Ale William nie przemyślał sobie niczego.
Przez cztery miesiące nie dane mu było zobaczyć Elizabeth Vane i dzięki temu nie myślał o niej już prawie wcale, śniła mu się też znacznie rzadziej. Nauczył się ignorować te niechciane wizje.
Nie spotykał ani jasnowłosej studentki ani Edmunda Thwaites’a, ponieważ prawie nie przebywał w Oksfordzie. Przeniósł się do Cambridge, gdzie zaczął uczyć na pół etatu. Poza tym, poświęcił się dokładniejszemu studiowaniu postaci doktora Fausta, porównywał rzeczywistość z fikcją, czytywał w kółko dramat Goethego i powieść Manna, zaczął nawet uczyć się niemieckiego, nie lubił bowiem polegać na cudzych przekładach. Szło mu jednak niesporo. O ile swój ojczysty język uważał za najdoskonalszy z nowożytnych, brzydota niemieckiego skutecznie go odrzucała.
Najwięcej czasu spędzał William w towarzystwie Beatrice Hallward.
Była jego najlepszą przyjaciółką. Mimo, że kiedyś łączyło ich coś więcej, po zerwaniu udało im się pozostać w dobrych kontaktach. Cierpiała, widząc, jak samotny jest jej przyjaciel. W głębi duszy liczyła, że on i jasnowłosa Elizabeth jeszcze się zejdą.
Pod koniec listopada przyszła wiadomość o śmierci mieszkającego we Florencji angielskiego historyka i przyjaciela Willa, George’a Eaglesa. Był on właścicielem pokaźniej biblioteki, którą w całości zapisał uniwersytetowi oksfordzkiemu i Drake został poproszony przez rektora o skatalogowanie zbioru. Nie mógł odmówić. Ósmego grudnia wylądował we Florencji. Miał się zatrzymać w znajdującej się za miastem willi zmarłego.
Przez cztery miesiące nie dane mu było zobaczyć Elizabeth Vane i dzięki temu nie myślał o niej już prawie wcale, śniła mu się też znacznie rzadziej. Nauczył się ignorować te niechciane wizje.
Nie spotykał ani jasnowłosej studentki ani Edmunda Thwaites’a, ponieważ prawie nie przebywał w Oksfordzie. Przeniósł się do Cambridge, gdzie zaczął uczyć na pół etatu. Poza tym, poświęcił się dokładniejszemu studiowaniu postaci doktora Fausta, porównywał rzeczywistość z fikcją, czytywał w kółko dramat Goethego i powieść Manna, zaczął nawet uczyć się niemieckiego, nie lubił bowiem polegać na cudzych przekładach. Szło mu jednak niesporo. O ile swój ojczysty język uważał za najdoskonalszy z nowożytnych, brzydota niemieckiego skutecznie go odrzucała.
Najwięcej czasu spędzał William w towarzystwie Beatrice Hallward.
Była jego najlepszą przyjaciółką. Mimo, że kiedyś łączyło ich coś więcej, po zerwaniu udało im się pozostać w dobrych kontaktach. Cierpiała, widząc, jak samotny jest jej przyjaciel. W głębi duszy liczyła, że on i jasnowłosa Elizabeth jeszcze się zejdą.
Pod koniec listopada przyszła wiadomość o śmierci mieszkającego we Florencji angielskiego historyka i przyjaciela Willa, George’a Eaglesa. Był on właścicielem pokaźniej biblioteki, którą w całości zapisał uniwersytetowi oksfordzkiemu i Drake został poproszony przez rektora o skatalogowanie zbioru. Nie mógł odmówić. Ósmego grudnia wylądował we Florencji. Miał się zatrzymać w znajdującej się za miastem willi zmarłego.
*
Elizabeth potrzebowała około czterech miesięcy, by
przeboleć upokorzenie, jakiego doznała tamtej nieszczęsnej nocy nad jeziorem.
Poświęciła się pracy. W październiku zaczęła piąty rok studiów. Nauka stała się całym jej światem. Lucy miała olbrzymie trudności z oderwaniem swojej przyjaciółki od książek. Zachowanie jasnowłosej było uzasadnione. Kiedy skupiała się na wkuwaniu, nie myślała o Williamie Drake’u.
Złożyła wniosek o wyjechanie z Oksfordu na wymianę do Florencji, ojczystego miasta Dantego, o którym pisała pracę magisterską. Była dobrą studentką, jedną z najlepszych na kierunku, więc władze uczelni wyraziły zgodę. Miała wyjechać do Włoch na trzy miesiące i nie mogła się tego doczekać. Kochała Anglię, ale potrzebowała rozproszenia od tamtejszych spraw.
Wylądowała we Florencji pierwszego grudnia.
Poświęciła się pracy. W październiku zaczęła piąty rok studiów. Nauka stała się całym jej światem. Lucy miała olbrzymie trudności z oderwaniem swojej przyjaciółki od książek. Zachowanie jasnowłosej było uzasadnione. Kiedy skupiała się na wkuwaniu, nie myślała o Williamie Drake’u.
Złożyła wniosek o wyjechanie z Oksfordu na wymianę do Florencji, ojczystego miasta Dantego, o którym pisała pracę magisterską. Była dobrą studentką, jedną z najlepszych na kierunku, więc władze uczelni wyraziły zgodę. Miała wyjechać do Włoch na trzy miesiące i nie mogła się tego doczekać. Kochała Anglię, ale potrzebowała rozproszenia od tamtejszych spraw.
Wylądowała we Florencji pierwszego grudnia.
*
-Tak, panie rektorze, jestem już we Florencji. Tak,
wylądowałem dosłownie pół godziny temu. Jestem w drodze do willi.
-Pomoc nie będzie potrzebna. Najlepiej pracuje mi się samemu, dodatkowa osoba będzie tylko przeszkadzać, naprawdę…
-Ależ oczywiście, że zdaję sobie sprawę z wielkości księgozbioru pana Eaglesa. Rozumiem, że zależy panu na jak najszybszym załatwieniu sprawy. Nie mniej jednak…
-Jak pan sobie życzy, panie rektorze. Oczywiście. Do widzenia.
William rozłączył się i zaklął w myślach. Tylko tego mu jeszcze brakowało.
Właśnie dowiedział się, że rektor oddelegował mu do pomocy jakąś studentkę historii literatury, która właśnie przebywała we Florencji na wymianie. Drake już to sobie wyobrażał; nie uśmiechała mu się praca z pierwszą lepszą nadmiernie rozentuzjazmowaną dziewuchą, albo gorzej: jakąś płaczliwą smarkulą, co to kulić się będzie przed nim ze strachu.
Westchnął.
A mini wakacje we Włoszech zapowiadały się tak pięknie!
Oczywiście był nieszczęśliwy z powodu śmierci przyjaciela. Ale George Eagles był specyficznym człowiekiem i gdyby mógł zobaczyć z zaświatów zamartwiającego się Williama Drake’a, z pewnością pękłby ze śmiechu. Łączyły ich bowiem dość szczególne stosunki, dziwna przyjaźń, oparta nie na wzajemnym szacunku, akceptacji i przyjemności płynącej z przebywania w swoim towarzystwie, lecz raczej na iście chłopięcej rywalizacji, wiecznych docinkach i dogryzaniu sobie nawzajem. Will pomyślał, że najbardziej będzie mu brakować właśnie ich przekomarzań i gdy dotarł do willi, wypalił w hołdzie dla przyjaciela symbolicznego papierosa, od którego natychmiast się rozkaszlał. Drake nie był palaczem, w przeciwieństwie do George’a, który w końcu się doigrał –przyczyną zgonu był bowiem rak krtani. Ale Eagles był typem, który nigdy niczego nie żałował i gdyby dostał drugą szansę na życie, kopciłby pewnie dalej z takim samym entuzjazmem.
Przez cały ranek William zadomawiał się w willi nieboszczyka. Była to piękna posiadłość z naprawdę imponującym ogrodem. Ale profesora bardziej interesowała biblioteka. Nie był w niej pierwszy raz, prawdę mówiąc niemal co roku spędzał we Florencji urlop, za każdym razem wpraszając się do willi przyjaciela. Ale nigdy nie przestawało zadziwiać go bogactwo i różnorodność księgozbioru George’a. Eagles był prawdziwym kolekcjonerem książek.
Biblioteka ta mieściła się w dużym, prostokątnym pomieszczeniu z wysokim sufitem i antresolą, na szczyt której prowadziły kręcone schody. Każda ściana –z nielicznymi przerwami na drzwi i okna –pokryta była regałami. By dosięgnąć niektórych półek, potrzebna była prawdziwa bibliotekarska drabina i Eagles oczywiście się w takową zaopatrzył. Z pomieszczenia można było przejść prosto na obszerny taras, a stamtąd właśnie do ogrodu na tyłach budynku.
William szybko stracił poczucie czasu. Od myszkowania wśród książek oderwał go przeraźliwie głośny dźwięk dzwonka. To musiała być ta „niezwykle zdolna” studentka.
Nie spieszył się zanadto z otworzeniem drzwi.
-Pomoc nie będzie potrzebna. Najlepiej pracuje mi się samemu, dodatkowa osoba będzie tylko przeszkadzać, naprawdę…
-Ależ oczywiście, że zdaję sobie sprawę z wielkości księgozbioru pana Eaglesa. Rozumiem, że zależy panu na jak najszybszym załatwieniu sprawy. Nie mniej jednak…
-Jak pan sobie życzy, panie rektorze. Oczywiście. Do widzenia.
William rozłączył się i zaklął w myślach. Tylko tego mu jeszcze brakowało.
Właśnie dowiedział się, że rektor oddelegował mu do pomocy jakąś studentkę historii literatury, która właśnie przebywała we Florencji na wymianie. Drake już to sobie wyobrażał; nie uśmiechała mu się praca z pierwszą lepszą nadmiernie rozentuzjazmowaną dziewuchą, albo gorzej: jakąś płaczliwą smarkulą, co to kulić się będzie przed nim ze strachu.
Westchnął.
A mini wakacje we Włoszech zapowiadały się tak pięknie!
Oczywiście był nieszczęśliwy z powodu śmierci przyjaciela. Ale George Eagles był specyficznym człowiekiem i gdyby mógł zobaczyć z zaświatów zamartwiającego się Williama Drake’a, z pewnością pękłby ze śmiechu. Łączyły ich bowiem dość szczególne stosunki, dziwna przyjaźń, oparta nie na wzajemnym szacunku, akceptacji i przyjemności płynącej z przebywania w swoim towarzystwie, lecz raczej na iście chłopięcej rywalizacji, wiecznych docinkach i dogryzaniu sobie nawzajem. Will pomyślał, że najbardziej będzie mu brakować właśnie ich przekomarzań i gdy dotarł do willi, wypalił w hołdzie dla przyjaciela symbolicznego papierosa, od którego natychmiast się rozkaszlał. Drake nie był palaczem, w przeciwieństwie do George’a, który w końcu się doigrał –przyczyną zgonu był bowiem rak krtani. Ale Eagles był typem, który nigdy niczego nie żałował i gdyby dostał drugą szansę na życie, kopciłby pewnie dalej z takim samym entuzjazmem.
Przez cały ranek William zadomawiał się w willi nieboszczyka. Była to piękna posiadłość z naprawdę imponującym ogrodem. Ale profesora bardziej interesowała biblioteka. Nie był w niej pierwszy raz, prawdę mówiąc niemal co roku spędzał we Florencji urlop, za każdym razem wpraszając się do willi przyjaciela. Ale nigdy nie przestawało zadziwiać go bogactwo i różnorodność księgozbioru George’a. Eagles był prawdziwym kolekcjonerem książek.
Biblioteka ta mieściła się w dużym, prostokątnym pomieszczeniu z wysokim sufitem i antresolą, na szczyt której prowadziły kręcone schody. Każda ściana –z nielicznymi przerwami na drzwi i okna –pokryta była regałami. By dosięgnąć niektórych półek, potrzebna była prawdziwa bibliotekarska drabina i Eagles oczywiście się w takową zaopatrzył. Z pomieszczenia można było przejść prosto na obszerny taras, a stamtąd właśnie do ogrodu na tyłach budynku.
William szybko stracił poczucie czasu. Od myszkowania wśród książek oderwał go przeraźliwie głośny dźwięk dzwonka. To musiała być ta „niezwykle zdolna” studentka.
Nie spieszył się zanadto z otworzeniem drzwi.
*
Elizabeth wyłamała palce i przestąpiła z nogi na
nogę. Profesor, z którym miała pracować, nie spieszył się szczególnie z
wpuszczeniem jej do środka.
Ładnie się zaczyna.
Kilka sekund potem jasnowłosa zaczęła gorzko żałować, że zgodziła się na prośbę rektora.
Drzwi otworzył jej William Drake.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie, jednakowo zaskoczeni.
-Panna Vane?
-Profesor Drake.
-Cóż, proszę wejść.
Elizabeth poczuła ucisk w żołądku. Nie mogła uwierzyć w swojego pecha. Momentalnie zaschło jej w gardle, poczuła, że się rumieni.
Drzwi zostały zamknięte z głuchym trzaskiem.
-Najlepiej będzie, jak od razu zabierzemy się do pracy.
-Jak pan sobie życzy.
Zaprowadził ją do biblioteki.
Liz westchnęła z zachwytu, na sekundę zapomniała o zdenerwowaniu, zaświeciły jej się oczy. Will obserwował ją dyskretnie kątem oka. Prawie nic się nie zmieniła. Wyglądała jednak na trochę bardziej zmęczoną, trochę smutniejszą, odrobinę poważniejszą niż to zapamiętał.
Opanuj się –rzekł sobie. To nie ma najmniejszego znaczenia.
Rozłożyli laptopy po dwóch stronach długiego, dębowego stołu. Każde zasłoniło się stosem książek i zabrało do katalogowania; potem wszystkie tomy układali w już przygotowanych do tego kartonowych pudłach, których wysłaniem do Anglii zająć się miał uniwersytet.
Pracowali w ciszy, prawie się do siebie nie odzywając, póki nie zapadł zmrok i jeszcze dłużej. Elizabeth spojrzała na zegarek. Kilka minut temu wybiła dziewiąta.
Dziewczyna wstała, ściągając na siebie spojrzenie profesora.
-Późno już –Wzruszyła ramionami. –Będę się zbierać.
Wyłączyła laptopa i schowała go do futerału.
-Odprowadzę panią do drzwi.
-Zapewniam, że się nie zgubię.
Nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej protesty.
-Ma pani jak wrócić stąd do miasta?
-Zamówię taksówkę.
Z tymi słowami wyjęła z kieszeni jeansów telefon i jak powiedziała, tak zrobiła.
-Zna pani włoski?
-Jeśli się zna łacinę i nie jest kompletnym idiotą, praktycznie zna się też włoski –odparła chłodno, wbijając szpilę w jego dumę.
Chrzanić niemiecki. Od dzisiaj uczę się włoskiego.
W milczeniu czekali na taksówkę.
-Do widzenia, profesorze.
-Do zobaczenia, panno Vane.
-Jutro o tej samej porze?
-Będę na panią czekał.
-Dobranoc.
Wzrokiem odprowadził jej sylwetkę do samochodu, ciesząc się w duchu widokiem falowania zgrabnych bioder, po czym wrócił do wnętrza domu.
Właściwie, był całkiem zadowolony z faktu, że to właśnie Elizabeth Vane okazała się być studentką przydzieloną mu do pomocy: znała go i on znał ją, nie bała się go aż tak bardzo, była cicha, pracowita i dokładna, mógł więc ufać, że nie popełni żadnego głupiego błędu. No i miała do niego ogromny szacunek, czy chciałaby to przyznać, czy nie.
Mogłem się domyślić. Przecież dziewczyna pisze o Dantem.
William wrócił do biblioteki. Postanowił skończyć katalogowanie stosiku, który piętrzył się przed nim na stole.
Ale Drake nie miał umiaru.
Pracował, póki oczy same mu się nie zamknęły. Usnął z głową na blacie między szemrzącym cicho laptopem a pięknym, ilustrowanym wydaniem Iliady w łacińskim przekładzie.
Ładnie się zaczyna.
Kilka sekund potem jasnowłosa zaczęła gorzko żałować, że zgodziła się na prośbę rektora.
Drzwi otworzył jej William Drake.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie, jednakowo zaskoczeni.
-Panna Vane?
-Profesor Drake.
-Cóż, proszę wejść.
Elizabeth poczuła ucisk w żołądku. Nie mogła uwierzyć w swojego pecha. Momentalnie zaschło jej w gardle, poczuła, że się rumieni.
Drzwi zostały zamknięte z głuchym trzaskiem.
-Najlepiej będzie, jak od razu zabierzemy się do pracy.
-Jak pan sobie życzy.
Zaprowadził ją do biblioteki.
Liz westchnęła z zachwytu, na sekundę zapomniała o zdenerwowaniu, zaświeciły jej się oczy. Will obserwował ją dyskretnie kątem oka. Prawie nic się nie zmieniła. Wyglądała jednak na trochę bardziej zmęczoną, trochę smutniejszą, odrobinę poważniejszą niż to zapamiętał.
Opanuj się –rzekł sobie. To nie ma najmniejszego znaczenia.
Rozłożyli laptopy po dwóch stronach długiego, dębowego stołu. Każde zasłoniło się stosem książek i zabrało do katalogowania; potem wszystkie tomy układali w już przygotowanych do tego kartonowych pudłach, których wysłaniem do Anglii zająć się miał uniwersytet.
Pracowali w ciszy, prawie się do siebie nie odzywając, póki nie zapadł zmrok i jeszcze dłużej. Elizabeth spojrzała na zegarek. Kilka minut temu wybiła dziewiąta.
Dziewczyna wstała, ściągając na siebie spojrzenie profesora.
-Późno już –Wzruszyła ramionami. –Będę się zbierać.
Wyłączyła laptopa i schowała go do futerału.
-Odprowadzę panią do drzwi.
-Zapewniam, że się nie zgubię.
Nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej protesty.
-Ma pani jak wrócić stąd do miasta?
-Zamówię taksówkę.
Z tymi słowami wyjęła z kieszeni jeansów telefon i jak powiedziała, tak zrobiła.
-Zna pani włoski?
-Jeśli się zna łacinę i nie jest kompletnym idiotą, praktycznie zna się też włoski –odparła chłodno, wbijając szpilę w jego dumę.
Chrzanić niemiecki. Od dzisiaj uczę się włoskiego.
W milczeniu czekali na taksówkę.
-Do widzenia, profesorze.
-Do zobaczenia, panno Vane.
-Jutro o tej samej porze?
-Będę na panią czekał.
-Dobranoc.
Wzrokiem odprowadził jej sylwetkę do samochodu, ciesząc się w duchu widokiem falowania zgrabnych bioder, po czym wrócił do wnętrza domu.
Właściwie, był całkiem zadowolony z faktu, że to właśnie Elizabeth Vane okazała się być studentką przydzieloną mu do pomocy: znała go i on znał ją, nie bała się go aż tak bardzo, była cicha, pracowita i dokładna, mógł więc ufać, że nie popełni żadnego głupiego błędu. No i miała do niego ogromny szacunek, czy chciałaby to przyznać, czy nie.
Mogłem się domyślić. Przecież dziewczyna pisze o Dantem.
William wrócił do biblioteki. Postanowił skończyć katalogowanie stosiku, który piętrzył się przed nim na stole.
Ale Drake nie miał umiaru.
Pracował, póki oczy same mu się nie zamknęły. Usnął z głową na blacie między szemrzącym cicho laptopem a pięknym, ilustrowanym wydaniem Iliady w łacińskim przekładzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz