piątek, 10 października 2014

Rozdział 7

Następnego dnia Liz obudziła się kilka minut po dwunastej.
Od początku irytowało ją tamtego dnia dosłownie wszystko.
Zawartość szafy.
Kawa ze zbyt małą ilością mleka.
Niesforne włosy.
Brak weny.
Wspomnienia.
W końcu przyłapała się na zgrzytaniu zębami ze złości i uznała, że potrzebuje rozproszenia od tego wszystkiego.
Była mniej więcej siedemnasta, gdy panna Vane zdecydowała się, mimo ciemnych, burzowych chmur przesłaniających całe niemal niebo, wyjść na spacer. Zarzuciła na siebie białą bluzę z kapturem i wyszła z pokoi.
Na dworze wiał porywisty wiatr. Lizzy zadrżała, założyła kaptur i wcisnęła dłonie w kieszenie. Wrodzony upór nakazał jej trzymać się swoich planów, mimo że zanosiło się na prawdziwą burzę z piorunami.
Jasnowłosa zdążyła dotrzeć do rosnącej nad jeziorem wierzby, gdy rozpoczęła się ulewa. Elizabeth westchnęła i usadowiła się na jednym z wystających korzeni drzewa. Mokła. Pogoda idealnie odzwierciedlała jej stan ducha.
-Panno Vane!
Profesor Drake nadszedł od strony przeciwległego brzegu i tam tez musiała była złapać go burza. Jasnowłosa spojrzała na niego nieprzytomnie.
-Jeszcze chwila i oboje nabawimy się kataru, w najlepszym razie. Chodźmy.
Dziewczyna nie ruszyła się z miejsca. Zauważyła natomiast, że jej były nauczyciel wygląda zabójczo przystojnie w swoim czarnym płaszczu z postawionym wysoko kołnierzem.
-No, niechże się pani wreszcie ruszy!
Krzyk był tym, co ją otrzeźwiło.
-Och, tak, przepraszam, ja…
-Chodź!
Pobiegli.
Kaptur niemal natychmiast zsunął się z głowy Elizabeth, deszcz momentalnie zmoczył prawie białe włosy. Dziewczyna zaśmiała się głośno, ignorując zdziwione spojrzenie, jakie rzucił jej Drake. Pierwsza dobiegła do drzwi, oparła się o nie plecami, otworzyły się z głośnym zgrzytem.
William wpadł do środka parę sekund po niej. Też był przemoczony.
-Jest pani –wydyszał –całkowicie niepoważna.
Uśmiechnęła się do niego promiennie.
-Nie można ciągle być poważnym –odparła wesoło. Jej zły humor ulotnił się w przeciągu zaledwie paru sekund.
Usłyszeli stukot obcasów i odwrócili się w stronę schodów, skąd dobiegał. Ujrzeli schodzącą z piętra Clarę. Kobieta wyglądała naprawdę pięknie, nawet Liz musiała to przyznać. Widocznie gdzieś się wybierała, w przeciwnym razie nie miałaby powodu, by tak się stroić: miała na sobie czerwoną sukienkę z dość odważnym dekoltem, podkreślającą krzywiznę bioder i te same czarne szpilki, w których widzieli ją poprzedniego dnia. W zagłębieniu o podstawy szyi lśnił skromny onyksowy naszyjnik, na nadgarstku skompletowana bransoleta. W dłoni kobieta trzymała podłużną kopertówkę. Na ramiona zarzucony miała płaszcz.
Uśmiech jasnowłosej zbladł. Wiedziała, jak nieatrakcyjnie musi w porównaniu do blondynki wyglądać.
-Witaj Claro –powiedziała uprzejmie Elizabeth. –Wybierasz się gdzieś?
Panna Fleurot skinęła im głową na powitanie i odpowiedziała:
-W rzeczy samej. Victor, pamiętasz jeszcze Victora, prawda? Otóż, Victor, gdy tylko dowiedział się że jestem w Oksfordzie, zaprosił mnie na kolację. Wspominał coś o odnowieniu starej znajomości, nie do końca wiem, co miał na myśli…
Twarz szarookiej momentalnie zamieniła się w kamienną maskę.
-Baw się dobrze –rzekła tonem wypranym z emocji.
-Och, będę. Możesz być pewna.
Jasnowłosa ominęła Clarę i prawie wbiegła na piętro. Wlliam skłonił się wychodzącej kobiecie, całkowicie ignorując fakt, że na odchodnym puściła mu oczko i podążył za Elizabeth. Zżerała go ciekawość.
Dogonił ją w ostatniej chwili, gdy otwierała kluczem drzwi do swoich pokoi.
-Panno Vane …
-Słucham –odwarknęła, odwracając się. Zdziwił się, widząc łzy w jej oczach.
Wyjął chusteczkę z kieszeni marynarki którą nosił pod płaszczem i podał jej bez słowa.
-Jeśli właśnie tego pani potrzebuje, chętnie wysłucham pani historii –rzekł aksamitnym głosem, od którego zwykły były mięknąć jej kolana.
Przyjęła chusteczkę, ale nie rozpłakała się. Przez chwilę siłowali się na spojrzenia. W końcu dziewczyna spuściła oczy.
-Zapraszam –szepnęła, przepuszczając go w drzwiach.
*
Will usadowił się na kanapie.
-Napije się pan herbaty? –spytała panna Vane. –A może czegoś z procentami? Katherine jak zwykle zadbała o wyposażenie barku.
-Wystarczy herbata, dziękuję.
Po chwili jasnowłosa wróciła do saloniku, niosąc dwa kubki parującego naparu. Podała mu jeden z nich –skinął głową w podziękowaniu –i przysiadła na kanapie obok niego, ale w stosownej odległości. Uśmiechnął się pod nosem i upił łyk gorącej cieczy.
-Uhm, najlepiej będzie, jeśli zacznę od początku –rzekła Elizabeth wolno. –Opowieść nie będzie długa, zapewniam. Clarę Fleurot poznałam na swoim drugim roku, przyjechała do Oksfordu na wymianę z Sorbony. Mniej więcej w tym samym czasie spotykałam się z niejakim Victorem Campbell’em, starszym ode mnie o rok studentem prawa. Prawdopodobnie nie powinnam tego panu mówić, ale przypuszczam, że jest to niezbędne, by pan zrozumiał…
Uśmiechnęła się do niego krzywo.
-Proszę nie myśleć o mnie źle –zażądała.
-Chyba ma pani na myśli: proszę nie myśleć o mnie jeszcze gorzej –odparł, po czym zorientował się, że jasnowłosa może nie zrozumieć zakamuflowanego żartu. Nie docenił jej jednak.
Zaśmiała się krótko.
-Tak. W każdym razie, Victor, cóż, był moim pierwszym –wyznała.
William zakrztusił się herbatą. Elizabeth zignorowała to całkowicie.
-Sam pan widzi, łączyły mnie z nim naprawdę silne więzy emocjonalne… jakkolwiek banalnie to brzmi. A Clara, Clara postąpiła zgodnie ze swoją naturą. Uwiodła go, z resztą bez większych problemów, jak przypuszczam. Nakryłam ich pewnego dnia… z resztą mniejsza z tym, oszczędzę panu szczegółów –urwała, obserwując jego reakcję, ale nie drgnął ani jeden mięsień jego twarzy.
-Nie mam wątpliwości, że zrobiła to w dużej mierze dla zabawy. Ich wzajemna… nazwijmy to fascynacją, trwała mniej więcej dwa tygodnie, potem go rzuciła. Z perspektywy czasu myślę, że to dobrze, iż nie próbował do mnie wrócić, bo prawdopodobnie bym się zgodziła… Och, pan wybaczy, zapędzam się za daleko. W każdym razie, to koniec historii.
Profesor Drake odstawił na stolik pusty kubek po herbacie.
-Przykro mi.
-Nieprawda.
-Ma pani rację.
-Wiem.
-Pójdę już.
-Tak, myślę, że to dobry pomysł.
Odprowadziła go do drzwi.
-Panno Vane …
-Tak, panie profesorze?
-Proszę się nie martwić.
-Czym, proszę pana?
Czarnowłosy pochylił się i wyszeptał, jego usta niebezpiecznie blisko ucha Elizabeth: -Że uda jej się i tym razem.
Z tymi słowami odwrócił się na pięcie i odszedł szybkim krokiem, zostawiając jasnowłosą bezbrzeżnie zdumioną na progu jej pokoi.
Drań, drań, drań.
*
Elizabeth wzięła kąpiel, po której postanowiła opowiedzieć wszystko Lucy. Jeśli nie zrozumie jej najlepsza przyjaciółka, to kto?
Dotarła do apartamentu panny Pulver i nie pukając do drzwi, weszła. Przecież brązowowłosa nie będzie jej miała tego za złe…
Widząc porozrzucane po salonie ubrania, nie tylko z resztą damskie, pokiwała głową z dezaprobatą.
Ciekawe, kto tym razem?
Nie zrobiła tego, przed czym Lucy na jej miejscu z pewnością by się nie powstrzymała: nie wparowała do sypialni niczym burza. Zapukała głośno.
-Lus? Wyłaź, muszę z tobą porozmawiać!
-Elizabeth? –zza drzwi dobiegło ją stłumione pytanie.
-Proszę!
Po kilku minutach drzwi uchyliły się i zamknęły na tyle wolno, by Lucy zdążyła wejść do salonu i na tyle szybko, by jasnowłosa nie spostrzegła, kim jest mężczyzna drzemiący w łóżku panny Pulver.
Liz zacmokała z dezaprobatą. Niebieskooka ubrana była jedynie w sięgający połowy ud satynowy szlafroczek w kolorze bladego różu.
-No co? –spytała Lucy.
-Nic –westchnęła jej przyjaciółka. –Ubierz się i chodźmy stąd. Musimy pogadać.
-Ale chyba nie o… -brązowowłosa obejrzała się na drzwi do sypialni.
-Co? Nie, oczywiście że nie. Chyba że tam w środku śpi Edmund… -zażartowała, nieświadomie trafiając w samo sedno.
Panna Pulver zarumieniła się, a Elizabeth zaśmiała głośno.
-Naprawdę?
Brązowowłosa kiwnęła głową. Szarooka machnęła ręką.
-Nieważne.
-Nieważne?
-Cholera, Lus, mogłabyś...?
-Och, tak, oczywiście.
Drzwi do sypialni otworzyły się nagle i stanął w nich rozczochrany pan Thwaites. Gdy spostrzegł Elizabeth, urocze zakłopotanie wpłynęło na jego przystojną twarz. Był w samych bokserkach.
-Uuuups… -powiedział z szelmowskim uśmiechem na ustach.
-Naprawdę mało mnie to wszystko obchodzi –obwieściła parce jasnowłosa. –Ufam, że się nie pozabijacie. Ale teraz –zwróciła się do mężczyzny –muszę porwać moją przyjaciółkę na jakiś czas.
Blondyn wzruszył ramionami, a panna Pulver posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Zaśmiał się.
Lucy zniknęła w łazience na kilka minut, podczas których Edmund zdążył pozbierać z podłogi swoje ciuchy i doprowadzić wygląd do względnego porządku.
-Gdzie chcesz iść? –spytała jasnowłosą niebieskooka.
-Gdziekolwiek.
*

Pojechały taksówką do jednego z oksfordzkich pubów, jednego z mniej popularnych wśród studentów. Tam mogły spokojnie porozmawiać.
Lucy nie mogła uwierzyć, że Elizabeth opowiedziała profesorowi Drake’owi historię zdrady Victora. Szczególnie tę część o utracie dziewictwa.
-Mnie samej wydaje się to nieprawdopodobne –przyznała jasnowłosa, po czym ukryła twarz w dłoniach. –Jak mogłam mu to powiedzieć? Jestem idiotką.
-Jesteś zakochana –poprawiła ją panna Pulver. –A to niejaka różnica.
-Nie jestem –warknęła Lizzy. –To tylko głupie, niepoprawne zadurzenie, które minie, gdy tylko stracę go z oczu.
-Jasne –odparła wątpiącym tonem niebieskooka. –To samo mówiłaś ostatnio.
-Wiem –westchnęła dziewczyna. –Och, Lucy, co ja mam zrobić?
-To proste. Masz zrobić coś, z tym –wykonała dłonią niejasny gest. –Najlepiej pojutrze. To ostatni dzień, więc nie masz nic do stracenia, czyż nie?
-Obawiam się, że mam.
-A co konkretnie?
Liz spojrzała na brunetkę żałośnie.
-Spójrzmy prawdzie w oczy –powiedziała cicho. –On mnie nigdy nie zechce. Wiesz o tym. On tylko… bawi się mną. Wredny drań.
-Ale stuprocentową pewność zyskasz dopiero wtedy, gdy spróbujesz –zauważyła Lucy.
Jasnowłosa nie odpowiedziała, tylko upiła łyk wina ze swojego kieliszka.
-Cóż, tak szybko tego węzła gordyjskiego raczej nie rozwiążę. Pogadajmy o tobie.
Panna Pulver zatrzepotała rzęsami.
-Co masz na myśli?
-Edmunda, oczywiście. Wy tak na poważnie?
-Nie mam pojęcia.
Elizabeth zaśmiała się.
-Cieszę się –zapewniła przyjaciółkę.
-Akurat.
-Poważnie. Mam nadzieję, że jednak nie jest to tylko przelotna miłostka. Takich miałaś zdecydowanie za dużo, moja droga.
Brunetka prychnęła.
-Odezwał się –sarknęła –ekspert od spraw sercowych.
-Co jak co, ale ja stałością w związkach mogę się poszczycić.
-Szkoda, że nie można tego powiedzieć o twoich partnerach –odparowała Lucy bez zastanowienia, po czym zakryła usta ręką. –Uuups, wybacz, mam za długi język.
-Nie powiedziałaś niczego, co byłoby nieprawdą.
-Za to w cholernie mało taktowny sposób.
Obie zaśmiały się głośno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz