Kolejny dzień Elizabeth spędziła w całości na
wykładach, a następny był już ostatnim, kiedy to miała odbyć się pożegnalna
impreza nad jeziorem. Rozpalono kilka ognisk; przy jednym z nich zgromadzili
się najmłodsi uczestnicy zlotu, ktoś przyniósł gitarę, śpiewano stare przeboje.
Liz i Lucy spędziły miły wieczór w gronie swoich rówieśników. Kiedy zabawa
miała się już ku końcowi, panna Pulver zniknęła gdzieś, a jej jasnowłosa
przyjaciółka nie mogła nie zauważyć, że mniej więcej w tym samym czasie ulotnił
się Edmund, zostawiając tym samym profesora Drake’a na pastwę roześmianego
towarzystwa.
Niemal wszyscy zdążyli się już rozejść. Elizabeth dostrzegła samotną postać półleżącą na piaszczystym brzegu jeziora. Bez większego trudu rozpoznała w mężczyźnie swojego byłego nauczyciela.
To proste. Masz zrobić coś, z tym.
Wciąż się wahała, ale zaczęła iść w jego stronę.
To ostatni wieczór, więc nie masz nic do stracenia, czyż nie?
Drake ubrany był w ciemnogranatowy sweter i czarne jeansy. Podciągnięte rękawy ukazywały błyszczący na jednym z nadgarstków elegancki, srebrny zegarek.
Przysiadła się do niego bez pytania. Musiał być zaskoczony, biorąc pod uwagę fakt, że unikała go przez cały poprzedni dzień.
-Panna Vane? –zdziwił się William. –Co pani tu…
Nie dała mu dokończyć. Natychmiast, by nie mógł jej powstrzymać, pochyliła się i pocałowała go w usta, delikatnie, wolno, z wprawą, jedną dłoń kładąc przy tym na jego ramieniu.
Nie oddał pocałunku, ale się tym nie zraziła, przeniosła wargi na jego policzek, żuchwę, składała małe całusy na lewej stronie twarzy.
-Przestań.
Przestała.
-Co robisz?
-Przestaję.
Uniósł jedną brew.
-Nie o to mi chodziło.
Na twarz Elizabeth wpłynął uroczy rumieniec.
-Przecież pan wie –szepnęła.
Westchnął.
-Wiem. Ale mieliśmy umowę.
-Chrzanić umowę –odparła i ponownie sięgnęła ku jego ustom.
Umknął przed nią, zdjął jej dłoń ze swojego ramienia, spojrzał surowo w szare tęczówki.
-Przestań, dziewczyno! Do jasnej cholery, mógłbym być twoim ojcem! –Poderwał się na równe nogi, zmuszając ją tym samym by także wstała. –Gorzej! Jestem twoim nauczycielem! –warknął.
-Był pan moim nauczycielem –sprostowała chłodno.
-Semantyka –wysyczał.
-Nieprawda –zaoponowała gorliwie.
-To nie ma znaczenia.
-Może dla pana.
-Dla pani także nie powinno to mieć znaczenia. Niech pani będzie poważna.
-Nie chcę… nie mogę być poważna.
-Jestem dla pani całkowicie nieodpowiedni.
-Nie obchodzi mnie to.
-Jestem od pani dwa razy starszy!
-Niech pan przestanie. Nic z tego nie miałoby znaczenia, gdyby… Proszę to więc powiedzieć –zrobiła dwa kroki w jego stronę, przyłożyła dłoń do jego policzka –proszę powiedzieć, że nic pan do mnie nie czuje. Przyznać, że przez ostatnie dni bawił się pan moimi emocjami, dając nadzieję na coś, co nigdy się nie stanie –zażądała.
Złapał ją za nadgarstek i odsunął damską dłoń od swojej twarzy.
-Nic do ciebie nie czuję –rzekł. –Jeśli kiedykolwiek dawałem ci nadzieję, przysięgam, że były to działania całkowicie nieświadome i przepraszam za nie.
Wyrwała rękę z jego uścisku. Łzy wreszcie pojawiły się w jej oczach.
-I tak panu nie wierzę –z tymi słowami odwróciła się i zniknęła w ciemnościach.
-Głupia, głupia dziewczyna –wymruczał do siebie William. Nie pomogło to jednak w zatarciu wrażenia, że właśnie popełnił monstrualny błąd.
Niemal wszyscy zdążyli się już rozejść. Elizabeth dostrzegła samotną postać półleżącą na piaszczystym brzegu jeziora. Bez większego trudu rozpoznała w mężczyźnie swojego byłego nauczyciela.
To proste. Masz zrobić coś, z tym.
Wciąż się wahała, ale zaczęła iść w jego stronę.
To ostatni wieczór, więc nie masz nic do stracenia, czyż nie?
Drake ubrany był w ciemnogranatowy sweter i czarne jeansy. Podciągnięte rękawy ukazywały błyszczący na jednym z nadgarstków elegancki, srebrny zegarek.
Przysiadła się do niego bez pytania. Musiał być zaskoczony, biorąc pod uwagę fakt, że unikała go przez cały poprzedni dzień.
-Panna Vane? –zdziwił się William. –Co pani tu…
Nie dała mu dokończyć. Natychmiast, by nie mógł jej powstrzymać, pochyliła się i pocałowała go w usta, delikatnie, wolno, z wprawą, jedną dłoń kładąc przy tym na jego ramieniu.
Nie oddał pocałunku, ale się tym nie zraziła, przeniosła wargi na jego policzek, żuchwę, składała małe całusy na lewej stronie twarzy.
-Przestań.
Przestała.
-Co robisz?
-Przestaję.
Uniósł jedną brew.
-Nie o to mi chodziło.
Na twarz Elizabeth wpłynął uroczy rumieniec.
-Przecież pan wie –szepnęła.
Westchnął.
-Wiem. Ale mieliśmy umowę.
-Chrzanić umowę –odparła i ponownie sięgnęła ku jego ustom.
Umknął przed nią, zdjął jej dłoń ze swojego ramienia, spojrzał surowo w szare tęczówki.
-Przestań, dziewczyno! Do jasnej cholery, mógłbym być twoim ojcem! –Poderwał się na równe nogi, zmuszając ją tym samym by także wstała. –Gorzej! Jestem twoim nauczycielem! –warknął.
-Był pan moim nauczycielem –sprostowała chłodno.
-Semantyka –wysyczał.
-Nieprawda –zaoponowała gorliwie.
-To nie ma znaczenia.
-Może dla pana.
-Dla pani także nie powinno to mieć znaczenia. Niech pani będzie poważna.
-Nie chcę… nie mogę być poważna.
-Jestem dla pani całkowicie nieodpowiedni.
-Nie obchodzi mnie to.
-Jestem od pani dwa razy starszy!
-Niech pan przestanie. Nic z tego nie miałoby znaczenia, gdyby… Proszę to więc powiedzieć –zrobiła dwa kroki w jego stronę, przyłożyła dłoń do jego policzka –proszę powiedzieć, że nic pan do mnie nie czuje. Przyznać, że przez ostatnie dni bawił się pan moimi emocjami, dając nadzieję na coś, co nigdy się nie stanie –zażądała.
Złapał ją za nadgarstek i odsunął damską dłoń od swojej twarzy.
-Nic do ciebie nie czuję –rzekł. –Jeśli kiedykolwiek dawałem ci nadzieję, przysięgam, że były to działania całkowicie nieświadome i przepraszam za nie.
Wyrwała rękę z jego uścisku. Łzy wreszcie pojawiły się w jej oczach.
-I tak panu nie wierzę –z tymi słowami odwróciła się i zniknęła w ciemnościach.
-Głupia, głupia dziewczyna –wymruczał do siebie William. Nie pomogło to jednak w zatarciu wrażenia, że właśnie popełnił monstrualny błąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz