Tym razem pozwoliła mu sobie nadskakiwać.
-Bardzo dziękuję, panie profesorze -powiedziała cicho Elizabeth, wysiadając z samochodu.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko sięgnął po jej dłoń i pocałował delikatnie jej wierzch.
Lizzy miała trudności ze zmuszeniem się do odejścia. Nie była pewna, czego właściwie chce.
-Czy… czy coś się zmieniło od czasu Florencji? -spytała nagle, przekrzywiając głowę.
-Z pewnością, panno Vane. Zmieniliśmy się oboje, bardziej lub mniej.
Jasnowłosa uśmiechnęła się półgębkiem.
-Dobranoc, panie profesorze.
-Uważam, że powinniśmy przestać się w to bawić, droga pani.
-W co, profesorze?
-W profesorowanie, panno Vane. Proszę, by mówiła mi pani po imieniu.
-Cóż, ja…
-Nalegam. I liczę na wzajemność.
-Oczywiście -dziewczyna wyciągnęła rękę. -Elizabeth -uśmiechnęła się z zażenowaniem.
Ujął jej dłoń tylko po to, by przyciągnąć dziewczynę do siebie, pocałować w policzek i szepnąć do ucha:
-William. Bardzo mi miło.
Odsunęła się od niego by rzucić mu oburzone spojrzenie, ale zamarła na widok wrednego uśmieszku na jego twarzy.
-Mogę panu zdać bardzo niedyskretne pytanie?
-Miałaś mówić mi po imieniu.
-Mogę ci zadać bardzo niedyskretne pytanie?
-Czy będzie dotyczyć mojego nieszczęsnego małżeństwa?
-Skąd pan… skąd wiedziałeś?
-Zgaduję.
-No dobrze. Zatem… mogę, czy nie? Jeśli powiesz, że nie, nie zapytam.
Drake westchnął przeciągle.
-Pytaj.
-Pani Hallward powiedziała, że pańska żona była podobna do mnie i chciałam wiedzieć…
-Chciałaś wiedzieć, czy to prawda? -domyślił się Will.
-Owszem.
-Cóż, częściowo tak. Alexandra też była niezbyt wysoka i szczupła. Jej oczy były szare, ale ciemniejsze od twoich, a włosy miała rude jak wiewiórka…
-To samo mówiła mi pani Hallward.
-Jeśli chodzi o charakter… pasował do barwy włosów mojej żony.
-Czy to dlatego pan… ty… i ja… -Elizabeth ugryzła się w język odrobinę za późno. -Dlatego że przypominam ci żonę?
-Tak mogłoby być, gdyby Alexandra umarła -odparł zupełnie poważnie Drake. -Ale to był tylko rozwód i szukanie kobiety takiej jak była żona jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.
-Przepraszam -zajęczała panna Vane. -Wiem, że jestem okropnie wścibska. Powinnam iść na górę zanim urażę pana jeszcze dotkliwiej.
-Nie uraziłaś mnie -zapewnił William, przysuwając się nieznacznie bliżej dziewczyny.
-Naprawdę powinnam już iść -wymamrotała Elizabeth, podczas gdy Drake zaczął bawić się kosmykiem jej jasnych włosów.
-O tak -zgodził się. -Bez wątpienia. Powinnaś iść -szepnął, pochylając się.
Umknęła jego ustom, pozwalając mu jedynie na kolejny całus w policzek.
-Do zobaczenia -powiedziała tuż przy drzwiach, odwracając się po raz ostatni.
Uśmiechał się złośliwie, póki nie zniknęła mu z oczu.
-Bardzo dziękuję, panie profesorze -powiedziała cicho Elizabeth, wysiadając z samochodu.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko sięgnął po jej dłoń i pocałował delikatnie jej wierzch.
Lizzy miała trudności ze zmuszeniem się do odejścia. Nie była pewna, czego właściwie chce.
-Czy… czy coś się zmieniło od czasu Florencji? -spytała nagle, przekrzywiając głowę.
-Z pewnością, panno Vane. Zmieniliśmy się oboje, bardziej lub mniej.
Jasnowłosa uśmiechnęła się półgębkiem.
-Dobranoc, panie profesorze.
-Uważam, że powinniśmy przestać się w to bawić, droga pani.
-W co, profesorze?
-W profesorowanie, panno Vane. Proszę, by mówiła mi pani po imieniu.
-Cóż, ja…
-Nalegam. I liczę na wzajemność.
-Oczywiście -dziewczyna wyciągnęła rękę. -Elizabeth -uśmiechnęła się z zażenowaniem.
Ujął jej dłoń tylko po to, by przyciągnąć dziewczynę do siebie, pocałować w policzek i szepnąć do ucha:
-William. Bardzo mi miło.
Odsunęła się od niego by rzucić mu oburzone spojrzenie, ale zamarła na widok wrednego uśmieszku na jego twarzy.
-Mogę panu zdać bardzo niedyskretne pytanie?
-Miałaś mówić mi po imieniu.
-Mogę ci zadać bardzo niedyskretne pytanie?
-Czy będzie dotyczyć mojego nieszczęsnego małżeństwa?
-Skąd pan… skąd wiedziałeś?
-Zgaduję.
-No dobrze. Zatem… mogę, czy nie? Jeśli powiesz, że nie, nie zapytam.
Drake westchnął przeciągle.
-Pytaj.
-Pani Hallward powiedziała, że pańska żona była podobna do mnie i chciałam wiedzieć…
-Chciałaś wiedzieć, czy to prawda? -domyślił się Will.
-Owszem.
-Cóż, częściowo tak. Alexandra też była niezbyt wysoka i szczupła. Jej oczy były szare, ale ciemniejsze od twoich, a włosy miała rude jak wiewiórka…
-To samo mówiła mi pani Hallward.
-Jeśli chodzi o charakter… pasował do barwy włosów mojej żony.
-Czy to dlatego pan… ty… i ja… -Elizabeth ugryzła się w język odrobinę za późno. -Dlatego że przypominam ci żonę?
-Tak mogłoby być, gdyby Alexandra umarła -odparł zupełnie poważnie Drake. -Ale to był tylko rozwód i szukanie kobiety takiej jak była żona jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.
-Przepraszam -zajęczała panna Vane. -Wiem, że jestem okropnie wścibska. Powinnam iść na górę zanim urażę pana jeszcze dotkliwiej.
-Nie uraziłaś mnie -zapewnił William, przysuwając się nieznacznie bliżej dziewczyny.
-Naprawdę powinnam już iść -wymamrotała Elizabeth, podczas gdy Drake zaczął bawić się kosmykiem jej jasnych włosów.
-O tak -zgodził się. -Bez wątpienia. Powinnaś iść -szepnął, pochylając się.
Umknęła jego ustom, pozwalając mu jedynie na kolejny całus w policzek.
-Do zobaczenia -powiedziała tuż przy drzwiach, odwracając się po raz ostatni.
Uśmiechał się złośliwie, póki nie zniknęła mu z oczu.
*
Zadzwonił do niej trzy dni później z propozycją
spaceru; powiedział, że mogliby dojść do Hyde Parku i z powrotem. Zgodziła się,
oczywiście. Doszła do wniosku, że staranie się o względy może być przyjemne.
Zjawił się w kawiarni koło południa. Elizabeth zignorowała sugestywny uśmiech Belli i starała się nie myśleć o tym, jak dobrze Drake wygląda w swoim czarnym płaszczu.
Rozmawiali dość swobodnie, spacerując londyńskimi uliczkami i popijając gorącą kawę. Elizabeth często się śmiała; zdała sobie sprawę z faktu, że specyficzne, pełne złośliwości poczucie humoru jej byłego profesora naprawdę jej odpowiada -co więcej, dodała je do listy tych rzeczy, które, nie wstydziła się już tego przyznać, zwyczajnie ją pociągały.
-Muszę zadać ci poważne pytanie.
Mężczyzna przewrócił oczami.
-Więc zadaj je.
Elizabeth spojrzała na Drake'a z niepewnością w dużych, szarych oczach.
-Ty i Clara... czy to wciąż... cóż, aktualne? -spytała z braku lepszego doboru słów.
William nie pomylił się, gdy sądził, że pytanie doszczętnie zmieni panującą między nimi do tej pory atmosferę niezobowiązującego flirtu.
-Nigdy nie było mnie i Clary.
Uniosła brwi w sceptycznym geście.
-Nie ze mną te numery. Widziałam...
-Wiem, co widziałaś -przerwał jej czarnowłosy. -Niemniej jednak, będę się upierał przy swojej wersji. Nigdy nie było mnie i Clary.
-Naprawdę sądzisz, że... -Liz zawahała się.
-Że co?
-Trywialnie mówiąc: że ona tak łatwo odpuści?
-Nie znam jej tak dobrze, jak ty.
Elizabeth nie odpowiedziała.
-Nie sądzę, by Clara postrzegała tamten pocałunek jako coś więcej-rzekł mężczyzna ostrożnie.
Pocałunek.
Jasnowłosa nie tak by się do tego odniosła. Powstrzymała jednak cisnący się na usta ironiczny komentarz i zamiast tego odpowiedziała pozornie obojętnym tonem:
-Och, z pewnością nie. Ale zdziwiłabym się, gdyby nie miała ochoty na coś więcej.
William uniósł pytająco brwi, jakby nie wiedział, co dziewczyna ma na myśli.
-Dobrze całujesz -odparła Elizabeth lodowato, by zamaskować swoje zażenowanie i jeszcze głębiej ukryte prawdziwe pragnienia. -Clara z pewnością wysnuła wniosek, że nie rozczarowałaby się też w łóżku.
Drake nie skomentował przez dłuższy czas. Myślał nad dość odważną, tylko pozornie nie prowokacyjną odpowiedzią panny Vane.
Odebrał oba komplementy (które, nawiasem mówiąc, nie były dla niego żadną nowością), zanotował, że w przyszłości powinien się spodziewać wiadomości od Francuski i skupił na swojej obecnej towarzyszce, szybko dochodząc do wniosku, że pocałunek na pożegnanie z pewnością zostałby entuzjastycznie przyjęty.
-Logika tych wniosków jest zaiste porażająca -odparł w końcu, kłaniając się lekko w stronę kobiety. -I jakkolwiek interesująca jest nasza rozmowa, obawiam się, że dotarliśmy na miejsce.
I rzeczywiście; Liz nawet nie zauważyła, że doszli już na Traflgar Square i do kawiarni.
-Cóż, zatem do zobaczenia -powiedziała wciąż chłodnym tonem dziewczyna. -Kiedyś.
Była zirytowana, że przebieg konwersacji zmusił ją do powiedzenia takich a nie innych rzeczy. Spodziewała się ponadto, że William będzie próbował ją pocałować -tak prawdziwie, w usta -i planowała pruderyjnie nadstawić mu zamiast tego policzek, ale i tu spotkało ją rozczarowanie. Drake tylko ujął jej dłoń i cmoknął wierzch, po czym podniósł wzrok, obserwując reakcję panny Vane. Liz zbyt późno ukryła rozczarowanie.
Mężczyzna uśmiechnął się zjadliwie.
-Coś nie tak, Elizabeth?
Dziewczyna zdążyła się opanować i odpowiedziała uśmiechem, mniej wrednym, ale za to zdecydowanie ładniejszym.
-Wszystko jest w najlepszym porządku -odparła, robiąc maleńki ale bardzo sugestywny kroczek do przodu.
-Doskonale -Drake powiedział to równie cicho i także nieznacznie się przybliżył.
Bardzo wolno, jakby się ze sobą drażniąc, czynili postępy mające zaowocować w końcu pocałunkiem. Niewątpliwie tak właśnie by się ten spacer skończył, gdyby im nie przerwano.
-Elizabeth? -wtrącił się ktoś trzeci. -Elizabeth Vane?
Dziewczyna błyskawicznie odwróciła się w stronę pytającego. William zgrzytnął krótko zębami i wyprostował się.
Pytającym okazał się być Arthur Gable, niedoszły narzeczony panny Vane. Jasnowłosa zmarszczyła brwi.
-Arthur? Co ty tutaj robisz?
Wiedziała, że blondyn mieszka na stałe w Oksfordzie.
-Przyjechałem do Londynu w interesach.
-Och.
-Wiem, że się tu przeprowadziłaś.
Liz nie zapytała, skąd to wie. W gruncie rzeczy mało ją to obchodziło.
Gable jakby dopiero teraz zauważył Williama. Jego spojrzenie, do tej pory zaskakująco przyjazne, zmieniło się w coś na kształt zirytowania i nierozwiniętej jeszcze nienawiści.
-Ostatnio nie mieliśmy okazji, by się sobie przedstawić -powiedział Arthur po chwili milczenia.
Czarnowłosy uśmiechnął się ironicznie.
-Istotnie. Jestem William Drake.
Na twarz Gable'a wkradło się zrozumienie, które jednak niemal natychmiast przeszło w osłupienie.
-Profesor William Drake?
-Obawiam się, że tak.
-Arthur Gable.
Niechętnie uścisnęli sobie dłonie. Elizabeth nie mogła nie zauważyć, że obaj panowie użyli zbyt dużo siły, niż było to konieczne.
-Więc -zaczął Arthur, prostując się. -Czy wy wciąż...
-Jesteśmy zaręczeni -skłamał gładko William.
-Zaręczeni? -powtórzył blondyn z niedowierzaniem w głosie, zerkając na dłoń panny Vane.
-Och, pierścionek jest u jubilera, należało go zmniejszyć -kontynuował przedstawienie Drake. -Moja prababka miała nieco grubsze palce niż Lizzy.
Gable kiwnął głową.
-Cóż, w takim razie wszystkiego najlepszego -rzekł lodowatym tonem, przeczącym wypowiedzianym życzeniom. Niemniej jednak, "szczęśliwa para" odpowiedziała uśmiechami i podziękowaniami. Arthur zniknął tak szybko jak się pojawił.
-Co to miało być? -spytała Elizabeth ostrzej niż zamierzała.
William spojrzał na nią dziwnie.
-Nie chcę, by się wokół ciebie kręcił.
Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa.
-Nie masz praw do tego, by tak mówić -oświadczyła.
Wtedy pocałował ją w usta, krótko, ale mocno.
-Doprawdy? -uniósł wysoko jedną brew.
-Czy ty... czy my... -zająknęła się Elizabeth.
-Och tak -odparł Drake. -Jesteś moja.
-Jesteś mój -odszepnęła.
Kiwnął głową.
-Jestem twój. W końcu.
Liz uśmiechnęła się lekko.
William pochylił się i pocałował ją w policzek. Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.
-Nie lubię... okazywania uczuć w miejscach publicznych -wyznał, wzruszając ramionami.
-Ale przed chwilą...
-To był wyjątek -mężczyzna uśmiechnął się łobuzersko.
-Kiedy będziemy mogli się spotkać w jakimś... niepublicznym miejscu?
-Zadzwonię -obiecał, odwrócił się i odszedł, zostawiając ją przed kawiarnią.
Elizabeth weszła do środka uśmiechając się od ucha do ucha.
-No, no -powiedziała Izabela zamiast przywitania, gdy jasnowłosa podeszła do kontuaru. -Widzę, że spacer się udał.
-Bello...
-Tak, szefowo?
-Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.
Baristka uśmiechnęła się szeroko.
-Nareszcie.
Zjawił się w kawiarni koło południa. Elizabeth zignorowała sugestywny uśmiech Belli i starała się nie myśleć o tym, jak dobrze Drake wygląda w swoim czarnym płaszczu.
Rozmawiali dość swobodnie, spacerując londyńskimi uliczkami i popijając gorącą kawę. Elizabeth często się śmiała; zdała sobie sprawę z faktu, że specyficzne, pełne złośliwości poczucie humoru jej byłego profesora naprawdę jej odpowiada -co więcej, dodała je do listy tych rzeczy, które, nie wstydziła się już tego przyznać, zwyczajnie ją pociągały.
-Muszę zadać ci poważne pytanie.
Mężczyzna przewrócił oczami.
-Więc zadaj je.
Elizabeth spojrzała na Drake'a z niepewnością w dużych, szarych oczach.
-Ty i Clara... czy to wciąż... cóż, aktualne? -spytała z braku lepszego doboru słów.
William nie pomylił się, gdy sądził, że pytanie doszczętnie zmieni panującą między nimi do tej pory atmosferę niezobowiązującego flirtu.
-Nigdy nie było mnie i Clary.
Uniosła brwi w sceptycznym geście.
-Nie ze mną te numery. Widziałam...
-Wiem, co widziałaś -przerwał jej czarnowłosy. -Niemniej jednak, będę się upierał przy swojej wersji. Nigdy nie było mnie i Clary.
-Naprawdę sądzisz, że... -Liz zawahała się.
-Że co?
-Trywialnie mówiąc: że ona tak łatwo odpuści?
-Nie znam jej tak dobrze, jak ty.
Elizabeth nie odpowiedziała.
-Nie sądzę, by Clara postrzegała tamten pocałunek jako coś więcej-rzekł mężczyzna ostrożnie.
Pocałunek.
Jasnowłosa nie tak by się do tego odniosła. Powstrzymała jednak cisnący się na usta ironiczny komentarz i zamiast tego odpowiedziała pozornie obojętnym tonem:
-Och, z pewnością nie. Ale zdziwiłabym się, gdyby nie miała ochoty na coś więcej.
William uniósł pytająco brwi, jakby nie wiedział, co dziewczyna ma na myśli.
-Dobrze całujesz -odparła Elizabeth lodowato, by zamaskować swoje zażenowanie i jeszcze głębiej ukryte prawdziwe pragnienia. -Clara z pewnością wysnuła wniosek, że nie rozczarowałaby się też w łóżku.
Drake nie skomentował przez dłuższy czas. Myślał nad dość odważną, tylko pozornie nie prowokacyjną odpowiedzią panny Vane.
Odebrał oba komplementy (które, nawiasem mówiąc, nie były dla niego żadną nowością), zanotował, że w przyszłości powinien się spodziewać wiadomości od Francuski i skupił na swojej obecnej towarzyszce, szybko dochodząc do wniosku, że pocałunek na pożegnanie z pewnością zostałby entuzjastycznie przyjęty.
-Logika tych wniosków jest zaiste porażająca -odparł w końcu, kłaniając się lekko w stronę kobiety. -I jakkolwiek interesująca jest nasza rozmowa, obawiam się, że dotarliśmy na miejsce.
I rzeczywiście; Liz nawet nie zauważyła, że doszli już na Traflgar Square i do kawiarni.
-Cóż, zatem do zobaczenia -powiedziała wciąż chłodnym tonem dziewczyna. -Kiedyś.
Była zirytowana, że przebieg konwersacji zmusił ją do powiedzenia takich a nie innych rzeczy. Spodziewała się ponadto, że William będzie próbował ją pocałować -tak prawdziwie, w usta -i planowała pruderyjnie nadstawić mu zamiast tego policzek, ale i tu spotkało ją rozczarowanie. Drake tylko ujął jej dłoń i cmoknął wierzch, po czym podniósł wzrok, obserwując reakcję panny Vane. Liz zbyt późno ukryła rozczarowanie.
Mężczyzna uśmiechnął się zjadliwie.
-Coś nie tak, Elizabeth?
Dziewczyna zdążyła się opanować i odpowiedziała uśmiechem, mniej wrednym, ale za to zdecydowanie ładniejszym.
-Wszystko jest w najlepszym porządku -odparła, robiąc maleńki ale bardzo sugestywny kroczek do przodu.
-Doskonale -Drake powiedział to równie cicho i także nieznacznie się przybliżył.
Bardzo wolno, jakby się ze sobą drażniąc, czynili postępy mające zaowocować w końcu pocałunkiem. Niewątpliwie tak właśnie by się ten spacer skończył, gdyby im nie przerwano.
-Elizabeth? -wtrącił się ktoś trzeci. -Elizabeth Vane?
Dziewczyna błyskawicznie odwróciła się w stronę pytającego. William zgrzytnął krótko zębami i wyprostował się.
Pytającym okazał się być Arthur Gable, niedoszły narzeczony panny Vane. Jasnowłosa zmarszczyła brwi.
-Arthur? Co ty tutaj robisz?
Wiedziała, że blondyn mieszka na stałe w Oksfordzie.
-Przyjechałem do Londynu w interesach.
-Och.
-Wiem, że się tu przeprowadziłaś.
Liz nie zapytała, skąd to wie. W gruncie rzeczy mało ją to obchodziło.
Gable jakby dopiero teraz zauważył Williama. Jego spojrzenie, do tej pory zaskakująco przyjazne, zmieniło się w coś na kształt zirytowania i nierozwiniętej jeszcze nienawiści.
-Ostatnio nie mieliśmy okazji, by się sobie przedstawić -powiedział Arthur po chwili milczenia.
Czarnowłosy uśmiechnął się ironicznie.
-Istotnie. Jestem William Drake.
Na twarz Gable'a wkradło się zrozumienie, które jednak niemal natychmiast przeszło w osłupienie.
-Profesor William Drake?
-Obawiam się, że tak.
-Arthur Gable.
Niechętnie uścisnęli sobie dłonie. Elizabeth nie mogła nie zauważyć, że obaj panowie użyli zbyt dużo siły, niż było to konieczne.
-Więc -zaczął Arthur, prostując się. -Czy wy wciąż...
-Jesteśmy zaręczeni -skłamał gładko William.
-Zaręczeni? -powtórzył blondyn z niedowierzaniem w głosie, zerkając na dłoń panny Vane.
-Och, pierścionek jest u jubilera, należało go zmniejszyć -kontynuował przedstawienie Drake. -Moja prababka miała nieco grubsze palce niż Lizzy.
Gable kiwnął głową.
-Cóż, w takim razie wszystkiego najlepszego -rzekł lodowatym tonem, przeczącym wypowiedzianym życzeniom. Niemniej jednak, "szczęśliwa para" odpowiedziała uśmiechami i podziękowaniami. Arthur zniknął tak szybko jak się pojawił.
-Co to miało być? -spytała Elizabeth ostrzej niż zamierzała.
William spojrzał na nią dziwnie.
-Nie chcę, by się wokół ciebie kręcił.
Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa.
-Nie masz praw do tego, by tak mówić -oświadczyła.
Wtedy pocałował ją w usta, krótko, ale mocno.
-Doprawdy? -uniósł wysoko jedną brew.
-Czy ty... czy my... -zająknęła się Elizabeth.
-Och tak -odparł Drake. -Jesteś moja.
-Jesteś mój -odszepnęła.
Kiwnął głową.
-Jestem twój. W końcu.
Liz uśmiechnęła się lekko.
William pochylił się i pocałował ją w policzek. Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.
-Nie lubię... okazywania uczuć w miejscach publicznych -wyznał, wzruszając ramionami.
-Ale przed chwilą...
-To był wyjątek -mężczyzna uśmiechnął się łobuzersko.
-Kiedy będziemy mogli się spotkać w jakimś... niepublicznym miejscu?
-Zadzwonię -obiecał, odwrócił się i odszedł, zostawiając ją przed kawiarnią.
Elizabeth weszła do środka uśmiechając się od ucha do ucha.
-No, no -powiedziała Izabela zamiast przywitania, gdy jasnowłosa podeszła do kontuaru. -Widzę, że spacer się udał.
-Bello...
-Tak, szefowo?
-Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.
Baristka uśmiechnęła się szeroko.
-Nareszcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz