Mniej więcej miesiąc później Elizabeth otrzymała
listownie zaproszenie na uroczystość z okazji urodzin profesora Faulknera.
Miało to być kameralne przyjęcie w wąskim gronie i panna Vane oczywiście
postanowiła się na nie udać.
Po nieszczęsnym wyznaniu nad jeziorem, desperacko starała się zapomnieć o istnieniu profesora Drake’a. W ciągu dnia łatwo było jej o nim nie myśleć. Natomiast w nocy, gdy leżała w łóżku i czekała na sen, wybujała wyobraźnia podsuwała jej coraz to odważniejsze obrazy z udziałem Williama, na myśl o których Liz czuła rankiem palący wstyd.
Dzień przed imprezą zakupiła dla profesora Faulknera prezent –butelkę niezłej jakości koniaku. Uroczystość miała się odbyć w Cambridge. Katherine zaoferowała, by pojechały tam razem, a panna Vane oczywiście przyjęła jej ofertę. Nie miała swojego samochodu.
Dotarły na miejsce o czasie. Kilkanaście minut przed osiemnastą zastukały do drzwi mieszkania Faulknera. Nie otworzył im profesor we własnej osobie, ale szeroko uśmiechnięty Christopher Bloom.
-Pani Stone i panna Vane. Zapraszam.
Przepuścił je w drzwiach, puszczając oczko do Elizabeth. Odpowiedziała uśmiechem.
Przyjęcie rzeczywiście było kameralne –obecna była tylko najbliższa rodzina profesora i kilku przyjaciół w podobnym wieku.
Gdy weszli do saloniku, wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę.
-Pani Stone i panna Vane! –rzekł profesor Faulkner radosnym tonem. –Jak to dobrze, że panie dotarły.
Po serdecznym przywitaniu i wręczeniu prezentów na nowo rozgorzała przerwana pojawieniem się kobiet dyskusja. Liz przysłuchiwała się jej jednym uchem, ale jej myśli błądziły swobodnie, by w końcu dotrzeć do tematu, który stale ją ostatnio prześladował. Choć uśmiech nie zniknął z jej warg, oczy posmutniały momentalnie.
Jasnowłosa nie wiedziała, że jest bacznie obserwowana przez Chrisa. Zrobiła na nim duże wrażenie wtedy, podczas bankietu i z niecierpliwością czekał na ponowne spotkanie. Wyglądała naprawdę zachwycająco w bawełnianej, ciemnozielonej sukience przed kolano, z okrągłym dekoltem i podkreślającym szczupłą talię materiałowym paskiem. Dzięki cieniowi barwy kreacji jej oczy wydawały się być koloru płynnej rtęci.
Około dwie godziny po przybyciu Elizabeth i Katherine, ponownie rozległ się dźwięk dzwonka. Bloom poderwał się, by otworzyć kolejnym gościom.
Chwilę potem do salonu weszła ładna, na oko 35letnia kobieta o kruczoczarnych lokach i skórze koloru kości słoniowej. Krok za nią podążał profesor William Drake. Wielka bryła lodu zwaliła się do żołądka Elizabeth. Gdy wszyscy zajęci byli witaniem nowych gości, wymknęła się do łazienki.
Przez kilka minut wpatrywała się w swoje nagle pobladłe oblicze.
Tylko nie on. Tylko nie on, błagam…
Wzięła trzy głębokie wdechy, nałożyła na usta uśmiech i wróciła do salonu.
Po nieszczęsnym wyznaniu nad jeziorem, desperacko starała się zapomnieć o istnieniu profesora Drake’a. W ciągu dnia łatwo było jej o nim nie myśleć. Natomiast w nocy, gdy leżała w łóżku i czekała na sen, wybujała wyobraźnia podsuwała jej coraz to odważniejsze obrazy z udziałem Williama, na myśl o których Liz czuła rankiem palący wstyd.
Dzień przed imprezą zakupiła dla profesora Faulknera prezent –butelkę niezłej jakości koniaku. Uroczystość miała się odbyć w Cambridge. Katherine zaoferowała, by pojechały tam razem, a panna Vane oczywiście przyjęła jej ofertę. Nie miała swojego samochodu.
Dotarły na miejsce o czasie. Kilkanaście minut przed osiemnastą zastukały do drzwi mieszkania Faulknera. Nie otworzył im profesor we własnej osobie, ale szeroko uśmiechnięty Christopher Bloom.
-Pani Stone i panna Vane. Zapraszam.
Przepuścił je w drzwiach, puszczając oczko do Elizabeth. Odpowiedziała uśmiechem.
Przyjęcie rzeczywiście było kameralne –obecna była tylko najbliższa rodzina profesora i kilku przyjaciół w podobnym wieku.
Gdy weszli do saloniku, wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę.
-Pani Stone i panna Vane! –rzekł profesor Faulkner radosnym tonem. –Jak to dobrze, że panie dotarły.
Po serdecznym przywitaniu i wręczeniu prezentów na nowo rozgorzała przerwana pojawieniem się kobiet dyskusja. Liz przysłuchiwała się jej jednym uchem, ale jej myśli błądziły swobodnie, by w końcu dotrzeć do tematu, który stale ją ostatnio prześladował. Choć uśmiech nie zniknął z jej warg, oczy posmutniały momentalnie.
Jasnowłosa nie wiedziała, że jest bacznie obserwowana przez Chrisa. Zrobiła na nim duże wrażenie wtedy, podczas bankietu i z niecierpliwością czekał na ponowne spotkanie. Wyglądała naprawdę zachwycająco w bawełnianej, ciemnozielonej sukience przed kolano, z okrągłym dekoltem i podkreślającym szczupłą talię materiałowym paskiem. Dzięki cieniowi barwy kreacji jej oczy wydawały się być koloru płynnej rtęci.
Około dwie godziny po przybyciu Elizabeth i Katherine, ponownie rozległ się dźwięk dzwonka. Bloom poderwał się, by otworzyć kolejnym gościom.
Chwilę potem do salonu weszła ładna, na oko 35letnia kobieta o kruczoczarnych lokach i skórze koloru kości słoniowej. Krok za nią podążał profesor William Drake. Wielka bryła lodu zwaliła się do żołądka Elizabeth. Gdy wszyscy zajęci byli witaniem nowych gości, wymknęła się do łazienki.
Przez kilka minut wpatrywała się w swoje nagle pobladłe oblicze.
Tylko nie on. Tylko nie on, błagam…
Wzięła trzy głębokie wdechy, nałożyła na usta uśmiech i wróciła do salonu.
*
Do salonu weszła panna Elizabeth Vane. Will
zmarszczył brwi. Nie zauważył jej, gdy wraz z Beatrice dotarli na przyjęcie
Faulknera.
Co prawda obaj mężczyźni nie znali się, ale jego czarnowłosa towarzyszka była bliską przyjaciółką jubilata. Jako że od paru dni Drake przebywał w Cambridge, gdzie ją odwiedzał, zaproponowała, by razem udali się na tę imprezę i zapewniła, że nikt nie będzie miał nic naprzeciwko jego obecności. Zgodził się, choć trochę niechętnie. Nie miał daru swobodnej konwersacji z osobami, których nigdy wcześniej nie spotkał.
A teraz śledził, jak jasnowłosa dziewczyna ponownie zajmuje swoje miejsce i szepcze coś do ucha Katherine Stone. Starsza z kobiet zmarszczyła brwi, ale kiwnęła głową. Obie wstały.
Elizabeth podeszła do profesora.
-Doskonale się bawiłam, profesorze –skłamała gładko. –Mam nadzieję, że wkrótce znów się zobaczymy.
-Już nas panna opuszcza?
William z zainteresowaniem przypatrywał się całej scenie. Zastanawiał się, czy to przez niego panna Vane ucieka z imprezy. Doszedł do wniosku, że zbytnio sobie pochlebia.
Bardzo chciał wymazać z pamięci tamto niefortunne wyznanie nad jeziorem. Dziwnym trafem nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy jasnowłosej, gdy rzekła: „I tak panu nie wierzę”. Często przeżywał tę scenę ponownie w porannych snach.
-Tak, profesorze. Muszę być jutro rano w bibliotece.
Staruszek zasępił się.
-Mus to mus –odparł, lekko rozczarowany.
Elizabeth uśmiechnęła się do niego przepraszająco.
-Droga Kathy, ty też już nas opuszczasz?
-Ależ nie. Odwiozę tylko Liz na dworzec. Zostaję w Cambridge do jutra.
-Ach, w tym wypadku, proszę siadać. Chris zajmie się panną Vane. Prawda, młodzieńcze?
Bloom uśmiechnął się do jasnowłosej.
-Oczywiście.
William poczuł niechciane uczucie zazdrości. Mógłby oczywiście zaoferować swoje usługi, ale po co? Elizabeth znów by sobie za dużo pomyślała, poza tym byłoby to podejrzane. Nie chciał być przecież sam na sam z beznadziejnie w nim zakochaną niedojrzałą pannicą.
Usadowił się wygodniej w fotelu i skupił na dyskusji.
Co prawda obaj mężczyźni nie znali się, ale jego czarnowłosa towarzyszka była bliską przyjaciółką jubilata. Jako że od paru dni Drake przebywał w Cambridge, gdzie ją odwiedzał, zaproponowała, by razem udali się na tę imprezę i zapewniła, że nikt nie będzie miał nic naprzeciwko jego obecności. Zgodził się, choć trochę niechętnie. Nie miał daru swobodnej konwersacji z osobami, których nigdy wcześniej nie spotkał.
A teraz śledził, jak jasnowłosa dziewczyna ponownie zajmuje swoje miejsce i szepcze coś do ucha Katherine Stone. Starsza z kobiet zmarszczyła brwi, ale kiwnęła głową. Obie wstały.
Elizabeth podeszła do profesora.
-Doskonale się bawiłam, profesorze –skłamała gładko. –Mam nadzieję, że wkrótce znów się zobaczymy.
-Już nas panna opuszcza?
William z zainteresowaniem przypatrywał się całej scenie. Zastanawiał się, czy to przez niego panna Vane ucieka z imprezy. Doszedł do wniosku, że zbytnio sobie pochlebia.
Bardzo chciał wymazać z pamięci tamto niefortunne wyznanie nad jeziorem. Dziwnym trafem nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy jasnowłosej, gdy rzekła: „I tak panu nie wierzę”. Często przeżywał tę scenę ponownie w porannych snach.
-Tak, profesorze. Muszę być jutro rano w bibliotece.
Staruszek zasępił się.
-Mus to mus –odparł, lekko rozczarowany.
Elizabeth uśmiechnęła się do niego przepraszająco.
-Droga Kathy, ty też już nas opuszczasz?
-Ależ nie. Odwiozę tylko Liz na dworzec. Zostaję w Cambridge do jutra.
-Ach, w tym wypadku, proszę siadać. Chris zajmie się panną Vane. Prawda, młodzieńcze?
Bloom uśmiechnął się do jasnowłosej.
-Oczywiście.
William poczuł niechciane uczucie zazdrości. Mógłby oczywiście zaoferować swoje usługi, ale po co? Elizabeth znów by sobie za dużo pomyślała, poza tym byłoby to podejrzane. Nie chciał być przecież sam na sam z beznadziejnie w nim zakochaną niedojrzałą pannicą.
Usadowił się wygodniej w fotelu i skupił na dyskusji.
*
Christopher otworzył przed nią drzwi samochodu,
którego właścicielem musiał być profesor Faulkner, był to bowiem stary model
chevroleta, do którego osoba Blooma kompletnie nie pasowała.
-Wiesz, mógłbym odwieść cię prosto do Oksfordu –zaproponował na wpół żartobliwie chłopak.
-Nie trzeba. Poradzę sobie.
-Nie wątpię. Po prostu szkoda, że nie udało nam się zamienić nawet dwóch słów, tak szybko uciekasz.
-Uciekam? –spytała Elizabeth nerwowo. Jeśli jej motywy były aż tak widoczne…
Chris zaśmiał się.
-Wypadłaś z mieszkania jak z procy. Jakiś szczególny powód?
Liz zerknęła wymownie na zegarek.
-Naprawdę muszę jutro wcześnie wstać.
-Nie kwestionuję tego.
Dojechali na dworzec i wysiedli z auta.
-A co kwestionujesz? –spytała dziewczyna, marszcząc brwi.
-Twoje motywy –rzekł, uśmiechając się szelmowsko.
-Nie pozwalaj sobie –odparła chłodno. –Nie znasz mnie na tyle dobrze, by…
Zamknął jej usta pocałunkiem.
Nim zdążyła cokolwiek zrobić, była w jego ramionach. Całował nieziemsko i pewnie wybaczyłaby mu tą bezczelność, gdyby nie profesor Drake.
Jak to możliwe, że wolałabym, aby na miejscu Blooma był teraz ten stary nietoperz?
Nie oddała pocałunku.
Odsunęła się od chłopaka, spojrzała beznamiętnym wzrokiem w ciemne oczy, bez słowa odwróciła się i odeszła w kierunku dworca.
-Elizabeth! –krzyknął za nią i dogonił w mgnieniu oka. Stając przed dziewczyną, zmusił ją, by się zatrzymała.
-Słucham.
-O co ci chodzi? Myślałem, że…
-Cóż, źle myślałeś. A teraz żegnam.
Chciała go ominąć, ale jej na to nie pozwolił.
-Przepraszam. Nie chciałem cię urazić.
Nie odpowiedziała.
Christopher zmarszczył brwi.
-Nie rozumiem cię, kobieto –warknął i odszedłby, gdyby nie odparła wściekle:
-Oczywiście, że nie! Wszyscy mężczyźni są tak cholernie aroganccy! –Dźgnęła go palcem w pierś. –Uważacie się za ekspertów od kobiecych uczuć, ale w rzeczywistości nie widzicie tego, co macie tuż przed oczami!
-A co konkretnie przegapiłem? –sarknął.
-To, że jestem zakochana w innym! –krzyknęła, jej oczy zwilgotniały natychmiast.
Zaskoczenie wkradło się na twarz Christophera.
-W kim?
-Nie sądzisz chyba, że ci powiem –odwarknęła.
-A jeśli już wiem?
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.
-W takim razie wiesz też, że to beznadziejna sprawa. I że dopóki się z niego nie wyleczę, nie będzie między nami niczego.
Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem, zostawiając Blooma stojącego na pustym parkingu w bezbrzeżnym zdumieniu.
-Wiesz, mógłbym odwieść cię prosto do Oksfordu –zaproponował na wpół żartobliwie chłopak.
-Nie trzeba. Poradzę sobie.
-Nie wątpię. Po prostu szkoda, że nie udało nam się zamienić nawet dwóch słów, tak szybko uciekasz.
-Uciekam? –spytała Elizabeth nerwowo. Jeśli jej motywy były aż tak widoczne…
Chris zaśmiał się.
-Wypadłaś z mieszkania jak z procy. Jakiś szczególny powód?
Liz zerknęła wymownie na zegarek.
-Naprawdę muszę jutro wcześnie wstać.
-Nie kwestionuję tego.
Dojechali na dworzec i wysiedli z auta.
-A co kwestionujesz? –spytała dziewczyna, marszcząc brwi.
-Twoje motywy –rzekł, uśmiechając się szelmowsko.
-Nie pozwalaj sobie –odparła chłodno. –Nie znasz mnie na tyle dobrze, by…
Zamknął jej usta pocałunkiem.
Nim zdążyła cokolwiek zrobić, była w jego ramionach. Całował nieziemsko i pewnie wybaczyłaby mu tą bezczelność, gdyby nie profesor Drake.
Jak to możliwe, że wolałabym, aby na miejscu Blooma był teraz ten stary nietoperz?
Nie oddała pocałunku.
Odsunęła się od chłopaka, spojrzała beznamiętnym wzrokiem w ciemne oczy, bez słowa odwróciła się i odeszła w kierunku dworca.
-Elizabeth! –krzyknął za nią i dogonił w mgnieniu oka. Stając przed dziewczyną, zmusił ją, by się zatrzymała.
-Słucham.
-O co ci chodzi? Myślałem, że…
-Cóż, źle myślałeś. A teraz żegnam.
Chciała go ominąć, ale jej na to nie pozwolił.
-Przepraszam. Nie chciałem cię urazić.
Nie odpowiedziała.
Christopher zmarszczył brwi.
-Nie rozumiem cię, kobieto –warknął i odszedłby, gdyby nie odparła wściekle:
-Oczywiście, że nie! Wszyscy mężczyźni są tak cholernie aroganccy! –Dźgnęła go palcem w pierś. –Uważacie się za ekspertów od kobiecych uczuć, ale w rzeczywistości nie widzicie tego, co macie tuż przed oczami!
-A co konkretnie przegapiłem? –sarknął.
-To, że jestem zakochana w innym! –krzyknęła, jej oczy zwilgotniały natychmiast.
Zaskoczenie wkradło się na twarz Christophera.
-W kim?
-Nie sądzisz chyba, że ci powiem –odwarknęła.
-A jeśli już wiem?
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.
-W takim razie wiesz też, że to beznadziejna sprawa. I że dopóki się z niego nie wyleczę, nie będzie między nami niczego.
Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem, zostawiając Blooma stojącego na pustym parkingu w bezbrzeżnym zdumieniu.
*
-Więc, o co chodzi z tą małą? –zapytała Beatrice,
siadając obok niego na kanapie.
Przed chwilą wrócili z przyjęcia i jedyne, na co Will miał jeszcze teraz ochotę to szklaneczka szkockiej i pójście do łóżka. Z pewnością nie uśmiechała mu się indagacja ze strony przyjaciółki.
-Jaką małą? –spytał wolno.
-Tą białowłosą studenteczką, która uciekła z imprezy chwilę potem, jak ty się tam pojawiłeś. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że nie mogłeś oderwać od niej wzroku.
-Doprawdy? –mruknął Drake, przeklinając w duchu spostrzegawczość czarnowłosej.
-Nie próbuj mnie zwodzić, kochany –zaświergotała zadowolona z siebie kobieta.
-Jakby kiedykolwiek mi się to udało –sarknął.
-Nie wykręcisz się.
-Nazywa się Elizabeth Vane i przez rok była moją uczennicą.
-Dlatego wypadła z mieszkania Paula jak z procy? –spytała Beatrice sceptycznym tonem.
-Właśnie.
-Mój drogi, nie sądzisz chyba, że w to uwierzę.
-Właściwie, to miałem nadzieję, że tak –odparł z rozbrajającą szczerością.
-Za długo i za dobrze cię znam.
Mężczyzna milczał.
-Williamie!
Rzucił jej spojrzenie spode łba.
-Banalna historia. Studentka zakochana w profesorze.
Beatrice uśmiechnęła się złośliwie.
-To chyba nie jest zwykła studentka. Spotkałam się z opinią, że identycznie jak pewien znany mi nietoperz zna ona łacinę na tyle dobrze, by prowadzić w niej konwersację na poziomie.
Drake prychnął.
-Nie wierzę.
-To opinia Faulknera.
-Jeśli się nie mylę –rzekł jedwabistym tonem William –największy autorytet w tej dziedzinie siedzi obok ciebie. A nie zauważyłem czegoś takiego gdy ją uczyłem.
-Dziewczyna mogła rozwinąć skrzydła pod nieobecność aury twojego terroru.
Czarnowłosy westchnął.
-Co się stało na zlocie? –spytała Beatrice.
-Skąd przypuszczenie, że coś się stało?
-Obydwoje tam byliście, a teraz ona nie może na ciebie patrzeć. Nie może też patrzeć na żadnego innego faceta.
William drgnął.
-Co masz na myśli?
Kobieta zaśmiała się.
-Czy wszyscy mężczyźni są tacy ślepi?
-Do rzeczy, moja droga.
-Wnuk Paula, jak mu tam…
-Christopher Bloom.
Beatrice spojrzała na Drake’a podejrzliwie.
-Poznaliśmy się na zlocie –wyjaśnił.
-Ten cały Bloom –powiedziała –też nie mógł się na nią napatrzeć. Co takiego jest w tej dziewczynie?
-Masz na myśli to, że jest wyjątkowo irytująca?
-Nie. Mam na myśli to, że faceci nie mogą odkleić od niej oczu.
-Cóż, nie można nazwać jej brzydką.
-Williamie Drake’u to chyba największy komplement jaki kiedykolwiek powiedziałeś o jakiejkolwiek kobiecie!
Zaśmiał się.
-Nieprawda.
-No dobrze. Nie licząc tych, które powiedziałeś mnie.
-Wracając do twojego pytania…
-Właśnie.
-Nie mam pojęcia. Z plotkowania Edmunda i z tego co sama mi powiedziała…
Beatrice wykrzywiła się szelmowsko, ale mężczyzna zignorował ją.
-… mogę wywnioskować, że nie miała szczęśliwego życia miłosnego.
-A konkretniej?
-Nie wiem czy powinienem tak lekko zdradzać ci jej sekrety.
-Powinieneś. Chciałabym wiedzieć coś więcej o dziewczynie, która wyraźnie cię intryguje.
-Możesz przestać doszukiwać się wszędzie ukrytych znaczeń?
-Mów, mów.
Po chwili wahania czarnowłosy skapitulował.
-Na drugim roku chłopak, jeśli dobrze pamiętam na imię mu było Victor, zdradził ją z pewną Francuską, która przyjechała do Oksfordu na wymianę. Co prawda nie wiem, co działo się pomiędzy nim a niejakim Arthurem Gablem, ale ten ostatni postąpił podobnie. Zerwali jakieś półtora miesiąca temu.
-Fiu, fiu. Zorientowany jesteś.
Skrzywił się.
-Nie jestem z tego dumny.
-Oj, Will, Will…
-Słucham, moja droga, cały czas słucham.
-Dlaczego po prostu nie przyznasz, że Elizabeth ci się podoba?
Czarnowłosy żachnął się.
-Na jakiej podstawie tak sądzisz?
-Już ci mówiłam. Gapiłeś się.
-To ma być wystarczający dowód?
-W twoim przypadku –tak.
-A niech cię, kobieto!
-Ha! Czyli mam rację.
-Tego nie powiedziałem.
-Nie musiałeś.
-Daj spokój, Beatrice –powiedział cicho William. –Czy ona może się komuś nie podobać? Jest taka…
-No, jaka?
-Idealna –prychnął.
Kobieta zaśmiała się głośno.
-Doskonałości nie da się osiągnąć, mój drogi, dobrze o tym wiesz. Wychodzi na to, że panna Vane jest idealna, ale tylko w twoich oczach.
-Z pewnością nie.
-A teraz zaprzeczasz sam sobie.
Mężczyzna poderwał się z kanapy.
-Do diabła, Beatrice! Co chcesz, żebym ci powiedział?!
-Prawdę –odparła spokojnie kobieta. –I powstrzymaj się proszę, od takich dziecinnych wybuchów nieuzasadnionej złości. Nie robią one na mnie najmniejszego wrażenia.
Rzucił jej zirytowane spojrzenie, ale usiadł z powrotem.
-Prawda… sam nie wiem, jaka jest prawda. Ale gdybym był połowę młodszy…
Beatrice popatrzyła na niego ze smutkiem w oczach.
-Zawsze taki staroświecki, zawsze do bólu poprawny. Dlaczego nie chcesz dać jej szansy?
-Oszalałaś? Mógłbym być jej ojcem.
-Od zarania dziejów mężczyźni poślubiali dużo młodsze od siebie kobiety.
-Ale… to jest złe. Niewłaściwe.
-Owszem, gdy kobiety są do tego przymuszane. A ona tego chce, Will.
-Nie. To być nie może i nigdy się nie stanie.
Beatrice westchnęła przeciągle i wstała.
-Idę spać. Tobie zalecam to samo. I Williamie…
-Tak?
-Przemyśl to sobie. Tylko idiota świadomie odwraca się od szczęścia.
-Beatrice?
-Hm?
-Nie kocham jej.
-Oczywiście, że nie. Miłość potrzebuje czasu. Wbrew wszystkim szanującym się bajkopisarzom, nigdy nie jest ona od pierwszego wejrzenia.
Przed chwilą wrócili z przyjęcia i jedyne, na co Will miał jeszcze teraz ochotę to szklaneczka szkockiej i pójście do łóżka. Z pewnością nie uśmiechała mu się indagacja ze strony przyjaciółki.
-Jaką małą? –spytał wolno.
-Tą białowłosą studenteczką, która uciekła z imprezy chwilę potem, jak ty się tam pojawiłeś. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że nie mogłeś oderwać od niej wzroku.
-Doprawdy? –mruknął Drake, przeklinając w duchu spostrzegawczość czarnowłosej.
-Nie próbuj mnie zwodzić, kochany –zaświergotała zadowolona z siebie kobieta.
-Jakby kiedykolwiek mi się to udało –sarknął.
-Nie wykręcisz się.
-Nazywa się Elizabeth Vane i przez rok była moją uczennicą.
-Dlatego wypadła z mieszkania Paula jak z procy? –spytała Beatrice sceptycznym tonem.
-Właśnie.
-Mój drogi, nie sądzisz chyba, że w to uwierzę.
-Właściwie, to miałem nadzieję, że tak –odparł z rozbrajającą szczerością.
-Za długo i za dobrze cię znam.
Mężczyzna milczał.
-Williamie!
Rzucił jej spojrzenie spode łba.
-Banalna historia. Studentka zakochana w profesorze.
Beatrice uśmiechnęła się złośliwie.
-To chyba nie jest zwykła studentka. Spotkałam się z opinią, że identycznie jak pewien znany mi nietoperz zna ona łacinę na tyle dobrze, by prowadzić w niej konwersację na poziomie.
Drake prychnął.
-Nie wierzę.
-To opinia Faulknera.
-Jeśli się nie mylę –rzekł jedwabistym tonem William –największy autorytet w tej dziedzinie siedzi obok ciebie. A nie zauważyłem czegoś takiego gdy ją uczyłem.
-Dziewczyna mogła rozwinąć skrzydła pod nieobecność aury twojego terroru.
Czarnowłosy westchnął.
-Co się stało na zlocie? –spytała Beatrice.
-Skąd przypuszczenie, że coś się stało?
-Obydwoje tam byliście, a teraz ona nie może na ciebie patrzeć. Nie może też patrzeć na żadnego innego faceta.
William drgnął.
-Co masz na myśli?
Kobieta zaśmiała się.
-Czy wszyscy mężczyźni są tacy ślepi?
-Do rzeczy, moja droga.
-Wnuk Paula, jak mu tam…
-Christopher Bloom.
Beatrice spojrzała na Drake’a podejrzliwie.
-Poznaliśmy się na zlocie –wyjaśnił.
-Ten cały Bloom –powiedziała –też nie mógł się na nią napatrzeć. Co takiego jest w tej dziewczynie?
-Masz na myśli to, że jest wyjątkowo irytująca?
-Nie. Mam na myśli to, że faceci nie mogą odkleić od niej oczu.
-Cóż, nie można nazwać jej brzydką.
-Williamie Drake’u to chyba największy komplement jaki kiedykolwiek powiedziałeś o jakiejkolwiek kobiecie!
Zaśmiał się.
-Nieprawda.
-No dobrze. Nie licząc tych, które powiedziałeś mnie.
-Wracając do twojego pytania…
-Właśnie.
-Nie mam pojęcia. Z plotkowania Edmunda i z tego co sama mi powiedziała…
Beatrice wykrzywiła się szelmowsko, ale mężczyzna zignorował ją.
-… mogę wywnioskować, że nie miała szczęśliwego życia miłosnego.
-A konkretniej?
-Nie wiem czy powinienem tak lekko zdradzać ci jej sekrety.
-Powinieneś. Chciałabym wiedzieć coś więcej o dziewczynie, która wyraźnie cię intryguje.
-Możesz przestać doszukiwać się wszędzie ukrytych znaczeń?
-Mów, mów.
Po chwili wahania czarnowłosy skapitulował.
-Na drugim roku chłopak, jeśli dobrze pamiętam na imię mu było Victor, zdradził ją z pewną Francuską, która przyjechała do Oksfordu na wymianę. Co prawda nie wiem, co działo się pomiędzy nim a niejakim Arthurem Gablem, ale ten ostatni postąpił podobnie. Zerwali jakieś półtora miesiąca temu.
-Fiu, fiu. Zorientowany jesteś.
Skrzywił się.
-Nie jestem z tego dumny.
-Oj, Will, Will…
-Słucham, moja droga, cały czas słucham.
-Dlaczego po prostu nie przyznasz, że Elizabeth ci się podoba?
Czarnowłosy żachnął się.
-Na jakiej podstawie tak sądzisz?
-Już ci mówiłam. Gapiłeś się.
-To ma być wystarczający dowód?
-W twoim przypadku –tak.
-A niech cię, kobieto!
-Ha! Czyli mam rację.
-Tego nie powiedziałem.
-Nie musiałeś.
-Daj spokój, Beatrice –powiedział cicho William. –Czy ona może się komuś nie podobać? Jest taka…
-No, jaka?
-Idealna –prychnął.
Kobieta zaśmiała się głośno.
-Doskonałości nie da się osiągnąć, mój drogi, dobrze o tym wiesz. Wychodzi na to, że panna Vane jest idealna, ale tylko w twoich oczach.
-Z pewnością nie.
-A teraz zaprzeczasz sam sobie.
Mężczyzna poderwał się z kanapy.
-Do diabła, Beatrice! Co chcesz, żebym ci powiedział?!
-Prawdę –odparła spokojnie kobieta. –I powstrzymaj się proszę, od takich dziecinnych wybuchów nieuzasadnionej złości. Nie robią one na mnie najmniejszego wrażenia.
Rzucił jej zirytowane spojrzenie, ale usiadł z powrotem.
-Prawda… sam nie wiem, jaka jest prawda. Ale gdybym był połowę młodszy…
Beatrice popatrzyła na niego ze smutkiem w oczach.
-Zawsze taki staroświecki, zawsze do bólu poprawny. Dlaczego nie chcesz dać jej szansy?
-Oszalałaś? Mógłbym być jej ojcem.
-Od zarania dziejów mężczyźni poślubiali dużo młodsze od siebie kobiety.
-Ale… to jest złe. Niewłaściwe.
-Owszem, gdy kobiety są do tego przymuszane. A ona tego chce, Will.
-Nie. To być nie może i nigdy się nie stanie.
Beatrice westchnęła przeciągle i wstała.
-Idę spać. Tobie zalecam to samo. I Williamie…
-Tak?
-Przemyśl to sobie. Tylko idiota świadomie odwraca się od szczęścia.
-Beatrice?
-Hm?
-Nie kocham jej.
-Oczywiście, że nie. Miłość potrzebuje czasu. Wbrew wszystkim szanującym się bajkopisarzom, nigdy nie jest ona od pierwszego wejrzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz