czwartek, 18 września 2014

Rozdział 4

Tego wieczora w planach był uroczysty bankiet powitalny. Odbywał się oczywiście na tarasie.
Elizabeth długo siedziała przed lustrem, nawet przed sobą nie chcąc się przyznać, że stroi się, by zrobić wrażenie na profesorze Drake’u.
Była zadowolona z efektu.
Granatowa sukienka z cudownego materiału odsłaniała jej ramiona i plecy, kończyła się przed kolanem i wirowała uroczo, gdy dziewczyna robiła obrót. Na nogach miała  Elizabeth czarne lakiery na średnio wysokiej szpilce. W zagłębiu u podstawy szyi wisiał srebrny łańcuszek z zawieszką o onyksowym oczku.
Włosy zostawiła rozpuszczone, tylko lekko je ufryzowała.
 Gdy zeszła na taras, większość gości już zdążyła się tam zgromadzić. Odszukała wzrokiem Lucy. Brunetka stała z Edmundem przy schodkach do ogrodu.
Ona wyglądała naprawdę uroczo w sukience koloru kości słoniowej, a on prezentował się niezwykle elegancko w ciemnoszarym garniturze i białej koszuli.
-Witaj, Liz. Pięknie wyglądasz –Thwaites przywitał ją całusem w policzek.
Jasnowłosa uśmiechnęła się.
-Dzięki –odparła z szerokim uśmiechem. Na jej przyjaciela zawsze można było liczyć.
Blondyn zerknął na zegarek.
-Nie wiem co ten William sobie myśli.
-Nic sobie nie myślę –odparł zimno czarnowłosy, pojawiając się nagle za plecami Edmunda.
-Jesteś nareszcie –powiedział młodszy mężczyzna.
Zespół zaczął grać. Impreza oficjalnie się zaczęła.
Obok przeszedł kelner niosący kieliszki z szampanem.
Elizabeth zatrzymała go i wszyscy wzięli po jednym.
Podeszła do nich Katherine.
-Witajcie –przywitała ich z uśmiechem na ustach. –Bardzo się cieszę, że was widzę. Wasze zdrowie! –powiedziała i upiła łyk złotawego trunku. –A teraz wybaczcie, ale muszę porozmawiać z resztą gości. Moja droga –zwróciła się do Elizabeth –chodź ze mną. Jest ktoś, kto bardzo chciałby cię poznać.
Pani Stone wzięła ją pod ramię.
-Kto chce mnie poznać? –zdziwiła się dziewczyna.
-Pamiętasz profesora Faulknera? –spytała Kathy.
-Oczywiście.
Faulkner był dobrym znajomym organizatorki zlotu. Panna Vane poznała go rok temu. Był to prawdziwie ujmujący człowiek, wykładowca z kiedyś Oksfordu, a obecnie z Cambridge, który od pierwszego spotkania szczerze uwielbiał Elizabeth. Spędzili w trójkę kilka bardzo przyjemnych dni, zwiedzając Paryż i okolice.
-Paul?
Starszy pan odwrócił się. Twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech.
-Kogóż to widzą moje oczy! Panna Vane! Jak to cudownie móc znowu pannę zobaczyć.
Jasnowłosa odpowiedziała uśmiechem.
-Dobry wieczór, profesorze –ucałowała pomarszczony policzek.

Staruszek ujął jej twarz w dłonie.
-Wyglądasz cudownie, moja droga –rzekł.
Uśmiech dziewczyny poszerzył się.
Przez chwilę wspominali swoje ostatnie spotkanie.
-Ale, moje dziecko, chciałem cię przecież komuś przedstawić –profesor odwrócił się i pomachał komuś, kogo Liz nie mogła dostrzec.
-Chris! Chris, podejdź no tutaj, młody człowieku.
Podszedł ku nim młody mężczyzna, na oko troszkę starszy od Elizabeth.
Był wysoki, szczupły, opalony na ciemny brąz. Długie, ciemnobrązowe włosy nosił związane w opadający na plecy koński ogon. Jego oczy były w ciepłym odcieniu brązu, nos odrobinę za długi, podbródek ostro zarysowany. Z ust nie schodził mu szeroki uśmiech.
Jasnowłosa nie mogła zaprzeczyć –był bardzo przystojny.
-Panno Vane –powiedział profesor –przedstawiam pannie mojego wnuka, Chistophera Bloom’a.
Choć wydawało się to niemożliwe, uśmiech mężczyzny poszerzył się.
-Wiele o pani słyszałem –rzekł, ściskając podaną mu placami w dół, dłoń.
-Mam nadzieję, że wiele dobrego.
-O, tak. Dzidek wypowiadał się o pani w samych superlatywach. Zapadła mu pani w pamięć.
 Elizabeth zarumieniła się.
-Cóż…
-Chris, przestań czarować pannę Lizzy –wtrącił się staruszek. –A jeśli robisz to z premedytacją, to lepiej zaproś ją do tańca –poradził. –Tak poderwałem twoją babcię –dodał.
Mężczyzna zaśmiał się.
-Panno Vane…
-Elizabeth –przerwała mu z uśmiechem.
-Chris –ujął jej dłoń i pocałował. Miał bardzo ciepłe usta. –Zatańczymy?
Dlaczego nie.
-Z przyjemnością –odparła.
Nie wiedziała, że jest śledzona przez czarne oczy innego mężczyzny.
*
Elizabeth, śmiejąc się, zeszła z parkietu.
-Przyniosę coś do picia –zaproponował Chris. Dziewczyna kiwnęła głową.
Nie stała sama długo.
-Liz, co ja widzę –powiedziała Lucy, podchodząc do niej tanecznym krokiem. –Kto to?
-Chistopher Bloom. Wnuk profesora Faulknera, o którym ci kiedyś opowiadałam.
-Niezły –oceniła brązowowłosa. –Wolny?
-Czy myślisz, że mogłabym go o to zapytać? –oburzyła się jasnowłosa. –Znam go od godziny!
-Tak –odparła szczerze Lucy.
Panna Vane przewróciła oczami.
Wrócił Bloom z dwoma kieliszkami białego wina.
-Chris, poznaj moją najlepszą przyjaciółkę, Lucy. Lucy, oto Chris Bloom –przedstawiła Elizabeth.
Mężczyzna podał jeden z kieliszków jasnowłosej i ucałował dłoń panny Pulver.
-Miło mi –rzekł.
-Mnie także –odparła dziewczyna, mierząc młodzieńca flirciarsko-oceniającym spojrzeniem, pod wpływem którego zarumienił się lekko.
W tej samej chwili zjawili się przy nich Edmund z Williamem i Liz znowu musiała ich sobie przedstawić. Za ciekawy uznała fakt, że uściski dłoni w obu przypadkach wydawały się być troszkę mocniejsze, niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
Zespół zaczął grać tango.
-Och, cóż za cudowna melodia –powiedziała Lucy. –Chris, reflektujesz?
I nie czekając na odpowiedź mężczyzny, zaciągnęła go na parkiet. Elizabeth westchnęła. Wiedziała, jakie motywy kierują postępowaniem przyjaciółki.
Edmund też gdzieś zniknął, a po chwili dostrzegła go na parkiecie i trzymającego w ramionach ładną szatynkę w sukni koloru morskiej wody.
Zaklęła w duchu, przeklinając fakt, że wszyscy na tej imprezie zdawali się chcieć ją z kimś zeswatać.
*
Will westchnął w myślach.
Elizabeth tęsknym wzrokiem patrzyła na parkiet i nagle poczuł się w obowiązku zapytać:
-Zechciałaby pani ze mną zatańczyć?
Odwróciła się do niego zaskoczona i zarumieniła uroczo.
-Cóż, ja… tango nie jest mocną stronę –powiedziała w końcu, odwracając wzrok.
-Nigdy nie jest za późno na naukę –odparł, ujął jej dłoń i poprowadził na parkiet.
Wyglądała naprawdę zachwycająco w granatowej sukience, ufryzowanych włosach. Jej oczy podkreślone umiejętnie zrobionym, ciemnym makijażem, nadawały jej wygląd femme fatale.
*
Delikatnie ujął jej dłoń i zaprowadził na parkiet.
Dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa, gdy poczuła jego rękę na swojej talii.
Zaczęli tańczyć.
Elizabeth była świadoma, że musi prezentować się dość niezgrabnie u boku profesora Drake’a, który prowadził ją jak zawodowiec i o dziwo nie zdawał się być zirytowany jej nieudolnością.
-Proszę przestać być taka spięta –powiedział tuż przy jej uchu. –Nie dostanie pani za to stopnia.
Kiwnęła głową, ale nie wiedziała, czy to zauważył.
Pachniał bosko.
Elizabeth rozluźniła się i wsłuchała w rytm muzyki. Miała wrażenie, że nie zapomni tej melodii do końca życia.
Będąc tak blisko czarnowłosego, trzymając policzek tuż przy jego policzku, czuła, że chce, by ta chwila trwała wiecznie.
 A tango, najbardziej zmysłowe ze wszystkich tańców, sprawiło, że poczuła się wyjątkowa. Lepsza od innych kobiet, z którymi kiedykolwiek tańczył i z którymi kiedykolwiek tańczył będzie.
Piosenka skończyła się jej zdaniem stanowczo za szybko.
Nie wiedziała, dlaczego Drake zaprosił ją do tańca, ale miała wrażenie, że niepoprawnym z jej strony byłoby liczenie na powtórkę.
William sprowadził ją z parkietu.
-Nie było tak źle, prawda? –spytał, nim dołączyli do nich Lucy z Chrisem.
Było cudownie.
-Nie –odpowiedziała. –Jest pan naprawdę doskonałym tancerzem, profesorze.
-Cóż –odparł skromnie –dziękuję.
Bloom wyglądał na niepocieszonego, w przeciwieństwie do panny Pulver.
Wkrótce też zjawił się przy nich Edmund.
-Elizabeth, mogę cię prosić o słówko na osobności? –spytał Christopher.
-Oczywiście –odparła zaskoczona. Odeszli parę kroków od reszty. –O co chodzi?
Mężczyzna zerknął na zegarek.
-Muszę już lecieć –wyznał. –Jutro o ósmej mam samolot powrotny do Egiptu.
Elizabeth kiwnęła głową. –Rozumiem.
-Ale wracam do Anglii za miesiąc, na urodziny dziadka. Może wtedy się zobaczymy –powiedział z małym uśmieszkiem na ustach.
-Bardzo bym tego chciała –Liz odwzajemniła uśmiech.
-A więc do zobaczenia.
-Do widzenia.
Mężczyzna z wahaniem w oczach pochylił się i pocałował ją w policzek.
Panna Vane odprowadziła go wzrokiem. Stojąc w drzwiach, obejrzał się. Na jego twarzy pojawiła się ulga, gdy zobaczył, że dziewczyna patrzy.
*
William poczuł coś na kształt złości, gdy zobaczył, że ten cały Christopher Bloom całuje Elizabeth w policzek.
Stop. Nie jesteś zazdrosny. Z całą pewnością nie możesz, bo nie masz ani powodu, ani prawa być zazdrosnym o tę irytującą pannę. Opanuj się.
Dziewczyna wróciła. Nie wyglądała na szczególnie zasmuconą.
*

Impreza trwała w najlepsze.
W pewnej chwili drzwi na balkon otworzyły się i stanęła w nich osoba, której Elizabeth nie chciała oglądać już nigdy w życiu.
Chłopak, z którym zerwała dwa tygodnie temu, Arthur Gable.
Dziewczyna zamrugała, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
-Lucy –wyszeptała przyjaciółce do ucha. –Lucy, zabierz mnie stąd, błagam. Chodźmy do ogrodu. Albo gdziekolwiek indziej, byle dalej od niego.
Brązowowłosa kiwnęła głową i złapała Liz za rękę.
Nie zdążyły zrobić kroku. Arthur szybko je zauważył i energicznym krokiem skierował w ich stronę.
-Lucy –powtórzyła błagalnie panna Vane. –Zabierz mnie stąd.
Dogonił je na schodkach prowadzących do ogrodu.
-Elizabeth.
Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku.
-Elizabeth –powtórzył męski głos, którego kiedyś uwielbiała słuchać.
Odwróciła się powoli i zmierzyła młodzieńca spojrzeniem tak chłodnym, na jakie ją było stać.
-Co ty tutaj robisz?
Arthur zarumienił się lekko.
-Chciałbym z tobą porozmawiać –wyjaśnił. –Na osobności.
Lucy spojrzała na przyjaciółkę z pytaniem w oczach. Jasnowłosa kiwnęła głową.
Brunetka wróciła na taras. Mijając Gable’ a, rzuciła mu mordercze spojrzenie.
-Chodź –powiedziała Elizabeth do mężczyzny.
Zaprowadziła go trochę dalej od świateł i ciekawskich spojrzeń gości.
-Więc? Co mi chciałeś powiedzieć? –spytała bez ogródek, kładąc ręce na biodrach.
Blondyn wyglądał na zakłopotanego.
-Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić. I odzyskać, jeśli wciąż mnie chcesz.
Wspomnienia natychmiast stanęły jej przed oczami. Szczególnie bolesne było to, na którym Arthur obściskiwał się z długonogą, piersiastą, niebieskooką blondynką.
-Za późno –powiedziała cicho. –Ja…
-Elizabeth? –spytał ktoś. Ze zdumieniem rozpoznała głos profesora Drake’a. –Wszystko w porządku?
-Tak –odpowiedziała głośno. –Tu jesteśmy.
William podszedł do nich stanowczym krokiem. Stanął nie protokolarnie blisko jasnowłosej, ujął jej łokieć i ścisnął go znacząco.
-Martwiliśmy się –wyjaśnił głosem tak troskliwym, że mógłby zwieść niemal każdego.
Arthur zmarszczył brwi.
-Czy wy…? –nie zdążył dokończyć. I nim Elizabeth powiedziała choć jedno słowo, czarnowłosy przerwał mu.
-Tak.
Liz miała duże problemy z utrzymaniem obojętnego wyrazu twarzy.
Na twarzy blondyna pojawił się gniew.
-Zerwaliśmy ze sobą ledwie dwa tygodnie temu –wycedził, robiąc krok do przodu. –A ty już puszczasz się z innym?
Jasnowłosa była oburzona.
-Jak śmiesz –syknęła. –Kim ty jesteś, by prawić mi kazania?
-Przyszedłem, żeby błagać cię o przebaczenie –odwarknął. Dłonie miał zaciśnięte w pięści. –Mogę paść na kolana, jeśli to pomoże. Bo kocham cię, rozumiesz, kobieto?
W oczach dziewczyny zalśniły łzy.
-Ty cholerny kłamco –szepnęła.
-Ale ty… jesteś dziwką. Zwykłą dziwką.
Elizabeth przymknęła oczy. Nie zdążyła nic zrobić, bo William nagle wysunął się przed nią i z całej siły spoliczkował blondyna.
Młodzieniec zatoczył się, trzymając za obolały policzek.
-Przeproś panią –wysyczał Drake. Jego oczy ciskały błyskawice. Wyglądał strasznie. Panna Vane przez chwilę myślała, że zabije Arthura wzrokiem.
Ale jej były nie należał do ludzi strachliwych. Jego dobrze wymierzony prawy sierpowy trafił Williama w kącik ust.
Czarnowłosy przewrócił oczami i wierzchem dłoni otarł płynącą po brodzie strużkę krwi. Widać było, że za chwilę walka rozpocznie się na poważnie.
Elizabeth otrząsnęła się z szoku i stanęła między nimi.
-Przestańcie natychmiast. Ty –odwróciła się do Arthura –między nami wszystko skończone. Nie wiem, jak mogłeś być tak głupi, by myśleć, że jakiekolwiek przeprosiny sprawią, bym do ciebie wróciła. Zrobiłeś z siebie pośmiewisko. Nie chcę cię więcej widzieć –wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy. –A ty –odwróciła się do Williama –Chodź.
Złapała mężczyznę za rękę i zaprowadziła do kuchni w podziemiach rezydencji.
Tam przygotowała okład z lodu, usadziła profesora na krześle i sama siadając na drugim, lewą dłonią ujęła jego policzek, a prawą przyłożyła lód do rozciętej wargi.
-Boli? –spytała.
Pokręcił głową.
-Dobrze. A teraz –oznajmiła zasadniczym tonem –może mi pan wytłumaczyć, co to było za przedstawienie?
Mężczyzna westchnął.
-Już się bałem, że pani nie spyta –zironizował. –Cóż, Edmund wspomniał niedawno mimochodem o pani rozstaniu. A nad jeziorem powiedziała pani, żebym nie zabierał głosu w sprawach, o których nie mam pojęcia. Domyśliłem się, że wina musi leżeć po jego stronie. Potem zjawił się na przyjęciu, a pani zdecydowała się z nim porozmawiać. Myślałem, że może potrzebuje pani wsparcia. Proszę mnie zrozumieć –wiem, co pani przeżywa, jakkolwiek banalnie to zabrzmi.
Uwierzyła mu.
-Każde z pani przyjaciół jest zbyt dobrze wychowane, by przeszkodzić w takiej rozmowie. Ale nie ja.
Elizabeth spojrzała głęboko w czarne oczy. Jeśli jest coś, na co ma pani ochotę, proszę się nie krępować –zdawały się mówić.
-Dziękuję –szepnęła, po czym niewiele myśląc pochyliła się do przodu i cmoknęła profesora Drake’a prosto w usta, następnie odsunęła się ze strachem wymalowanym na twarzy, uświadamiając sobie, co właśnie zrobiła.
-Ja… prawdopodobnie… -zaczęła.
-Nie powinnaś…
-Tak –zgodziła się i poderwała ze swojego miejsca. -Pójdę już –rzuciła. –Dobranoc, profesorze. Przepraszam –dodała szeptem, odwracając się jeszcze na sekundę.
Will z zachwytem patrzył, jak suknia faluje uroczo wokół jej kolan.
A potem jasnowłosa uciekła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz