Kolejnego wieczoru miał się odbyć prawdziwy bal.
Tematem przewodnim w tym roku okazały się być maski, zabawa na podobieństwo
weneckiego karnawału. Elizabeth uważała to za coś ekscytującego i nie mogła się
doczekać.
W rezydencji Katherine, na trzecim piętrze, znajdowała się prawdziwa sala balowa. Marmurowy parkiet, wiszące na ścianach lustra dodatkowo powiększające optycznie i tak już dość dużych rozmiarów pomieszczenie (zajmujące prawie całą przestrzeń piętra), obszerny balkon, przepiękne, choć nieco zbyt ozdobne kandelabry sprawiające, iż w sali nie było ani jednego nie oświetlonego kąta.
Liz przybyła na bal jako jedna z ostatnich, kiedy pomieszczenie było już pełne kobiet w kolorowych sukniach i mężczyzn w ciemnych frakach. Wszyscy oczywiście mieli na twarzach maski. Jasnowłosa wmieszała się w tłum na kilka sekund przed tym, jak zespół zaczął grać pierwszy utwór, walca.
Momentalnie pojawił się przed nią przystojny blondyn. Błyskawicznie rozpoznała w nim Edmunda. Uśmiechnęła się ładnie i podała mu dłoń.
Gdy Elizabeth wspominała potem tamten bal, dzieliła go w myślach na część pierwszą, przed pojawieniem się czarnowłosego mężczyzny w charakterystycznej masce z długim nosem, jaką niegdyś nosili weneccy lekarze w czasie zarazy i drugą, którą spędziła właśnie z nim.
Zespół skończył grać kolejną piosenkę i jej poprzedni partner zdążył się już oddalić, gdy czarnowłosy nieznajomy się przed nią pojawił. Nie powiedział ani słowa, wyciągnął tylko rękę, w milczeniu prosząc do tańca. Podała mu dłoń w mitence z szarej koronki.
Był doskonałym tancerzem.
Potem zastanawiała się, jak mogła być tak niedomyślna, by go nie rozpoznać.
W rezydencji Katherine, na trzecim piętrze, znajdowała się prawdziwa sala balowa. Marmurowy parkiet, wiszące na ścianach lustra dodatkowo powiększające optycznie i tak już dość dużych rozmiarów pomieszczenie (zajmujące prawie całą przestrzeń piętra), obszerny balkon, przepiękne, choć nieco zbyt ozdobne kandelabry sprawiające, iż w sali nie było ani jednego nie oświetlonego kąta.
Liz przybyła na bal jako jedna z ostatnich, kiedy pomieszczenie było już pełne kobiet w kolorowych sukniach i mężczyzn w ciemnych frakach. Wszyscy oczywiście mieli na twarzach maski. Jasnowłosa wmieszała się w tłum na kilka sekund przed tym, jak zespół zaczął grać pierwszy utwór, walca.
Momentalnie pojawił się przed nią przystojny blondyn. Błyskawicznie rozpoznała w nim Edmunda. Uśmiechnęła się ładnie i podała mu dłoń.
Gdy Elizabeth wspominała potem tamten bal, dzieliła go w myślach na część pierwszą, przed pojawieniem się czarnowłosego mężczyzny w charakterystycznej masce z długim nosem, jaką niegdyś nosili weneccy lekarze w czasie zarazy i drugą, którą spędziła właśnie z nim.
Zespół skończył grać kolejną piosenkę i jej poprzedni partner zdążył się już oddalić, gdy czarnowłosy nieznajomy się przed nią pojawił. Nie powiedział ani słowa, wyciągnął tylko rękę, w milczeniu prosząc do tańca. Podała mu dłoń w mitence z szarej koronki.
Był doskonałym tancerzem.
Potem zastanawiała się, jak mogła być tak niedomyślna, by go nie rozpoznać.
*
Profesor Drake już na początku balu wypatrzył na
sali pannę Vane. Była ubrana w srebrnoszarą suknię odsłaniającą ramiona,
ściskającą talię sztywnym gorsetem, o spódnicy zrobionej z przepięknego
materiału, wyszywanego widocznymi tylko pod właściwym kątem srebrnymi kwiatami.
Długo zastanawiał się, czy poproszenie ją do tańca byłoby dobrym pomysłem. Raczej nie –ale prawda była taka, że ostatni taniec z nią, tamto tango, sprawiło mu dużą przyjemność, niepokojąco większą niż normalnie. Nie wiedział, dlaczego –może to przez naturalną, niewymuszoną grację z jaką poruszała się Elizabeth, a może dlatego, że dziewczyna bardzo żywo reagowała na każdy jego gest i ruch, wykonywała jego niewerbalne polecenia bezbłędnie, jakby byli stworzeni, by wirować razem na parkiecie.
Nie inaczej było tym razem.
Bez wahania podała mu dłoń, zadrżała ekscytująco, gdy położył rękę na odsłoniętej skórze pleców, gorącej w porównaniu do jego chłodnych palców. Zawirowali.
Gdy melodia urwała się, pocałował wnętrze kobiecej dłoni i ukłonił się, gotów by zniknąć w tłumie zamaskowanych postaci. Powstrzymał go mówiący wiele wzrok jasnowłosej i dłoń, którą położyła mu delikatnie, z wahaniem, na ramieniu. Milcząca prośba. Zrozumiał, uśmiechając się złośliwie pod maską. Zarumieniła się, ale nie opuściła wzroku.
Kolejne utwory mijały, a oni tańczyli, jak zahipnotyzowani wpatrzeni w swoje tęczówki.
Elizabeth była niezmiernie wdzięczna czarnowłosemu mężczyźnie. Dzięki niemu zdołała się na chwilę oderwać od wszystkich swoich problemów, a w szczególności od jej niechcianego pociągu do profesora Drake’a. Pod koniec balu, kiedy na parkiecie pozostało już tylko kilka par –reszta gości zniknęła, by oddawać się nieco mniej niewinnym czynnościom –zaproponowała milcząco, szarpnięciem głowy, by poszli na balkon. Sugestia wydawała się być całkiem uzasadniona, w sali rzeczywiście było trochę duszno. Ujął ją pod ramię i poprowadził na zewnątrz.
Przez parę minut wpatrywali się w usiane nielicznymi gwiazdami niebo. Elizabeth odwróciła się twarzą do czarnowłosego, przysunęła bliżej. Nie cofnął się, więc zrobiła kolejny krok; była już bardzo blisko. Uniosła dłoń i dotknęła długiego, spiczastego dziobu maski, przesunęła palce w górę. Mężczyzna poruszył się, ale nie odsunął. Sięgnęła do tasiemki trzymającej maskę na jego twarzy. Odczekała kilka sekund, dała mu szansę, by ją powstrzymał.
Will nie wiedział, dlaczego tego nie zrobił.
Liz pociągnęła wstążkę. Maska upadła na marmur.
-Profesor Drake? –wyrwało się jej. Odsunęła się od niego błyskawicznie.
Mężczyzna skłonił się z ironicznym uśmieszkiem na wąskich wargach.
-Panna Vane.
-Przepraszam –wyszeptała dziewczyna, zażenowana tym, że tak często prosiła go o wybaczenie w ciągu tych ostatnich dni. –Gdybym tylko wiedziała, że to pan, nigdy bym tego nie zrobiła…
-Nie wątpię –odparł sucho. –Ale na tym miał w końcu ten cały bal polegać, czyż nie?
-Przypuszczam, że tak. Co nie zmienia faktu, że czuję się teraz…
-Nieopisanie głupio? –przerwał jej.
-Tak.
Kącik ust mężczyzny drgnął, jakby William próbował powstrzymać uśmiech.
-Panie profesorze –Elizabeth skłoniła głowę i nie czekając na odpowiedź Drake’a szybkim krokiem opuściła taras i salę balową.
Długo zastanawiał się, czy poproszenie ją do tańca byłoby dobrym pomysłem. Raczej nie –ale prawda była taka, że ostatni taniec z nią, tamto tango, sprawiło mu dużą przyjemność, niepokojąco większą niż normalnie. Nie wiedział, dlaczego –może to przez naturalną, niewymuszoną grację z jaką poruszała się Elizabeth, a może dlatego, że dziewczyna bardzo żywo reagowała na każdy jego gest i ruch, wykonywała jego niewerbalne polecenia bezbłędnie, jakby byli stworzeni, by wirować razem na parkiecie.
Nie inaczej było tym razem.
Bez wahania podała mu dłoń, zadrżała ekscytująco, gdy położył rękę na odsłoniętej skórze pleców, gorącej w porównaniu do jego chłodnych palców. Zawirowali.
Gdy melodia urwała się, pocałował wnętrze kobiecej dłoni i ukłonił się, gotów by zniknąć w tłumie zamaskowanych postaci. Powstrzymał go mówiący wiele wzrok jasnowłosej i dłoń, którą położyła mu delikatnie, z wahaniem, na ramieniu. Milcząca prośba. Zrozumiał, uśmiechając się złośliwie pod maską. Zarumieniła się, ale nie opuściła wzroku.
Kolejne utwory mijały, a oni tańczyli, jak zahipnotyzowani wpatrzeni w swoje tęczówki.
Elizabeth była niezmiernie wdzięczna czarnowłosemu mężczyźnie. Dzięki niemu zdołała się na chwilę oderwać od wszystkich swoich problemów, a w szczególności od jej niechcianego pociągu do profesora Drake’a. Pod koniec balu, kiedy na parkiecie pozostało już tylko kilka par –reszta gości zniknęła, by oddawać się nieco mniej niewinnym czynnościom –zaproponowała milcząco, szarpnięciem głowy, by poszli na balkon. Sugestia wydawała się być całkiem uzasadniona, w sali rzeczywiście było trochę duszno. Ujął ją pod ramię i poprowadził na zewnątrz.
Przez parę minut wpatrywali się w usiane nielicznymi gwiazdami niebo. Elizabeth odwróciła się twarzą do czarnowłosego, przysunęła bliżej. Nie cofnął się, więc zrobiła kolejny krok; była już bardzo blisko. Uniosła dłoń i dotknęła długiego, spiczastego dziobu maski, przesunęła palce w górę. Mężczyzna poruszył się, ale nie odsunął. Sięgnęła do tasiemki trzymającej maskę na jego twarzy. Odczekała kilka sekund, dała mu szansę, by ją powstrzymał.
Will nie wiedział, dlaczego tego nie zrobił.
Liz pociągnęła wstążkę. Maska upadła na marmur.
-Profesor Drake? –wyrwało się jej. Odsunęła się od niego błyskawicznie.
Mężczyzna skłonił się z ironicznym uśmieszkiem na wąskich wargach.
-Panna Vane.
-Przepraszam –wyszeptała dziewczyna, zażenowana tym, że tak często prosiła go o wybaczenie w ciągu tych ostatnich dni. –Gdybym tylko wiedziała, że to pan, nigdy bym tego nie zrobiła…
-Nie wątpię –odparł sucho. –Ale na tym miał w końcu ten cały bal polegać, czyż nie?
-Przypuszczam, że tak. Co nie zmienia faktu, że czuję się teraz…
-Nieopisanie głupio? –przerwał jej.
-Tak.
Kącik ust mężczyzny drgnął, jakby William próbował powstrzymać uśmiech.
-Panie profesorze –Elizabeth skłoniła głowę i nie czekając na odpowiedź Drake’a szybkim krokiem opuściła taras i salę balową.
*
Mniej więcej w tym samym czasie Lucy i Edmund
kochali się po raz pierwszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz