piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 13

Następnego dnia William czuł się o niebo lepiej. Kiedy wybiła szesnasta, czyli zwyczajowa godzina przybycia panny Vane, dzwonek zadzwonił z nieznośną wręcz punktualnością.
Czarnowłosy otworzył drzwi znacznie szybciej niż za pierwszym razem. Na widok swojej byłej uczennicy osłupiał na kilka sekund, które jednak zdawały się mu być godzinami.
Mógłby przysiąc, że miała jakiś dobry powód, by włożyć na siebie dość opinającą białą koszulę z odważnym dekoltem i utrzymaną w granatowo -ciemnozielono -czerwonej tonacji plisowaną spódnicę w uczniowską kratę, która sięgała dziewczynie do połowy zgrabnych ud. Narzucona na ramiona czarna marynarka była, według Williama, jedynie niepotrzebnym dodatkiem do stroju. Wysokie obcasy sprawiały, że kołysanie bioder dziewczyny musiało być jeszcze bardziej hipnotyzujące niż zazwyczaj.
Włosy zostawiła rozpuszczone, malowniczą falą opadały one na jej ramiona i plecy.
W dwóch słowach, panna Vane wyglądała niezwykle apetycznie.
-Profesorze? –spytała niewinnie zamiast przywitania. –Coś nie tak?
-Ależ nie –odparł, lekko zdezorientowany. –Proszę wejść.
Przepuścił ją. Choć uważał się w jakiś pokręcony w sposób za swego rodzaju dżentelmena, nie mógł się powstrzymać. Wzrok mężczyzny prześliznął się po pośladkach dziewczyny.
Udali się do biblioteki. Ale Will nie mógł się za bardzo skupić na katalogowaniu tamtego dnia. Za każdym razem, kiedy Elizabeth wstawała, by przenieść na stół kolejny stosik książek, jego wzrok przyciągało falowanie jej bioder. Jeszcze gorzej było, gdy pochylała się po coś z niższej półki, lub gdy wchodziła na drabinę po coś z wyższej. Kiedy trochę zbyt natrętnie patrzył się, jak panna Vane przeciąga się powoli po dłuższym czasie spędzonym w jednej pozycji, został obdarzony bezczelnym uśmiechem. Uświadomił sobie, że znów się na nią gapi.
Wolno przeniósł wzrok na ekran monitora.
-Profesorze?
-Słucham –odparł, wzdychając w duchu. Nie wątpił, że dziewczyna zaraz wytnie jakiś nowy numer.
-Przeszkadzałoby panu, gdybym zrobiła sobie herbaty?
-Nie, skądże.
Uśmiechnęła się i wstała.
-A pan reflektuje?
-Cóż, dlaczego nie.
William powoli zaczynał rozumieć.
Mała żmija.
Ale i tak nie mógł oderwać wzroku.
Wróciła do biblioteki kilka minut później, niosąc dwa kubki pełne wrzącej cieczy.
Jeden z nich postawiła przed Drake’iem. Jako że mężczyzna był z trzech stron otoczony książkami, musiała wychylić się ponad jego ramieniem. Poczuł, jak cienki materiał bluzki przesuwa się po swetrze. Przymknął oczy i powiedział sobie:
Uspokój się, do cholery. Chyba nie dasz się tej małej, co?
Do głowy przyszedł mu szatański pomysł.
Skoro ona może tak pogrywać, to ja też.
Spojrzał na Elizabeth znad książek. Musiała poczuć na sobie jego wzrok, bo uniosła głowę.
William posłał dziewczynie wredny uśmieszek. Spodziewał się wykwitającego nagle na jej twarzy zakłopotania, może zaskoczenia, może rumieńca. Rozczarował się. Odpowiedziała lekkim wygięciem warg. Jej dłoń powędrowała do pierwszego nierozpiętego guzika koszuli, zaczęła się nim bawić. Uśmiech dziewczyny poszerzył się odrobinę.
Czarnowłosy odwrócił wzrok.
Cholera.
Drażniła się z nim niemal przez całe popołudnie. A potem, kilka minut przed dziewiątą, panna Vane znalazła na półce bardzo dziwną książkę.
-Profesorze? –spytała, schodząc z drabiny.
Odruchowo spojrzał w tamtą stronę i… cóż. Złapała jego spojrzenie i uniosła brwi.
-Słucham.
-Proszę spojrzeć –podeszła do Drake’a i podała mu oprawiony w skórę notatnik. –Nie bardzo wiem, co mam z tym zrobić –przyznała.
William przekartkował dziennik. Był zapisany niestarannym, męskim pismem w języku, którego czarnowłosy nie znał. Podczas przeglądania notatnika, w oczy rzuciły mu się dwie rzeczy, które mógł zrozumieć, data i miejsce: 20 kwietnia 1944, Monte Cassino.
-To musi być dziennik jakiegoś żołnierza, który walczył pod Monte Cassino. Być może pradziadka George’a, który pochodził z Polski. To by wyjaśniało słowiański język zapisków.
Dziewczyna przytaknęła.
-Chce pan to zatrzymać?
-Ja? Dlaczego?
-Um… -zawahała się. –Nie wiem. Ale wątpię, by pan Eagles myślał o tym dzienniku, gdy zapisywał całe swoje zbiory uniwersytetowi.
William uśmiechnął się półgębkiem.
-Nawet nie będę umiał tego odczytać –zauważył.
-Mogę? –spytała nieśmiało.
-Niech pani nawet nie mówi, że zna język polski.
-Nie. Oczywiście, że nie –zarumieniła się nieoczekiwanie.
-Więc?
-Słucham?
-Po co to pani?
Wzruszyła ramionami.
-Po prostu chciałabym to mieć.
Pieszczotliwie przejechała dłonią po pożółkłych stronach.
-Lubię starocie –wyznała z delikatnym uśmiechem błąkającym się na uszminkowanych wargach. –Lubię otaczać się przedmiotami, które mają charakter i duszę.
Uniosła dziennik do twarzy i z przymkniętymi oczami wciągnęła zapach starego papieru.
Dla Williama był to swego rodzaju moment przełomowy. Bo to nie jej wszystkie sztuczki, nie bezczelne prowokacje, nie wredne uśmieszki sprawiły, że pożądanie stało się nie do zniesienia, ale właśnie to: delikatny uśmiech, gest, wypowiedziane z uczuciem słowa.
William wstał, wyjął notatnik z dłoni jasnowłosej, spojrzał w emanujące zdziwieniem tęczówki, przysunął się bliżej, ujął w dłonie twarz dziewczyny, pochylił się; prawie stykali się nosami. Odczekał stosowny moment, napawał się panującym między nimi, elektryzującym powietrze napięciem, dał jej szansę na wycofanie się, choć miał dziwną pewność, że tego nie zrobi. A potem złączył ich usta w słodkim pocałunku.
Odsunęła się od niego zdecydowanie za szybko. Odwróciła głowę.
-Dlaczego pan to zrobił?
-Czy pani tego nie chciała?
-Po co zadaje pan pytania, na które zna odpowiedz? –zirytowała się. –Poza tym, to nieistotne. Proszę odpowiedzieć.
William uśmiechnął się złośliwie.
-Czy nie to chciała pani osiągnąć, przychodząc tu dzisiaj w takim stroju?
Zarumieniła się.
-Nie –nie było to w całości kłamstwem. Elizabeth chciała osiągnąć… coś innego.
-Ach tak –wymruczał czarnowłosy. Rumieniec pogłębił się.
-Tak –szepnęła, próbując przekonać bardziej siebie, niż jego.
Mężczyzna prychnął i odwrócił się.
-Ten, kto igra z ogniem, prędzej czy później musi się sparzyć –rzucił przez ramię.
Usiadł na swoim miejscu.
-Och, doprawdy? –spytała Elizabeth zmienionym głosem. Podeszła do Williama i bez zbędnych ceregieli usiadła na jego kolanach, objęła za szyję, pochyliła się.
-I według pana to ja jestem tą, która igra z ogniem? –wyszeptała mu do ucha, muskając ustami małżowinę. Zapach eleganckich damskich perfum odurzał Drake’a.
Odsunęła się i z wyzywającą miną spojrzała w czarne oczy.
-Jeszcze jak –odparł i przyciągnął ją do siebie.
Jej usta były cudownie miękkie, ciepłe, słodkie od pomadki. I chętne.
Jego zdolny język doprowadzał ją do szaleństwa. Długie palce wśliznęły się pod koszulę i drażniły skórę pleców, powodowały dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
Bardzo wolno, oddychając ciężko, odsunęli się od siebie. Elizabeth podniosła się i odeszła parę kroków. William obserwował, jak wygładza materiał koszuli, po czym siada na stole, mniej więcej w połowie jego długości.
-Wybacz –rzuciła. –Proszę wybaczyć. Nie powinnam była… prowokować pana.
Czarnowłosy podniósł się i podszedł do niej. Położył obie dłonie na blacie.
-Nie  -zgodził się.
-Pójdę już –powiedziała, na jej szczupłej twarzy wykwitł kwaśny uśmieszek.
-Dlaczego?
Spojrzała na niego zza rzęs.
-Ponieważ nadal jest pan ode mnie dwa razy starszy –rzekła rzeczowym tonem.
-Nie obchodzi mnie to –odparł i pocałował ją po raz kolejny, mocno, z pasją, o jaką nigdy by go nie podejrzewała. Zarzuciła mu ręce na szyję. Rozsunął jej uda, męskie dłonie powędrowały w górę, przesunęły się po krzywiźnie bioder.
Przeniósł usta na jej szyję. Jęknęła.
-Chodźmy na górę –zaproponował między jednym pocałunkiem a drugim. Pokręciła przecząco głową, ściągnęła mu sweter przez głowę i zabrała za rozpinanie guzików jego koszuli. Nie zwlekając, odwdzięczył się jej tym samym. Sądził, że rajstopy będą stanowiły swego rodzaju irytującą przeszkodę, ale mylił się, ponieważ sprytna panna Vane nie nosiła rajstop, ale zakończone koronką pończochy ze staromodnymi podwiązkami.
-Co jest nie tak z łóżkiem?
Jej dłonie błądziły po jego torsie.
-Jest stanowczo za daleko –odszepnęła i niczym wampir wpiła się w jego usta.
Wziął ją tam, w bibliotece, na zawalonym książkami stole.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz