I znów, coś, co zapowiadało się jako spokojny czas
spędzony z lekturą, zostało zrujnowane.
Zbliżały się ku niemu trzy postaci: jeden mężczyzna, w którym rozpoznał Edmunda i dwie kobiety.
Jednej nie znał. Drugą była Elizabeth Vane.
Zaklął w myślach.
-Witaj, Williamie –przywitał się z niepoprawnie szerokim uśmiechem na ustach Thwaites.
-Edmundzie –westchnął czarnowłosy.
Dwie dziewczyny wyraźnie trzymały się nieco z tyłu.
-Przeszkadzamy? – spytał niewinnym głosikiem blondyn, choć książka w ręku Drake’a wyraźnie wskazywała na to, że tak.
-Owszem –odparł z brutalną szczerością.
Elizabeth wyraźnie unikała patrzenia na niego.
Uśmiechnął się wrednie.
Wyglądała ładnie, choć bardziej podobała mu się rano, w spodenkach pokazujących niemal całe, cholernie zgrabne, opalone nogi, szczupłe uda.
Will zamknął książkę i podniósł się.
Edmund zmarszczył brwi.
-Gdzie idziesz?
Starszy mężczyzna udał zaskoczenie.
-Spacerowaliście, czyż nie?
Thwaites uniósł wysoko brwi.
-Bardzo dobrze –rzekł i postarał się, by on i Lucy zostali lekko w tyle.
Zbliżały się ku niemu trzy postaci: jeden mężczyzna, w którym rozpoznał Edmunda i dwie kobiety.
Jednej nie znał. Drugą była Elizabeth Vane.
Zaklął w myślach.
-Witaj, Williamie –przywitał się z niepoprawnie szerokim uśmiechem na ustach Thwaites.
-Edmundzie –westchnął czarnowłosy.
Dwie dziewczyny wyraźnie trzymały się nieco z tyłu.
-Przeszkadzamy? – spytał niewinnym głosikiem blondyn, choć książka w ręku Drake’a wyraźnie wskazywała na to, że tak.
-Owszem –odparł z brutalną szczerością.
Elizabeth wyraźnie unikała patrzenia na niego.
Uśmiechnął się wrednie.
Wyglądała ładnie, choć bardziej podobała mu się rano, w spodenkach pokazujących niemal całe, cholernie zgrabne, opalone nogi, szczupłe uda.
Will zamknął książkę i podniósł się.
Edmund zmarszczył brwi.
-Gdzie idziesz?
Starszy mężczyzna udał zaskoczenie.
-Spacerowaliście, czyż nie?
Thwaites uniósł wysoko brwi.
-Bardzo dobrze –rzekł i postarał się, by on i Lucy zostali lekko w tyle.
*
Elizabeth była spięta.
A milczenie między nimi, choć niezręczne, uznawała za uśmiech losu.
-Okropny tchórz –powiedział w pewnej chwili William.
-Słucham?
-Powiedziałem, że jest pani okropnym tchórzem.
Panna Vane zirytowała się.
-Wcale nie –odpowiedziała i opanowała się. –Czy to nie pan nazwał mnie kiedyś zbyt pewną siebie?
Nie okazał swojego zdziwienia, że pamiętała jeden z tych nic nie znaczących incydentów.
-Zmieniła się pani –odparł bez ironii.
Spojrzała na niego w zdumieniu. Wzrok miał skierowany przed siebie.
Nie odpowiedziała. Zamyśliła się.
-Jak się zmieniłam? –spytała w końcu, nie mogąc rozgryźć jego postępowania.
Westchnął.
-Jeśli mam być szczery –zrobił pauzę, by zaczekać, aż cofnie pytanie, ale tego nie zrobiła. –Wygląda pani inaczej. I boi się mnie.
Elizabeth uśmiechnęła się leciutko.
-Cóż, jak na pana, to wyjątkowo zawężona krytyka.
-To był pierwszy i ostatni raz –odburknął.
Dziewczyna zachichotała cicho.
-A to nie był żart –dodał śmiertelnie poważnie, sprawiając, że zaśmiała się odrobinę głośniej. Przewrócił oczami.
Powoli zbliżali się do granic posiadłości.
Elizabeth posmutniała momentalnie.
Wszystko jest ustabilizowane, a potem on wyjeżdża nagle z takim tekstem, a ja zaczynam sobie robić płonne nadzieje. Nie wierzę, że nie wie. Że nie widzi. Drań. Drań, drań, drań.
Czuła się winna, że tak praktycznie od razu po zerwaniu z Arthurem była zdolna zadurzyć się w kimś innym. Z drugiej strony…
-Panno Vane!
Podskoczyła i potknęła się. Byłaby upadła, gdyby nie podtrzymał jej profesor Drake.
Ich twarze znalazły się zdecydowanie za blisko siebie i Liz poczuła przemożną chęć pocałowania mężczyzny.
Zamiast tego, odsunęła się.
-Przepraszam –powiedziała, krzywiąc się.
Czarnowłosy przewrócił oczami.
-Powinniśmy wracać.
-Och, um… tak, oczywiście.
Nigdzie nie było widać Lucy i Edmunda.
-Panie profesorze…
Obudził się w nim wykładowca.
-Tak, panno Vane? –spytał. Wydawał się być zdenerwowany. To skłoniło ją do zmiany zdania.
-Właściwie, to nic. Przepraszam.
Przyspieszyła kroku.
Mężczyzna prychnął.
-Nie dziwię się –rzekł wolno i dobitnie –że pani chłoptaś nie mógł z panią wytrzymać.
Odwróciła się.
-Co pan powiedział?
-Jest pani najbardziej irytującym stworzeniem na ziemi –odparł z wrednym uśmieszkiem wykwitającym na twarzy.
Spodziewał się wybuchu. Zamiast tego dostał pojawiające się w oczach łzy. Nie wiedział jednak, że były to łzy złości.
W trzech susach była przy nim. Strzeliła go w twarz tak mocno, że zadzwoniło mu w uszach. Wierzchem dłoni potarł obolały policzek.
Ognisty temperament to mało powiedziane, Edmundzie.
-To nie pański interes - wysyczała. –Niech pan nie zabiera głosu w sprawach, o których nie ma pan zielonego pojęcia!
Była tak blisko, że poczuł przemożną chęć przyciągnięcia jej do siebie i pocałowania.
Po raz pierwszy tego dnia spojrzała mu prosto w oczy. Szare tęczówki ciskały błyskawice. Czarne natomiast emanowały tak bezbrzeżnym spokojem, że dziewczyna zawahała się.
-Jeśli mnie pani teraz przeprosi –powiedział mężczyzna jedwabistym głosem –stracę do pani cały szacunek.
-Nie miałam takiego zamiaru –skłamała gładko.
Elizabeth zrozumiała, że dała się sprowokować i poczuła jak głupia gąska.
-Powinnam już wracać –szepnęła, odwróciła się i odeszła bez innego pożegnania.
Tak go to zaskoczyło, że przez chwilę chciał ją zatrzymać.
A milczenie między nimi, choć niezręczne, uznawała za uśmiech losu.
-Okropny tchórz –powiedział w pewnej chwili William.
-Słucham?
-Powiedziałem, że jest pani okropnym tchórzem.
Panna Vane zirytowała się.
-Wcale nie –odpowiedziała i opanowała się. –Czy to nie pan nazwał mnie kiedyś zbyt pewną siebie?
Nie okazał swojego zdziwienia, że pamiętała jeden z tych nic nie znaczących incydentów.
-Zmieniła się pani –odparł bez ironii.
Spojrzała na niego w zdumieniu. Wzrok miał skierowany przed siebie.
Nie odpowiedziała. Zamyśliła się.
-Jak się zmieniłam? –spytała w końcu, nie mogąc rozgryźć jego postępowania.
Westchnął.
-Jeśli mam być szczery –zrobił pauzę, by zaczekać, aż cofnie pytanie, ale tego nie zrobiła. –Wygląda pani inaczej. I boi się mnie.
Elizabeth uśmiechnęła się leciutko.
-Cóż, jak na pana, to wyjątkowo zawężona krytyka.
-To był pierwszy i ostatni raz –odburknął.
Dziewczyna zachichotała cicho.
-A to nie był żart –dodał śmiertelnie poważnie, sprawiając, że zaśmiała się odrobinę głośniej. Przewrócił oczami.
Powoli zbliżali się do granic posiadłości.
Elizabeth posmutniała momentalnie.
Wszystko jest ustabilizowane, a potem on wyjeżdża nagle z takim tekstem, a ja zaczynam sobie robić płonne nadzieje. Nie wierzę, że nie wie. Że nie widzi. Drań. Drań, drań, drań.
Czuła się winna, że tak praktycznie od razu po zerwaniu z Arthurem była zdolna zadurzyć się w kimś innym. Z drugiej strony…
-Panno Vane!
Podskoczyła i potknęła się. Byłaby upadła, gdyby nie podtrzymał jej profesor Drake.
Ich twarze znalazły się zdecydowanie za blisko siebie i Liz poczuła przemożną chęć pocałowania mężczyzny.
Zamiast tego, odsunęła się.
-Przepraszam –powiedziała, krzywiąc się.
Czarnowłosy przewrócił oczami.
-Powinniśmy wracać.
-Och, um… tak, oczywiście.
Nigdzie nie było widać Lucy i Edmunda.
-Panie profesorze…
Obudził się w nim wykładowca.
-Tak, panno Vane? –spytał. Wydawał się być zdenerwowany. To skłoniło ją do zmiany zdania.
-Właściwie, to nic. Przepraszam.
Przyspieszyła kroku.
Mężczyzna prychnął.
-Nie dziwię się –rzekł wolno i dobitnie –że pani chłoptaś nie mógł z panią wytrzymać.
Odwróciła się.
-Co pan powiedział?
-Jest pani najbardziej irytującym stworzeniem na ziemi –odparł z wrednym uśmieszkiem wykwitającym na twarzy.
Spodziewał się wybuchu. Zamiast tego dostał pojawiające się w oczach łzy. Nie wiedział jednak, że były to łzy złości.
W trzech susach była przy nim. Strzeliła go w twarz tak mocno, że zadzwoniło mu w uszach. Wierzchem dłoni potarł obolały policzek.
Ognisty temperament to mało powiedziane, Edmundzie.
-To nie pański interes - wysyczała. –Niech pan nie zabiera głosu w sprawach, o których nie ma pan zielonego pojęcia!
Była tak blisko, że poczuł przemożną chęć przyciągnięcia jej do siebie i pocałowania.
Po raz pierwszy tego dnia spojrzała mu prosto w oczy. Szare tęczówki ciskały błyskawice. Czarne natomiast emanowały tak bezbrzeżnym spokojem, że dziewczyna zawahała się.
-Jeśli mnie pani teraz przeprosi –powiedział mężczyzna jedwabistym głosem –stracę do pani cały szacunek.
-Nie miałam takiego zamiaru –skłamała gładko.
Elizabeth zrozumiała, że dała się sprowokować i poczuła jak głupia gąska.
-Powinnam już wracać –szepnęła, odwróciła się i odeszła bez innego pożegnania.
Tak go to zaskoczyło, że przez chwilę chciał ją zatrzymać.
*
Elizabeth nie rozpłakała się, choć było blisko.
Poszła do jedynego miejsca, w którym sądziła, że nikogo nie znajdzie.
Do biblioteki.
Komu będzie się chciało siedzieć w zakurzonym pokoju pełnym książek, gdy na dworze jest tak pięknie?
Gdy weszła do kwadratowego pomieszczenia z antresolą, uderzył ją zapach kurzu i pergaminu. Wzięła głęboki oddech. Uspokoiła się troszkę.
Podeszła do pierwszego regału i rozpoczęła buszowanie.
Jej błoga samotność trwała niecałą godzinę.
Była na antresoli, gdy drzwi otworzyły się i do środka wszedł profesor Drake.
Jasnowłosa zaklęła w myślach.
William Drake, człowiek, przed którym najbardziej chciała uciec, był prawdopodobnie jedyną osobą, która mogła zjawić się teraz w bibliotece.
Elizabeth zganiła się ostro za swój tok myślenia.
Gdy ją zauważył, na usta wpłynął mu kwaśny uśmiech.
-Panna Vane. Cóż za spotkanie –zadrwił.
-Pan profesor –odpadła chłodno i zeszła z antresoli.
Podczas pobytu w bibliotece, znalazła kilka informacji, które chciała wykorzystać do pisania swojej pracy. Nieuporządkowane notatki leżały teraz na stoliku pośrodku pomieszczenia. Jasnowłosa bardzo chciała je sprzątnąć, zanim mężczyzna zdoła je zobaczyć.
Nie udało jej się to.
Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, William zdążył zacząć przeglądać stosik papierów.
Liz westchnęła w duchu.
-Proszę to zostawić – rzekła stanowczo i podeszła do stolika. W ręku trzymała „Boską komedię”. Nie mogła się oprzeć sięgnięciu po to dzieło, gdy już je wypatrzyła.
Uwielbiała historię Paula i Franceski.
-Pisze pani o Dantem?
-Owszem –odparła.
Grymas, który pojawił się na jego twarzy, mógł zostać wzięty za uśmiech.
-Proszę –podał jej plik kartek zapisanych starannym, pochyłym pismem.
Gdy ich ręce dotknęły się, Elizabeth poczuła przyjemny dreszcz i szybko odsunęła dłoń.
-Dziękuję.
Zapadło kłopotliwe milczenie.
-Nie sądzi pan, że to dziwne? –spytała dziewczyna.
-Słucham? –jego brwi podjechały niemal pod linię włosów.
Nie wiedzieć czemu, Liz zarumieniła się wdzięcznie.
-Że wciąż się spotykamy.
Czarnowłosy westchnął.
-To nie jest dziwne. Jestem tu, ponieważ Edmund wysłał mnie po książkę, której pilnie potrzebował. Sam jest zajęty pisaniem pracy –zironizował. –Jak pani myśli, od kogo wiedział, że biblioteka jest miejscem, do którego uda się pani po rozmowie ze mną?
Zrozumienie wkradło się na twarz Elizabeth.
-No właśnie –dodał Drake.
-Cóż –rzekła obojętnie dziewczyna. –Ich wysiłki na nic się nie zdadzą, czyż nie?
Nie wiedziała, dlaczego w ogóle się odezwała.
Czemu musiałam zostać obdarowana językiem, który działa szybciej niż mózg?
Ku jej zdziwieniu, mężczyzna zachichotał cicho.
-Nigdy nie mów nigdy – odparł miękko.
Elizabeth w bezbrzeżnym zdumieniu patrzyła, jak jej były profesor podchodzi do regału, chwilę przy nim myszkuje, znajduje to, czego szukał i odwraca się do niej.
-Daj spokój, dziewczyno –westchnął. –Nawet mi zdarza się czasem żartować.
Zarumieniła się po raz kolejny i odwróciła wzrok.
-Tak. Oczywiście.
-Cóż, w takim razie do zobaczenia. Prawdopodobnie.
Wieloletni nawyk dał o sobie znać.
-Do widzenia, profesorze.
Gdy wyszedł, opadła na krzesło.
Wie. Wredny drań wie i robi sobie ze mnie żarty.
Wredny drań, który działał na nią jak żaden inny mężczyzna wcześniej.
Jej skupienie znikło na dobre, więc równie dobrze mogła wrócić do pokoju.
Poszła do jedynego miejsca, w którym sądziła, że nikogo nie znajdzie.
Do biblioteki.
Komu będzie się chciało siedzieć w zakurzonym pokoju pełnym książek, gdy na dworze jest tak pięknie?
Gdy weszła do kwadratowego pomieszczenia z antresolą, uderzył ją zapach kurzu i pergaminu. Wzięła głęboki oddech. Uspokoiła się troszkę.
Podeszła do pierwszego regału i rozpoczęła buszowanie.
Jej błoga samotność trwała niecałą godzinę.
Była na antresoli, gdy drzwi otworzyły się i do środka wszedł profesor Drake.
Jasnowłosa zaklęła w myślach.
William Drake, człowiek, przed którym najbardziej chciała uciec, był prawdopodobnie jedyną osobą, która mogła zjawić się teraz w bibliotece.
Elizabeth zganiła się ostro za swój tok myślenia.
Gdy ją zauważył, na usta wpłynął mu kwaśny uśmiech.
-Panna Vane. Cóż za spotkanie –zadrwił.
-Pan profesor –odpadła chłodno i zeszła z antresoli.
Podczas pobytu w bibliotece, znalazła kilka informacji, które chciała wykorzystać do pisania swojej pracy. Nieuporządkowane notatki leżały teraz na stoliku pośrodku pomieszczenia. Jasnowłosa bardzo chciała je sprzątnąć, zanim mężczyzna zdoła je zobaczyć.
Nie udało jej się to.
Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, William zdążył zacząć przeglądać stosik papierów.
Liz westchnęła w duchu.
-Proszę to zostawić – rzekła stanowczo i podeszła do stolika. W ręku trzymała „Boską komedię”. Nie mogła się oprzeć sięgnięciu po to dzieło, gdy już je wypatrzyła.
Uwielbiała historię Paula i Franceski.
-Pisze pani o Dantem?
-Owszem –odparła.
Grymas, który pojawił się na jego twarzy, mógł zostać wzięty za uśmiech.
-Proszę –podał jej plik kartek zapisanych starannym, pochyłym pismem.
Gdy ich ręce dotknęły się, Elizabeth poczuła przyjemny dreszcz i szybko odsunęła dłoń.
-Dziękuję.
Zapadło kłopotliwe milczenie.
-Nie sądzi pan, że to dziwne? –spytała dziewczyna.
-Słucham? –jego brwi podjechały niemal pod linię włosów.
Nie wiedzieć czemu, Liz zarumieniła się wdzięcznie.
-Że wciąż się spotykamy.
Czarnowłosy westchnął.
-To nie jest dziwne. Jestem tu, ponieważ Edmund wysłał mnie po książkę, której pilnie potrzebował. Sam jest zajęty pisaniem pracy –zironizował. –Jak pani myśli, od kogo wiedział, że biblioteka jest miejscem, do którego uda się pani po rozmowie ze mną?
Zrozumienie wkradło się na twarz Elizabeth.
-No właśnie –dodał Drake.
-Cóż –rzekła obojętnie dziewczyna. –Ich wysiłki na nic się nie zdadzą, czyż nie?
Nie wiedziała, dlaczego w ogóle się odezwała.
Czemu musiałam zostać obdarowana językiem, który działa szybciej niż mózg?
Ku jej zdziwieniu, mężczyzna zachichotał cicho.
-Nigdy nie mów nigdy – odparł miękko.
Elizabeth w bezbrzeżnym zdumieniu patrzyła, jak jej były profesor podchodzi do regału, chwilę przy nim myszkuje, znajduje to, czego szukał i odwraca się do niej.
-Daj spokój, dziewczyno –westchnął. –Nawet mi zdarza się czasem żartować.
Zarumieniła się po raz kolejny i odwróciła wzrok.
-Tak. Oczywiście.
-Cóż, w takim razie do zobaczenia. Prawdopodobnie.
Wieloletni nawyk dał o sobie znać.
-Do widzenia, profesorze.
Gdy wyszedł, opadła na krzesło.
Wie. Wredny drań wie i robi sobie ze mnie żarty.
Wredny drań, który działał na nią jak żaden inny mężczyzna wcześniej.
Jej skupienie znikło na dobre, więc równie dobrze mogła wrócić do pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz