Następnego dnia w planach były wykłady i
wystąpienia, odbywające się w katedrze historii uniwersytetu oksfordzkiego.
Od rana padał deszcz.
Elizabeth uwielbiała taką pogodę. Kochała Anglię właśnie za to, że jest deszczowa i pięknie ponura.
Na uniwersytet poszła piechotą, z parasolką w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej. Ulice były cudownie puste. Niebo szare i zasnute chmurami, powietrze rześkie i zimne. Wydawało się, że deszcz nigdy nie przestanie padać.
-Lizzy! –zawołała Lucy, gdy tylko jasnowłosa weszła do budynku. –Gdzie się podziewałaś? Jesteś przemoczona! –powiedziała z dezaprobatą.
Panna Vane wzruszyła ramionami.
-Przesadzasz.
-Znowu spacer w deszczu? –spytał Edmund, zjawiając się przy nich. Elizabeth kiwnęła głową, składając parasolkę.
-Zaraz się zacznie pierwszy wykład –strofowała ją dalej brązowowłosa. –Ledwo zdążyłaś.
-Ale zdążyłam, Lucy. Nie widzę problemu.
-Zobaczysz, kiedy dopadnie cię przeziębienie.
Elizabeth westchnęła teatralnie.
-Nie zachowuj się jak moja matka.
Edmund zerknął na zegarek.
-William też się spóźnia.
Jasnowłosa zarumieniła się nieznacznie na wspomnienie imienia profesora. Na jej nieszczęście, nie umknęło to uwadze jej przyjaciółki.
-Edmundzie, wybacz nam na chwilę –rzekła brunetka i odciągnęła pannę Vane na bok. –Czy jest coś, co chcesz mi powiedzieć, a przez to rozumiem, czy jest coś, o czym mi nie powiedziałaś?
-Jest –odburknęła Elizabeth.
Lucy założyła ręce na pierś.
-Słucham –powiedziała sucho.
-Wczoraj, kiedy rozmawiałam z Arthurem –na wspomnienie Gable’a brwi panny Pulver zmarszczyły się niebezpiecznie. –Przerwał nam profesor Drake.
Oczy Lucy zrobiły się wielkie jak spodki.
-Co?
-To nie jest najdziwniejsze w tej historii –Liz zniżyła głos do szeptu. –Pan profesor jak gdyby nigdy nic przedstawił się jako mój partner. Strasznie to rozłościło Arthura. Prawie się pobili, gdy ten dupek… -nie zdążyła dokończyć.
-Czy to dlatego profesor Drake ma dzisiaj dość dużego siniaka na twarzy, przy lewym kąciku ust?
-Skąd… -Elizabeth odwróciła się na pięcie.
William właśnie witał się z Edmundem. Jego parasol był przemoczony.
Liz uświadomiła sobie, że profesor także przyszedł na wykłady na piechotę.
-Pasowalibyście do siebie –zawyrokowała Lucy, przekrzywiając głowę.
Elizabeth nie odpowiedziała, przypominając sobie pocałunek z zeszłej nocy. Wszystko wskazywało na to, że panna Pulver nie myliła się.
Od rana padał deszcz.
Elizabeth uwielbiała taką pogodę. Kochała Anglię właśnie za to, że jest deszczowa i pięknie ponura.
Na uniwersytet poszła piechotą, z parasolką w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej. Ulice były cudownie puste. Niebo szare i zasnute chmurami, powietrze rześkie i zimne. Wydawało się, że deszcz nigdy nie przestanie padać.
-Lizzy! –zawołała Lucy, gdy tylko jasnowłosa weszła do budynku. –Gdzie się podziewałaś? Jesteś przemoczona! –powiedziała z dezaprobatą.
Panna Vane wzruszyła ramionami.
-Przesadzasz.
-Znowu spacer w deszczu? –spytał Edmund, zjawiając się przy nich. Elizabeth kiwnęła głową, składając parasolkę.
-Zaraz się zacznie pierwszy wykład –strofowała ją dalej brązowowłosa. –Ledwo zdążyłaś.
-Ale zdążyłam, Lucy. Nie widzę problemu.
-Zobaczysz, kiedy dopadnie cię przeziębienie.
Elizabeth westchnęła teatralnie.
-Nie zachowuj się jak moja matka.
Edmund zerknął na zegarek.
-William też się spóźnia.
Jasnowłosa zarumieniła się nieznacznie na wspomnienie imienia profesora. Na jej nieszczęście, nie umknęło to uwadze jej przyjaciółki.
-Edmundzie, wybacz nam na chwilę –rzekła brunetka i odciągnęła pannę Vane na bok. –Czy jest coś, co chcesz mi powiedzieć, a przez to rozumiem, czy jest coś, o czym mi nie powiedziałaś?
-Jest –odburknęła Elizabeth.
Lucy założyła ręce na pierś.
-Słucham –powiedziała sucho.
-Wczoraj, kiedy rozmawiałam z Arthurem –na wspomnienie Gable’a brwi panny Pulver zmarszczyły się niebezpiecznie. –Przerwał nam profesor Drake.
Oczy Lucy zrobiły się wielkie jak spodki.
-Co?
-To nie jest najdziwniejsze w tej historii –Liz zniżyła głos do szeptu. –Pan profesor jak gdyby nigdy nic przedstawił się jako mój partner. Strasznie to rozłościło Arthura. Prawie się pobili, gdy ten dupek… -nie zdążyła dokończyć.
-Czy to dlatego profesor Drake ma dzisiaj dość dużego siniaka na twarzy, przy lewym kąciku ust?
-Skąd… -Elizabeth odwróciła się na pięcie.
William właśnie witał się z Edmundem. Jego parasol był przemoczony.
Liz uświadomiła sobie, że profesor także przyszedł na wykłady na piechotę.
-Pasowalibyście do siebie –zawyrokowała Lucy, przekrzywiając głowę.
Elizabeth nie odpowiedziała, przypominając sobie pocałunek z zeszłej nocy. Wszystko wskazywało na to, że panna Pulver nie myliła się.
*
Przerwa na lunch zaczęła się o dwunastej. Elizabeth
uciekła od zatroskanych spojrzeń Lucy i ciekawskich pytań Edmunda, i przede
wszystkim od widoku profesora Drake’a.
Wczorajszy pocałunek tylko dolał oliwy do ognia i panna Vane nie ufała już swojej samokontroli.
Wyszła z budynku uniwersytetu i skierowała do maleńkiej herbaciarni kilka przecznic dalej. Wzięła herbatę na wynos, w pobliskim warzywniaku kupiła jabłko i postanowiła przespacerować się po uniwersyteckich błoniach.
I znów musiała zganić się za niedomyślność.
Dziwnym trafem, zawsze, gdy szukała samotności, znajdowała jego.
-Panie profesorze –powiedziała cicho w ramach przywitania.
Czarnowłosy uśmiechnął się kwaśno.
-Tym razem to jednak przypadek, czyż nie? –spytał chłodno.
Dziewczyna kiwnęła głową.
-Nie przeszkadza pani deszcz?
-Nie.
-Przespacerujemy się?
Nie.
Elizabeth zdobyła się na blady uśmiech.
-Dlaczego nie.
Cierpiała, będąc tak blisko niego, a jednocześnie nie mogąc być jeszcze bliżej. W tamtej chwili najbardziej na świecie pragnęła tylko jednego: pocałować go jeszcze raz. Poczuć, jak oddaje pocałunek. Zadrżeć pod wpływem jego dotyku.
Bała się, że ta niemądra fascynacja zdążyła już ewoluować w coś poważniejszego. Nie miłość, jeszcze nie, ale…
-Panno Vane!
-Tak, panie profesorze? –spytała odruchowo.
-Ma pani najbardziej irytujący nawyk zawieszania się w najmniej odpowiednim momencie –rzekł sucho.
Nie odpowiedziała. Wyglądała na smutną, zrezygnowaną. Nie przypominała już femme fatale, jak poprzedniej nocy.
-Pani jest chora –ocenił czarnowłosy.
-Ależ nie.
-Dlaczego nie odpowiedziała pani na mój niepochlebny komentarz? –jedna z jego brwi podjechała do góry.
Elizabeth westchnęła i odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-Bo jestem już zmęczona prowadzeniem z panem wojny. Poddaję się. Wygrał pan –wyjaśniła obojętnym tonem.
Przez chwilę panowała między nimi cisza.
-Panno Vane –zaczął William lekko zmienionym głosem. –Normalnie odpowiedziałbym, że drażnienie pani bawi mnie niezależnie od tego, czy pani się wścieka, czy nie. Ale to, co pani wczoraj zrobiła, czyni tę sytuację niewątpliwym odstępstwem od normy.
Elizabeth zarumieniła się.
-Myślałam, że mieliśmy dość oczywistą, niepisaną umowę, by do tego nie wracać –powiedziała cichutko.
-Tak. Cieszę się, że tak to pani widzi.
Przez chwilę spacerowali w ciszy. Deszcz przestał padać i oboje złożyli parasole.
-Panie profesorze?
-Słucham.
-Ja… kiepsko się czuję –poinformowała Lizzy, ponieważ rzeczywiście jej poranny, lekki ból głowy zdążył zmienić się w migrenę. –Nie wrócę na wykłady. Muszę się położyć –z tymi słowami ukłoniła się i zawróciła ku budynkowi uniwersytetu.
Dogonił ją.
-Odprowadzę panią.
-Nie ma takiej potrzeby –zaoponowała.
-Ależ oczywiście, że jest. Nie chcę mieć pani na sumieniu.
-Krążą plotki, że nie ma pan sumienia, profesorze –odparła chłodno Elizabeth, średnio zadowolona z towarzystwa Drake’a.
Mężczyzna zaśmiał się krótko.
-Nie wykluczone, że są one prawdziwe, panno Vane. Obawiam się jednak, że młody Thwaites urwałby mi głowę, gdybym panią zostawił na pastwę losu, a jestem do niej dość przywiązany, szczerze mówiąc.
Jasnowłosa uśmiechnęła się pod nosem.
Wyobrażam sobie.
I rzeczywiście, gdy dochodzili już do posiadłości Katherine, Liz zachwiała się i niechybnie wylądowałaby na chodniku, gdyby profesor nie złapał jej w ostatniej chwili, nie otoczył ramionami szczupłej talii. Dziewczyna zaszamotała się.
-Spokojnie –rzekł sucho czarnowłosy. –Nie gryzę.
Elizabeth uniosła brwi.
-Gdy nie ma takiej potrzeby –sprecyzował. –Jest pani w stanie iść dalej?
-Chyba tak.
Zdziwiła się, że nie puścił jej całkowicie, jedną ręką wciąż otaczał jej talię, prawdopodobnie na wszelki wypadek. Z cichą wdzięcznością przyjęła jego pomoc i także objęła go w pasie, by było im wygodniej iść.
Hall rezydencji nie był pusty. Przechadzała się po nim wysoka, szczupła, długonoga kobieta o włosach koloru ciemnego miodu. Pełne, zagadkowo uśmiechnięte usta podkreślone były krwistoczerwoną szminką, zielone oczy czarną kredką i fioletowym cieniem. Blondynka ubrana była w elegancki, grafitowo –srebrny płaszcz i wysokie, czarne szpilki.
Elizabeth odsunęła się od profesora Drake’a, zanim kobieta zauważyła ich przybycie.
-Lizzy! –zawołała i uśmiechnęła się szeroko, ukazując rządek idealnie równych, białych zębów.
-Clara –odparła lekko zdziwiona panna Vane, machinalnie odpowiadając na żywe powitanie blondynki, polegające na uścisku i ucałowaniu sobie nawzajem powietrza obok kolczyków. –Myślałam, że jesteś we Francji.
-Cóż, byłam. Ale i tak musiałam przylecieć do Londynu, więc pomyślałam, że przy okazji odwiedzę Oksford i Katherine.
-Nie wiedziałaś o zlocie? –zdziwiła się uprzejmie jasnowłosa.
-Och, moja droga –Clara zaśmiała się nieszczerze –oczywiście, że wiedziałam. Dlatego wybrałam taki a nie inny termin wyjazdu.
-No tak.
Blondynka zwróciła swe jadowicie zielone spojrzenie na Williama.
-Liz, może nas sobie przedstawisz?
-Oczywiście, wybaczcie. Claro, poznaj profesora Drake’a, wybitnego znawcę kultury starożytnej. Panie profesorze, to moja dobra koleżanka, Clara Fleurot.
Czarnowłosy chcąc nie chcąc, musiał pocałować podaną mu wysoko dłoń. Zerknął na pannę Vane. Czyżby dostrzegł błysk irytacji w jej szarych oczach?
-Cóż –powiedziała chłodno Elizabeth po chwili milczenia, kiedy to Clara nie odrywała wzroku od Williama. –Pożegnam was. Naprawdę słabo się czuję. Claro –zwróciła się do blondynki –obawiam się, że wykłady skończą się dopiero za kilka godzin. Profesorze… -ukłoniła się.
-Odprowadzę panią do pokoi –odparł jednak Drake. –Na wszelki wypadek.
Tym razem nie oponowała. I nawet nie próbowała się wyrwać, gdy ponownie otoczył ją ramieniem w nadopiekuńczym geście. Gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu Clary, dziewczyna westchnęła w irytacji.
-Miałam taką nadzieję, że tym razem się nie pojawi… -wymruczała do siebie, po czym zakryła usta dłonią, uświadamiając sobie, że powiedziała to na głos. –Przepraszam –jęknęła żałośnie.
-Cóż, nie będę ukrywał, że nie uszła mej uwadze niechęć panująca między panią a pani koleżanką –rzekł mężczyzna, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-No tak. Zapomniałam, jak bardzo jest pan spostrzegawczy –powiedziała, niezamierzenie go komplementując.
Dotarli do pokoi Elizabeth.
-Dziękuję, profesorze. To było niepotrzebne. Pozytywnie średniowieczno rycerskie, ale niepotrzebne.
Zaśmiał się w duchu.
-Oczywiście, że potrzebne –odparł chłodno. –Co więcej, konieczne.
Jego ton przywołał ją do porządku.
-Przeze mnie stracił pan dzień wykładów.
-Cóż, te na których byliśmy, nie okazały się specjalnie rewolucyjne.
-Przypuszczam, że dla pana nie.
-Do widzenia.
-Do widzenia, panie profesorze.
Przez sekundę Elizabeth zastanawiała się, czy nie pocałować Williama w policzek –zachowywał się dziś w stosunku do niej niemal jak dżentelmen –ale szybko się rozmyśliła.
Myślałam, że mieliśmy dość oczywistą, niepisaną umowę, by do tego nie wracać.
Tak. Cieszę się, że tak to pani widzi.
Wczorajszy pocałunek tylko dolał oliwy do ognia i panna Vane nie ufała już swojej samokontroli.
Wyszła z budynku uniwersytetu i skierowała do maleńkiej herbaciarni kilka przecznic dalej. Wzięła herbatę na wynos, w pobliskim warzywniaku kupiła jabłko i postanowiła przespacerować się po uniwersyteckich błoniach.
I znów musiała zganić się za niedomyślność.
Dziwnym trafem, zawsze, gdy szukała samotności, znajdowała jego.
-Panie profesorze –powiedziała cicho w ramach przywitania.
Czarnowłosy uśmiechnął się kwaśno.
-Tym razem to jednak przypadek, czyż nie? –spytał chłodno.
Dziewczyna kiwnęła głową.
-Nie przeszkadza pani deszcz?
-Nie.
-Przespacerujemy się?
Nie.
Elizabeth zdobyła się na blady uśmiech.
-Dlaczego nie.
Cierpiała, będąc tak blisko niego, a jednocześnie nie mogąc być jeszcze bliżej. W tamtej chwili najbardziej na świecie pragnęła tylko jednego: pocałować go jeszcze raz. Poczuć, jak oddaje pocałunek. Zadrżeć pod wpływem jego dotyku.
Bała się, że ta niemądra fascynacja zdążyła już ewoluować w coś poważniejszego. Nie miłość, jeszcze nie, ale…
-Panno Vane!
-Tak, panie profesorze? –spytała odruchowo.
-Ma pani najbardziej irytujący nawyk zawieszania się w najmniej odpowiednim momencie –rzekł sucho.
Nie odpowiedziała. Wyglądała na smutną, zrezygnowaną. Nie przypominała już femme fatale, jak poprzedniej nocy.
-Pani jest chora –ocenił czarnowłosy.
-Ależ nie.
-Dlaczego nie odpowiedziała pani na mój niepochlebny komentarz? –jedna z jego brwi podjechała do góry.
Elizabeth westchnęła i odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-Bo jestem już zmęczona prowadzeniem z panem wojny. Poddaję się. Wygrał pan –wyjaśniła obojętnym tonem.
Przez chwilę panowała między nimi cisza.
-Panno Vane –zaczął William lekko zmienionym głosem. –Normalnie odpowiedziałbym, że drażnienie pani bawi mnie niezależnie od tego, czy pani się wścieka, czy nie. Ale to, co pani wczoraj zrobiła, czyni tę sytuację niewątpliwym odstępstwem od normy.
Elizabeth zarumieniła się.
-Myślałam, że mieliśmy dość oczywistą, niepisaną umowę, by do tego nie wracać –powiedziała cichutko.
-Tak. Cieszę się, że tak to pani widzi.
Przez chwilę spacerowali w ciszy. Deszcz przestał padać i oboje złożyli parasole.
-Panie profesorze?
-Słucham.
-Ja… kiepsko się czuję –poinformowała Lizzy, ponieważ rzeczywiście jej poranny, lekki ból głowy zdążył zmienić się w migrenę. –Nie wrócę na wykłady. Muszę się położyć –z tymi słowami ukłoniła się i zawróciła ku budynkowi uniwersytetu.
Dogonił ją.
-Odprowadzę panią.
-Nie ma takiej potrzeby –zaoponowała.
-Ależ oczywiście, że jest. Nie chcę mieć pani na sumieniu.
-Krążą plotki, że nie ma pan sumienia, profesorze –odparła chłodno Elizabeth, średnio zadowolona z towarzystwa Drake’a.
Mężczyzna zaśmiał się krótko.
-Nie wykluczone, że są one prawdziwe, panno Vane. Obawiam się jednak, że młody Thwaites urwałby mi głowę, gdybym panią zostawił na pastwę losu, a jestem do niej dość przywiązany, szczerze mówiąc.
Jasnowłosa uśmiechnęła się pod nosem.
Wyobrażam sobie.
I rzeczywiście, gdy dochodzili już do posiadłości Katherine, Liz zachwiała się i niechybnie wylądowałaby na chodniku, gdyby profesor nie złapał jej w ostatniej chwili, nie otoczył ramionami szczupłej talii. Dziewczyna zaszamotała się.
-Spokojnie –rzekł sucho czarnowłosy. –Nie gryzę.
Elizabeth uniosła brwi.
-Gdy nie ma takiej potrzeby –sprecyzował. –Jest pani w stanie iść dalej?
-Chyba tak.
Zdziwiła się, że nie puścił jej całkowicie, jedną ręką wciąż otaczał jej talię, prawdopodobnie na wszelki wypadek. Z cichą wdzięcznością przyjęła jego pomoc i także objęła go w pasie, by było im wygodniej iść.
Hall rezydencji nie był pusty. Przechadzała się po nim wysoka, szczupła, długonoga kobieta o włosach koloru ciemnego miodu. Pełne, zagadkowo uśmiechnięte usta podkreślone były krwistoczerwoną szminką, zielone oczy czarną kredką i fioletowym cieniem. Blondynka ubrana była w elegancki, grafitowo –srebrny płaszcz i wysokie, czarne szpilki.
Elizabeth odsunęła się od profesora Drake’a, zanim kobieta zauważyła ich przybycie.
-Lizzy! –zawołała i uśmiechnęła się szeroko, ukazując rządek idealnie równych, białych zębów.
-Clara –odparła lekko zdziwiona panna Vane, machinalnie odpowiadając na żywe powitanie blondynki, polegające na uścisku i ucałowaniu sobie nawzajem powietrza obok kolczyków. –Myślałam, że jesteś we Francji.
-Cóż, byłam. Ale i tak musiałam przylecieć do Londynu, więc pomyślałam, że przy okazji odwiedzę Oksford i Katherine.
-Nie wiedziałaś o zlocie? –zdziwiła się uprzejmie jasnowłosa.
-Och, moja droga –Clara zaśmiała się nieszczerze –oczywiście, że wiedziałam. Dlatego wybrałam taki a nie inny termin wyjazdu.
-No tak.
Blondynka zwróciła swe jadowicie zielone spojrzenie na Williama.
-Liz, może nas sobie przedstawisz?
-Oczywiście, wybaczcie. Claro, poznaj profesora Drake’a, wybitnego znawcę kultury starożytnej. Panie profesorze, to moja dobra koleżanka, Clara Fleurot.
Czarnowłosy chcąc nie chcąc, musiał pocałować podaną mu wysoko dłoń. Zerknął na pannę Vane. Czyżby dostrzegł błysk irytacji w jej szarych oczach?
-Cóż –powiedziała chłodno Elizabeth po chwili milczenia, kiedy to Clara nie odrywała wzroku od Williama. –Pożegnam was. Naprawdę słabo się czuję. Claro –zwróciła się do blondynki –obawiam się, że wykłady skończą się dopiero za kilka godzin. Profesorze… -ukłoniła się.
-Odprowadzę panią do pokoi –odparł jednak Drake. –Na wszelki wypadek.
Tym razem nie oponowała. I nawet nie próbowała się wyrwać, gdy ponownie otoczył ją ramieniem w nadopiekuńczym geście. Gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu Clary, dziewczyna westchnęła w irytacji.
-Miałam taką nadzieję, że tym razem się nie pojawi… -wymruczała do siebie, po czym zakryła usta dłonią, uświadamiając sobie, że powiedziała to na głos. –Przepraszam –jęknęła żałośnie.
-Cóż, nie będę ukrywał, że nie uszła mej uwadze niechęć panująca między panią a pani koleżanką –rzekł mężczyzna, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-No tak. Zapomniałam, jak bardzo jest pan spostrzegawczy –powiedziała, niezamierzenie go komplementując.
Dotarli do pokoi Elizabeth.
-Dziękuję, profesorze. To było niepotrzebne. Pozytywnie średniowieczno rycerskie, ale niepotrzebne.
Zaśmiał się w duchu.
-Oczywiście, że potrzebne –odparł chłodno. –Co więcej, konieczne.
Jego ton przywołał ją do porządku.
-Przeze mnie stracił pan dzień wykładów.
-Cóż, te na których byliśmy, nie okazały się specjalnie rewolucyjne.
-Przypuszczam, że dla pana nie.
-Do widzenia.
-Do widzenia, panie profesorze.
Przez sekundę Elizabeth zastanawiała się, czy nie pocałować Williama w policzek –zachowywał się dziś w stosunku do niej niemal jak dżentelmen –ale szybko się rozmyśliła.
Myślałam, że mieliśmy dość oczywistą, niepisaną umowę, by do tego nie wracać.
Tak. Cieszę się, że tak to pani widzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz