć.
Nie odpowiedział.
-Williamie. To ja mam tutaj największe prawo do strojenia fochów.
-Nie stroję fochów -wycedził, sprawiając, że dziewczyna zaśmiała się wdzięcznie.
-Naturalnie.
-Denerwujesz się.
To nie było pytanie i właśnie dlatego Elizabeth zesztywniała nagle.
-Skąd ten wniosek? -spytała cicho.
-Czuję się wyjątkowo głupio mówiąc to przez telefon, ale... -rzeczywiście się zawahał -musisz wiedzieć, że nie zrobię niczego, co miałoby cię... hm, zakłopotać.
Domyśliła się, że nie chciał użyć słowa "przestraszyć".
-Mówisz tak, jakbyśmy jeszcze nigdy wcześniej... -urwała.
-Moja droga, ponieważ zachowujesz się, jakbyśmy nigdy wcześniej.
Lizzy westchnęła.
-Wybacz. Tamto wspominam nie do końca dobrze. I zanim zaczną się sugestywne komentarze...
-Nie zaczną się -oświadczył Drake.
-To dobrze -rzekła poważnie. -Także dlatego, że już cię dziś na tym polu komplementowałam.
Zaśmiał się raz jeszcze.
-Nie zapomniałem. I czuję się zaszczycony.
Elizabeth była niemal pewna, że gdyby rozmawiali na żywo, skłoniłby się w jej stronę.
-Mogę wpaść do ciebie po pracy.
-Byłoby doskonale -odparł mężczyzna. -Właśnie miałem zaproponować to samo.
Dziewczyna prychnęła.
-Zatem do zobaczenia.
Rozłączył się bez pożegnania.
*
Niestety, kolejny dzień był dla Elizabeth prawdziwym
koszmarem. Była zdenerwowana.
Wszystko leciało jej z rąk, na niczym nie mogła się prawidłowo skupić i nie mogła znieść pełnych niezrozumienia spojrzeń Izabeli.
Kiedy w końcu wychodziła z kawiarni, była dziwnie wykończona. Na domiar złego pół godziny wcześniej zaczęła się prawdziwa ulewa, a Liz akurat zapomniała zabrać ze sobą parasolki. Jej płaszcz, nawet gdyby był impregnowany, z pewnością przemókłby niemal natychmiast.
Panna Vane stała w drzwiach kawiarni i zastanawiała się, czy dobrym pomysłem byłoby odwołanie dzisiejszego spotkania. A potem przypomniała sobie wczorajszy pocałunek.
Zamknęła lokal i ruszyła do mieszkania Drake'a. Mimo że maszerowała szybkim krokiem i dotarła na miejsce w niecałe pięć minut, była przemoczona.
William wpuścił ją na klatkę, chwilkę potem zadzwonił dzwonek i mężczyzna otworzył drzwi.
Elizabeth dosłownie ociekała wodą. Jej mokre jasne włosy pokręciły się lekko, okalały zaróżowioną od zimna i szybkiego marszu twarz. Dziewczyna obejmowała się ramionami i drżała lekko.
Uśmiechnęła się do niego.
-Cześć -powiedziała.
Przepuścił ją w drzwiach.
-Musisz pozbyć się tych ciuchów -odparł czarnowłosy, ściągając jej płaszcz.
-Och, doprawdy? -spytała flirciarskim tonem. Przewrócił oczami.
-Przeziębisz się.
Zaprowadził ją do łazienki, dał swój ciepły szlafrok, grube skarpetki i ręcznik, po czym wrócił do kuchni i zajął się przygotowywaniem herbaty z rumem.
Kilka minut potem dołączyła do niego panna Vane, wystrojona w czarny, męski szlafrok i za duże skarpetki. Podał jej kubek z gorącym naparem.
-Dziękuję. I jestem pod wrażeniem.
-Czego?
-Pańskiego mieszkania, profesorze -odpowiedziała, figlarnie przekrzywiając głowę.
-Nie widziała pani jeszcze sypialni, panno Vane.
Upiła łyk.
-Jest tam coś ciekawego?
-Zaledwie jedna rzecz.
-Zamieniam się w słuch.
-Łóżko -odpowiedział poważnie, uśmiechając się bezczelnie.
Dziewczyna zaśmiała się.
-Nie wątpię -rzekła, po czym odwróciła się i przeszła do salonu. Podążył za nią jak zahipnotyzowany.
Rozsiadła się na kanapie i podkuliła nogi, dając mu podziwiać zgrabną łydkę.
Szybko i w ciszy dopili herbaty. William nie mógł nie zauważyć, że Liz ziewa dość często i powstrzymuje się przed zaśnięciem. Oczywistym było dla niego, że musi być bardzo zmęczona.
Wstał z kanapy i udał się do kuchni pod pretekstem odniesienia kubków po herbacie. Zmitrężył trochę dłużej niż było to konieczne, a kiedy wrócił do pokoju, Elizabeth juz spała. Zwinęła się w kłębek na brzegu kanapy, jej jasne włosy rozsypały się na jednej z poduszek.
Drake przyglądał się przez chwilę, jak jej pierś unosi się i opada w regularnych oddechach, po czym podniósł lekką jak piórko kobiecą postać i zaniósł do sypialni. Tam ułożył ją na swoim łóżku i otulił kołdrą, po czym wyszedł z pokoju jak najciszej zamykając za sobą drzwi.
Uśmiechał się.
Wszystko leciało jej z rąk, na niczym nie mogła się prawidłowo skupić i nie mogła znieść pełnych niezrozumienia spojrzeń Izabeli.
Kiedy w końcu wychodziła z kawiarni, była dziwnie wykończona. Na domiar złego pół godziny wcześniej zaczęła się prawdziwa ulewa, a Liz akurat zapomniała zabrać ze sobą parasolki. Jej płaszcz, nawet gdyby był impregnowany, z pewnością przemókłby niemal natychmiast.
Panna Vane stała w drzwiach kawiarni i zastanawiała się, czy dobrym pomysłem byłoby odwołanie dzisiejszego spotkania. A potem przypomniała sobie wczorajszy pocałunek.
Zamknęła lokal i ruszyła do mieszkania Drake'a. Mimo że maszerowała szybkim krokiem i dotarła na miejsce w niecałe pięć minut, była przemoczona.
William wpuścił ją na klatkę, chwilkę potem zadzwonił dzwonek i mężczyzna otworzył drzwi.
Elizabeth dosłownie ociekała wodą. Jej mokre jasne włosy pokręciły się lekko, okalały zaróżowioną od zimna i szybkiego marszu twarz. Dziewczyna obejmowała się ramionami i drżała lekko.
Uśmiechnęła się do niego.
-Cześć -powiedziała.
Przepuścił ją w drzwiach.
-Musisz pozbyć się tych ciuchów -odparł czarnowłosy, ściągając jej płaszcz.
-Och, doprawdy? -spytała flirciarskim tonem. Przewrócił oczami.
-Przeziębisz się.
Zaprowadził ją do łazienki, dał swój ciepły szlafrok, grube skarpetki i ręcznik, po czym wrócił do kuchni i zajął się przygotowywaniem herbaty z rumem.
Kilka minut potem dołączyła do niego panna Vane, wystrojona w czarny, męski szlafrok i za duże skarpetki. Podał jej kubek z gorącym naparem.
-Dziękuję. I jestem pod wrażeniem.
-Czego?
-Pańskiego mieszkania, profesorze -odpowiedziała, figlarnie przekrzywiając głowę.
-Nie widziała pani jeszcze sypialni, panno Vane.
Upiła łyk.
-Jest tam coś ciekawego?
-Zaledwie jedna rzecz.
-Zamieniam się w słuch.
-Łóżko -odpowiedział poważnie, uśmiechając się bezczelnie.
Dziewczyna zaśmiała się.
-Nie wątpię -rzekła, po czym odwróciła się i przeszła do salonu. Podążył za nią jak zahipnotyzowany.
Rozsiadła się na kanapie i podkuliła nogi, dając mu podziwiać zgrabną łydkę.
Szybko i w ciszy dopili herbaty. William nie mógł nie zauważyć, że Liz ziewa dość często i powstrzymuje się przed zaśnięciem. Oczywistym było dla niego, że musi być bardzo zmęczona.
Wstał z kanapy i udał się do kuchni pod pretekstem odniesienia kubków po herbacie. Zmitrężył trochę dłużej niż było to konieczne, a kiedy wrócił do pokoju, Elizabeth juz spała. Zwinęła się w kłębek na brzegu kanapy, jej jasne włosy rozsypały się na jednej z poduszek.
Drake przyglądał się przez chwilę, jak jej pierś unosi się i opada w regularnych oddechach, po czym podniósł lekką jak piórko kobiecą postać i zaniósł do sypialni. Tam ułożył ją na swoim łóżku i otulił kołdrą, po czym wyszedł z pokoju jak najciszej zamykając za sobą drzwi.
Uśmiechał się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz