piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 12

Następnego dnia drzwi otworzył Elizabeth zupełnie inny profesor Drake.
Wyglądał okropnie. Fioletowe sińce pod oczami wskazywały na to, że nie spał za dobrze tej nocy. Mocno zaczerwieniony nos był niewątpliwą oznaką kataru. Mężczyzna drżał na całym ciele. Jego oczy były załzawione, na przywitanie kichnął potężnie, zachwiał się, tak, że musiała go podtrzymać i kichnął po raz drugi.
Zacmokała z dezaprobatą i przyłożyła mu rękę do czoła. Był zbyt słaby, by zaprotestować. Miał wysoką gorączkę.
-Musi się pan położyć.
-Wcale nie –smarknął.
-Pan jest chory.
-Czuję się świetnie –zaprotestował z gniewnym grymasem na twarzy.
-Bez dyskusji!
Wymruczał coś pod nosem, nie wychwyciła słów, ale podejrzewała, że było to kilka przekleństw. Podążyła za powłóczącym nogami mężczyzną do sypialni i dopilnowała, by się położył.
-Ma pan na miejscu jakieś leki?
Pokręcił przecząco głową.
Westchnęła, podejmując decyzję.
-Proszę się zdrzemnąć; pojadę do apteki i wrócę jak najszybciej.
-To nie jest konieczne… -wymamrotał czarnowłosy.
-Obawiam się, że pan majaczy.
Nie zaprotestował. Ciężkie powieki same się zamknęły.
Zostawiła go dosłownie na pół godziny, ale i tak zdążył wygrzebać się z łóżka. Znalazła go w bibliotece, usiłującego pracować. Wpatrywał się w ekran laptopa ze zmrużonymi oczami; wokół walały się zużyte chusteczki higieniczne.
-Pan jest niepoważny –rzekła  głośno, sprawiając, że podskoczył na krześle.
-Niech sobie pani nie pozwala.
Prychnęła i podeszła do niego szybkim krokiem.
-Zrobił pan błąd, o tutaj –wskazała ortograficznego byka. –Naprawdę sądzi pan, że może pan pracować z taką gorączką? –próbowała przekonać go racjonalnymi argumentami.
-Nie mam żadnej gorączki. Coś sobie pani uroi… -ziewnął potężnie.
-Profesorze!
-Proszę przestać matkować. Niech pani dręczy kogoś innego swoimi niewykorzystanymi pokładami nadmiernej troskliwości. Nic mi nie jest –kichnął i sięgnął po chusteczkę.
Elizabeth przewróciła oczami.
-Pańskie złośliwe wywody nie robią już na mnie wrażenia. Proszę wrócić do łóżka.
-Za nic w świecie.
Zadrżał.
-Jeśli pozwoli mi pan sobie pomóc, obiecuję, że dam panu spokój.
-Słucham?
-Dokończy pan katalogowanie sam, tak jak zapewne by pan chciał.
William popatrzył na jasnowłosą nieprzytomnie. Miał jednak dość rozumu, by spytać:
-A rektor?
-Obiecuję nagiąć dla pana prawdę. Jeśli natychmiast pójdzie pan do łóżka i przestanie sobie wmawiać, że wszystko w porządku.
Chwilę rozmyślał nad jej propozycją.
-Zgoda.
Uścisnęli sobie dłonie.
Liz zmusiła Drake’a, by zmierzył sobie temperaturę, dała mu lek na zbicie gorączki i tabletkę przeciwbólową, ponieważ skarżył się dodatkowo na ostrą migrenę. Był nieznośnym pacjentem.
-Gdyby pan czegoś potrzebował, będę na dole.
-Myślałem, że wywiąże się pani z umowy –rzekł, niezdolny do ukrycia zawodu w głosie.
-Owszem, zamierzam –odparła zimno. –Gdy tylko pan wyzdrowieje.
-Nieznośna dziewczyna –wymamrotał, ale zdołała zrozumieć.
-Musi się pan bardziej postarać, jeśli chce mnie pan naprawdę urazić –z tymi słowami wyszła z sypialni.
Elizabeth wróciła do biblioteki i wzięła się do pracy. Skoro o tak musiała pilnować, żeby ten stary nietoperz znowu tam nie przyszedł, równie dobrze mogła zrobić coś pożytecznego.
Na szczęście, William nie był w stanie ponownie przywlec się do biblioteki. Usnął niemal natychmiast, ale nie był to sen głęboki. Mężczyzna budził się zbyt często, by mógł porządnie wypocząć, nierzadko powodem tych niechcianych pobudek były powodowane gorączką koszmary.
Podobnie jak poprzedniego dnia, Elizabeth skończyła katalogowanie około dziewiątej wieczorem. Przed wyjściem udała się na piętro, by sprawdzić, jak czuje się profesor Drake. Chciała się też pożegnać. Nie wątpiła, że rano mężczyzna będzie czuł się na tyle dobrze, by zmusić ją do wywiązania się z umowy, przed czym oczywiście nie zamierzała się wzbraniać.
Już na korytarzu dziewczyna usłyszała, że czarnowłosy jęczy z bólu. Kiedy weszła do sypialni, zastała Williama w pozycji siedzącej, ale wciąż będącego na jawie. Z pewnością śniło mu się coś okropnego –zaciskał długie palce na pościeli tak mocno, że zbielały mu knykcie, twarz wykrzywił brzydki grymas, kolejny jęk wydobył się zza warg.
Elizabeth usiadła na brzegu łóżka i potrząsnęła ramieniem nauczyciela.
-Profesorze Drake!
Nie poskutkowało.
-Przepraszam –zajęczał. –Tak mi przykro, nie chciałem, przysięgam…
-Panie profesorze…
-Wybacz mi, błagam…
Cholera.
Położyła dłoń na gorącym policzku czarnowłosego.
-Williamie!
Poskutkowało. Wzdrygnął się i otworzył oczy. Kiedy ujrzał Elizabeth, zmarszczył brwi. Opuściła rękę. Zerknął na swoje dłonie, kurczowo zaciśnięte. Rozluźnił uchwyt.
-Dziękuję –powiedział cicho.
-Drobiazg. Jak się pan czuje?
-Lepiej.
-Przyszłam się pożegnać.
-Zatem do jutra.
Uśmiechnęła się kącikiem ust.
-Obawiam się, że nie, profesorze. Obietnica, pamięta pan?
Drake zmieszał się lekko.
-Cóż, przypuszczam, że byłoby z mojej strony wysoce nie dydaktyczne, gdybym kazał pani kłamać rektorowi –powiedział z ironią w głosie.
-Chce pan, żebym została? –upewniła się sceptycznym tonem, unosząc wysoko jedną brew.
-Powiedzmy –odchrząknął i uciekł wzrokiem w bok.
Elizabeth kiwnęła głową, zamyślona.
-Zatem do widzenia –rzekła i wyszła z sypialni.
William nie mógł ponownie wpaść w ramiona Morfeusza jeszcze długo po jej odejściu. Dogłębnie analizował cały przebieg rozmowy i wściekał się bezsilnie, nie mogąc zrozumieć, po co do cholery zaprosił ją do współpracy, skoro sama zaproponowała, że da mu spokój.
Czyżbym czerpał jakąś przyjemność z jej obecności? –pytał sam siebie. Toleruję ją, to pewne, a to i tak jest już swego rodzaju sukces, ale czy coś więcej?
Przypominał sobie delikatny dotyk kobiecej dłoni na swoim policzku i zgrzytał zębami, ponieważ choć zwykle nie lubił kontaktu fizycznego którego sam nie inicjował, tym razem wcale mu on nie przeszkadzał.
To jeszcze o niczym nie świadczy –powiedział sobie stanowczo.
Westchnął.
Jeszcze.
Ciekaw był, czy dziewczyna nadal coś do niego czuje. Ciężko było mu ją teraz rozszyfrować, nie potrafił stwierdzić, czy nadal jest w nim zakochana. Część jego osobowości –ta, której afekt Elizabeth wyraźnie pochlebiał –nie cieszyłaby się ze zmiany stanu rzeczy. Jednak ta druga, racjonalna strona krzyczała głośno, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby panna Vane po prostu sobie odpuściła.
*

Wracając do miasta, Elizabeth rozmyślała intensywnie nad zachowaniem Drake’a.
Drań.
Szybko doszła do wniosku, że mężczyzna znowu ją podpuszcza. Że z sobie tylko znanych powodów chce, by ponownie się przed nim wygłupiła. Dziewczyna prychnęła w myślach.
Niedoczekanie twoje.
Zaraz potem rumieniec wykwitł na jej policzkach. Bo przecież pod tym jednym względem nic się nie zmieniło. Facet nadal cholernie się jej podobał i nic nie mogła na to poradzić. Co nie zmieniało faktu, że był bydlakiem.
Och, już ja ci pokażę –pomyślała z zawiścią.
I rozpoczęła w głowie układanie placu, który zamierzała wcielić w życie już następnego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz