Elizabeth zapięła bluzkę szybkimi, wstydliwymi
ruchami. Czuła obrzydzenie do tego, co zrobiła i jeszcze większe do samej
siebie.
Chciała tego, oczywiście, że chciała. Nie miała tylko pojęcia, że po będzie się czuć jak ostatnia zdzira.
Pieprzyłam się z nauczycielem –kołatało się w jej głowie. Co ja najlepszego zrobiłam?
Profesor Drake zapalił papierosa.
-Poczęstujesz się? –spytał, wyciągając paczkę w jej stronę. Pokręciła głową, nawet na niego nie patrząc.
Czarnowłosy zmarszczył brwi.
-Coś nie tak?
Spojrzała na niego jak na wariata.
-Coś nie tak? Wszystko jest nie tak! –krzyknęła. Mógł z całą pewnością stwierdzić, że była bliska płaczu i błyskawicznie pożałował swojego pytania. –Jesteś moim nauczycielem!
-Jeśli dobrze pamiętam, nie ma to dla ciebie znaczenia.
Odwróciła wzrok.
-Nie miało, przysięgam, że nie miało. Sądziłam, że nie ma. Ale… -urwała i odważyła się spojrzeć mu w oczy. –Nie czujesz, że to, co zrobiliśmy, było złe? Niewłaściwe?
Nie odpowiedział. Bo nie czuł. Ale nie chciał jej przestraszyć przyznaniem się do prawdy. Dziewczyna była widocznie załamana.
Wydawało jej się, że wciąż czuje jego dotyk na swoim ciele. Nie marzyła o niczym innym jak o powrocie do akademika i utopieniu się pod prysznicem w daremnej próbie zmycia z siebie tego wstydu.
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Otarła ją szybko, by profesor nie mógł jej zauważyć.
Zauważył.
-Do diaska, dziewczyno –warknął. –Przecież… -urwał.
-Przecież co?
Podszedł bliżej jasnowłosej. Drgnęła, ale się nie odsunęła. Westchnął, widząc odrazę w szarych oczach.
-Nic. Nieważne. Idź już.
-Ale panie profesorze…
-Idź, dziewczyno, błagam cię.
Nieświadomie zrobił w jej kierunku kolejny krok. Odsunęła się pośpiesznie i to go zatrzymało.
Elizabeth jak wicher wypadła z posiadłości, zostawiając Drake pogrążonego w ponurych myślach.
Nie śmiał był powiedzieć jej tego, czego z pewnością nie chciała usłyszeć.
Że powoli zaczął się w niej zakochiwać.
Chciała tego, oczywiście, że chciała. Nie miała tylko pojęcia, że po będzie się czuć jak ostatnia zdzira.
Pieprzyłam się z nauczycielem –kołatało się w jej głowie. Co ja najlepszego zrobiłam?
Profesor Drake zapalił papierosa.
-Poczęstujesz się? –spytał, wyciągając paczkę w jej stronę. Pokręciła głową, nawet na niego nie patrząc.
Czarnowłosy zmarszczył brwi.
-Coś nie tak?
Spojrzała na niego jak na wariata.
-Coś nie tak? Wszystko jest nie tak! –krzyknęła. Mógł z całą pewnością stwierdzić, że była bliska płaczu i błyskawicznie pożałował swojego pytania. –Jesteś moim nauczycielem!
-Jeśli dobrze pamiętam, nie ma to dla ciebie znaczenia.
Odwróciła wzrok.
-Nie miało, przysięgam, że nie miało. Sądziłam, że nie ma. Ale… -urwała i odważyła się spojrzeć mu w oczy. –Nie czujesz, że to, co zrobiliśmy, było złe? Niewłaściwe?
Nie odpowiedział. Bo nie czuł. Ale nie chciał jej przestraszyć przyznaniem się do prawdy. Dziewczyna była widocznie załamana.
Wydawało jej się, że wciąż czuje jego dotyk na swoim ciele. Nie marzyła o niczym innym jak o powrocie do akademika i utopieniu się pod prysznicem w daremnej próbie zmycia z siebie tego wstydu.
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Otarła ją szybko, by profesor nie mógł jej zauważyć.
Zauważył.
-Do diaska, dziewczyno –warknął. –Przecież… -urwał.
-Przecież co?
Podszedł bliżej jasnowłosej. Drgnęła, ale się nie odsunęła. Westchnął, widząc odrazę w szarych oczach.
-Nic. Nieważne. Idź już.
-Ale panie profesorze…
-Idź, dziewczyno, błagam cię.
Nieświadomie zrobił w jej kierunku kolejny krok. Odsunęła się pośpiesznie i to go zatrzymało.
Elizabeth jak wicher wypadła z posiadłości, zostawiając Drake pogrążonego w ponurych myślach.
Nie śmiał był powiedzieć jej tego, czego z pewnością nie chciała usłyszeć.
Że powoli zaczął się w niej zakochiwać.
*
Nie przyszła już do niego ani razu. Wyjechał z
Florencji kilka dni później, z uczuciem dziwnej tęsknoty żegnając rodzinne
miasto Dantego. Wiedział, że Ona tu zostaje. Że jeszcze przez niecałe trzy
miesiące będzie na wymianie. Uważał, że to dobrze. To głupie zauroczenie, bo
czym innym mogła być zepchnięta na granice jego umysłu ciągła ochota, by Ją
zobaczyć, zniknie, zanim Ona wróci do Anglii. Musi zniknąć.
Nie zniknęło.
Dlatego uciekł z Oksfordu przed upływem Jej trzeciego miesiąca we Włoszech. Drake znów znalazł się w Cambridge i znów coś, co miało być krótkimi odwiedzinami u Beatrice, zmieniło się w dwa miesiące pobytu u przyjaciółki. Stamtąd przeniósł się do Londynu. Zaczęło się niewinnie -wybrał się do miasta, by zobaczyć się z mieszkającym tam swoim ojcem. Gdy już przybył na miejsce i spędził w stolicy kilka dni, przekonał się, że wielkomiejskie tempo życia może być dobrym lekarstwem na jego dziwaczną melancholię. Wynajął więc za bajońskie sumy mieszkanie niemal przy samym Trafalgar Square (było to jego ulubione miejsce w mieście) i postarał się o wykłady na University College London, gdzie miał pewne znajomości.
Jego ojciec -Thomas Drake, mieszkający w modernistycznej posiadłości za miastem, był niezwykle zadowolony, ponieważ gościł teraz syna niemal w każdy weekend. Nadrabiali stracony czas i wkrótce odnowili tę szczególną ojcowsko -synowską więź, jaką mieli przed tym, jak William wyprowadził się na stałe do Oksfordu.
Thomas Drake, nim przeszedł na zasłużoną emeryturę, był właścicielem jednego z lepszych londyńskich domów aukcyjnych. Pozostał wybitnym znawcą sztuki i, czy jego syn chciał tego, czy nie, często musiał wysłuchiwać spontanicznych wykładów na ten czy inny temat, który akurat wpadł Thomasowi do głowy.
Pewnego sobotniego wieczoru, William wypił o jeden kieliszek wina za dużo i wygadał się o Niej ojcu. Nie, żeby powiedział za dużo: wspomniał tylko, że podczas całej swej kariery nauczyciela akademickiego, na palcach jednej ręki policzyć mógłby uczniów naprawdę bystrych, z którymi można byłoby pracować, zaś z tej nielicznej grupy, tylko jedna studentka zasługiwała, w jego opinii, na uznanie i szacunek, a była to właśnie Ona.
Thomas bez przeszkód wyciągnął z niego resztę. W tym fakt, że od kilku miesięcy jego syn bezskutecznie próbuje wyrzucić ze swojej głowy to, co stało się we Florencji.
Ciekawość staruszka nie została zaspokojona tym, co wybełkotał mu w chwili słabości William. Skontaktował się więc z Beatice Hallward, która podała mu więcej szczegółów i utwierdziła w przekonaniu, że raz: Ona to panna Vane, naprawdę wyjątkowa dziewczyna, i dwa: że Williama prawdopodobnie w końcu ponownie trafiła strzała Amora.
Kiedy jednak Thomas poruszył Jej sprawę kilka dni później, jego syn tylko się zirytował, warknął, że nie chce o Niej mówić, i niemal od razu opuścił ojca, wymawiając się nawałem pracy i nawet nie kończąc herbaty.
Ku swojemu niezadowoleniu, starszy pan Drake musiał, po wielu bezowocnych próbach, zostawić Jej temat w spokoju -nieważne jak bardzo się starał, nie udało mu się podejść syna drugi raz, a otwarcie też nie mógł z nim porozmawiać.
Tak nadszedł czerwiec, z nim początek wakacji i lipiec, kiedy William uświadomił sobie, że od niefortunnego wyznania nad jeziorem minął równo rok. Westchnął, gdy przed oczami ponownie zobaczył tamtą scenę. Od tamtej właśnie pory, praktycznie nie było dnia, by o Niej nie myślał. Ta refleksja doszczętnie go przeraziła.
Nie żeby miał zamiar coś zrobić w tym kierunku.
William Drake był niezwykle dumnym człowiekiem.
W połączeniu z jego bezsensownym uporem, dawało to mieszankę wybuchową.
Poza tym, myślał, sądząc, że myśli trzeźwo, przecież nic się nie zmieniło. Nadal był Jej nauczycielem i nadal dzieląca ich różnica wieku była na tyle duża, by budzić u postronnych zakłopotanie, dezaprobatę, w najgorszych wypadkach zniesmaczenie.
Drake postanowił zepchnąć na krańce umysłu wszystkie te niedorzeczne pragnienia z Nią związane. A potem, na początku listopada, przyszło zaproszenie na ślub.
Nie zniknęło.
Dlatego uciekł z Oksfordu przed upływem Jej trzeciego miesiąca we Włoszech. Drake znów znalazł się w Cambridge i znów coś, co miało być krótkimi odwiedzinami u Beatrice, zmieniło się w dwa miesiące pobytu u przyjaciółki. Stamtąd przeniósł się do Londynu. Zaczęło się niewinnie -wybrał się do miasta, by zobaczyć się z mieszkającym tam swoim ojcem. Gdy już przybył na miejsce i spędził w stolicy kilka dni, przekonał się, że wielkomiejskie tempo życia może być dobrym lekarstwem na jego dziwaczną melancholię. Wynajął więc za bajońskie sumy mieszkanie niemal przy samym Trafalgar Square (było to jego ulubione miejsce w mieście) i postarał się o wykłady na University College London, gdzie miał pewne znajomości.
Jego ojciec -Thomas Drake, mieszkający w modernistycznej posiadłości za miastem, był niezwykle zadowolony, ponieważ gościł teraz syna niemal w każdy weekend. Nadrabiali stracony czas i wkrótce odnowili tę szczególną ojcowsko -synowską więź, jaką mieli przed tym, jak William wyprowadził się na stałe do Oksfordu.
Thomas Drake, nim przeszedł na zasłużoną emeryturę, był właścicielem jednego z lepszych londyńskich domów aukcyjnych. Pozostał wybitnym znawcą sztuki i, czy jego syn chciał tego, czy nie, często musiał wysłuchiwać spontanicznych wykładów na ten czy inny temat, który akurat wpadł Thomasowi do głowy.
Pewnego sobotniego wieczoru, William wypił o jeden kieliszek wina za dużo i wygadał się o Niej ojcu. Nie, żeby powiedział za dużo: wspomniał tylko, że podczas całej swej kariery nauczyciela akademickiego, na palcach jednej ręki policzyć mógłby uczniów naprawdę bystrych, z którymi można byłoby pracować, zaś z tej nielicznej grupy, tylko jedna studentka zasługiwała, w jego opinii, na uznanie i szacunek, a była to właśnie Ona.
Thomas bez przeszkód wyciągnął z niego resztę. W tym fakt, że od kilku miesięcy jego syn bezskutecznie próbuje wyrzucić ze swojej głowy to, co stało się we Florencji.
Ciekawość staruszka nie została zaspokojona tym, co wybełkotał mu w chwili słabości William. Skontaktował się więc z Beatice Hallward, która podała mu więcej szczegółów i utwierdziła w przekonaniu, że raz: Ona to panna Vane, naprawdę wyjątkowa dziewczyna, i dwa: że Williama prawdopodobnie w końcu ponownie trafiła strzała Amora.
Kiedy jednak Thomas poruszył Jej sprawę kilka dni później, jego syn tylko się zirytował, warknął, że nie chce o Niej mówić, i niemal od razu opuścił ojca, wymawiając się nawałem pracy i nawet nie kończąc herbaty.
Ku swojemu niezadowoleniu, starszy pan Drake musiał, po wielu bezowocnych próbach, zostawić Jej temat w spokoju -nieważne jak bardzo się starał, nie udało mu się podejść syna drugi raz, a otwarcie też nie mógł z nim porozmawiać.
Tak nadszedł czerwiec, z nim początek wakacji i lipiec, kiedy William uświadomił sobie, że od niefortunnego wyznania nad jeziorem minął równo rok. Westchnął, gdy przed oczami ponownie zobaczył tamtą scenę. Od tamtej właśnie pory, praktycznie nie było dnia, by o Niej nie myślał. Ta refleksja doszczętnie go przeraziła.
Nie żeby miał zamiar coś zrobić w tym kierunku.
William Drake był niezwykle dumnym człowiekiem.
W połączeniu z jego bezsensownym uporem, dawało to mieszankę wybuchową.
Poza tym, myślał, sądząc, że myśli trzeźwo, przecież nic się nie zmieniło. Nadal był Jej nauczycielem i nadal dzieląca ich różnica wieku była na tyle duża, by budzić u postronnych zakłopotanie, dezaprobatę, w najgorszych wypadkach zniesmaczenie.
Drake postanowił zepchnąć na krańce umysłu wszystkie te niedorzeczne pragnienia z Nią związane. A potem, na początku listopada, przyszło zaproszenie na ślub.
*
Elizabeth wydawało się, że minął nie cały miesiąc, a
już musiała wracać do Anglii.
Nie, żeby nie tęskniła za domem, przeciwnie. Po prostu wiedziała, że On już wrócił do Oksfordu. Nie miała ochoty na spotkanie z Nim. Prawdopodobnie właśnie dlatego czas spędzony we Włoszech zleciał jej tak szybko.
Odetchnęła w duchu z ulgą, gdy dowiedziała się przypadkiem, że On wyprowadził się z uniwersyteckiego miasta. Nie dowiedziała się, gdzie On teraz mieszka. Bała się wypytywać znajomych o szczegóły Jego wojaży. Nie chciała wzbudzać podejrzeń, które mogłaby wywołać jej ciekawość.
Czas do czerwca, kolejne kilka miesięcy, zleciał jej jeszcze szybciej. Wkrótce obroniła pracę magisterską i ani się obejrzała, już miała wakacje.
Wbrew pozorom, nie był to dla niej szczęśliwy okres. Elizabeth nie bardzo wiedziała, jaki powinien być następny etap w jej życiu. Mogła pozostać na uczelni i z czasem zdobywać kolejne akademickie tytuły, ale nie była pewna, czy naprawdę tego chce. Wiedziała, że oksfordzka biblioteka powitałaby ją z otwartymi ramionami, ale jakkolwiek praca tam była idealna jako zajęcie dorywcze, panna Vane nie miała zamiaru spędzić reszty życia jako bibliotekarka.
Rozterki te spowodowały, że Liz zdecydowała się odwiedzić mieszkających pod Londynem rodziców. Potrzebowała dobrej rady, a jeśli znała osobę, od której taką można dostać, to był ją jej ojciec.
Theodor i Emily Vane z radością powitali córkę w swych progach. Została u nich całe lato.
W tym czasie, nie bez pomocy Ted’a, w jej głowie zrodziło się marzenie o własnej kawiarnio -herbaciarni. Obojgu rodzicom spodobał się taki pomysł i przez resztę wakacji w trójkę układali plany. A że Theodor zdolny był udzielić córce pożyczki, Elizabeth z nową energią zabrała się do organizowania wszystkiego.
W połowie lipca Liz uświadomiła sobie, że minął już rok od czasu, kiedy zrobiła z siebie idiotkę nad tym przeklętym jeziorem. Od tamtego czasu, zbyt często śniła o Nim. Nie potrafiła wyrzucić Go ze swojej głowy. Jakby jej podświadomość, w zdradzieckiej zmowie z mózgiem, próbowała ją przekonać, że Liz jeszcze ma u Niego szansę.
Elizabeth nie wcieliła swoich planów w życie aż do końca sierpnia. Najwięcej czasu zajęło jej znalezienie odpowiedniego miejsca. Aż w końcu, kiedy była już na skraju porzucenia tego marzenia w diabły i rozważała poważnie zostanie bibliotekarką, znalazła idealny lokal przy Trafalgar Square.
Remont i urządzanie kawiarni zajęło jej kolejny miesiąc. W dzień uroczystego otwarcia wszystko było tak, jak to sobie wyobrażała.
Był to lokal nawiązujący do Paryża w latach dwudziestych. Panna Vane postarała się, by wchodząc do środka, miało się wrażenie, jakby czas cofnął się o te 90 lat. Była zadowolona.
Równolegle zajęła się szukaniem pracowników, w szczególności zaś baristy. Ostatecznie zatrudniła dziewczynę, która pomimo młodego wieku, miała całkiem imponujące doświadczenie, a, co też nie było bez znaczenia, zrobiona przez nią kawa niezwykle Elizabeth smakowała.
Z pochodzenia Polka, która niedawno przeprowadziła się do Londynu. Po angielsku mówiła bardzo dobrze, choć z dziwnym akcentem. Nazywała się Isabella Nowowiejska. Była bardzo sympatyczna i panna Vane polubiła ją od pierwszego spotkania. Po części dlatego zatrudniła właśnie ją.
Bella, jak wkrótce zaczęła się do swojej nowej koleżanki zwracać Liz, była szczupłą, niebieskooką blondynką o dość pełnych kształtach. Uśmiech niemal nie schodził jej z twarzy. Śmiała się głośno i często, rzucała wszystkim masę komplementów, była otwarta i dzięki temu szybko nawiązywała kontakty.
Dwa tygodnie przed otwarciem kawiarni przyszło zaproszenie na ślub.
Nie, żeby nie tęskniła za domem, przeciwnie. Po prostu wiedziała, że On już wrócił do Oksfordu. Nie miała ochoty na spotkanie z Nim. Prawdopodobnie właśnie dlatego czas spędzony we Włoszech zleciał jej tak szybko.
Odetchnęła w duchu z ulgą, gdy dowiedziała się przypadkiem, że On wyprowadził się z uniwersyteckiego miasta. Nie dowiedziała się, gdzie On teraz mieszka. Bała się wypytywać znajomych o szczegóły Jego wojaży. Nie chciała wzbudzać podejrzeń, które mogłaby wywołać jej ciekawość.
Czas do czerwca, kolejne kilka miesięcy, zleciał jej jeszcze szybciej. Wkrótce obroniła pracę magisterską i ani się obejrzała, już miała wakacje.
Wbrew pozorom, nie był to dla niej szczęśliwy okres. Elizabeth nie bardzo wiedziała, jaki powinien być następny etap w jej życiu. Mogła pozostać na uczelni i z czasem zdobywać kolejne akademickie tytuły, ale nie była pewna, czy naprawdę tego chce. Wiedziała, że oksfordzka biblioteka powitałaby ją z otwartymi ramionami, ale jakkolwiek praca tam była idealna jako zajęcie dorywcze, panna Vane nie miała zamiaru spędzić reszty życia jako bibliotekarka.
Rozterki te spowodowały, że Liz zdecydowała się odwiedzić mieszkających pod Londynem rodziców. Potrzebowała dobrej rady, a jeśli znała osobę, od której taką można dostać, to był ją jej ojciec.
Theodor i Emily Vane z radością powitali córkę w swych progach. Została u nich całe lato.
W tym czasie, nie bez pomocy Ted’a, w jej głowie zrodziło się marzenie o własnej kawiarnio -herbaciarni. Obojgu rodzicom spodobał się taki pomysł i przez resztę wakacji w trójkę układali plany. A że Theodor zdolny był udzielić córce pożyczki, Elizabeth z nową energią zabrała się do organizowania wszystkiego.
W połowie lipca Liz uświadomiła sobie, że minął już rok od czasu, kiedy zrobiła z siebie idiotkę nad tym przeklętym jeziorem. Od tamtego czasu, zbyt często śniła o Nim. Nie potrafiła wyrzucić Go ze swojej głowy. Jakby jej podświadomość, w zdradzieckiej zmowie z mózgiem, próbowała ją przekonać, że Liz jeszcze ma u Niego szansę.
Elizabeth nie wcieliła swoich planów w życie aż do końca sierpnia. Najwięcej czasu zajęło jej znalezienie odpowiedniego miejsca. Aż w końcu, kiedy była już na skraju porzucenia tego marzenia w diabły i rozważała poważnie zostanie bibliotekarką, znalazła idealny lokal przy Trafalgar Square.
Remont i urządzanie kawiarni zajęło jej kolejny miesiąc. W dzień uroczystego otwarcia wszystko było tak, jak to sobie wyobrażała.
Był to lokal nawiązujący do Paryża w latach dwudziestych. Panna Vane postarała się, by wchodząc do środka, miało się wrażenie, jakby czas cofnął się o te 90 lat. Była zadowolona.
Równolegle zajęła się szukaniem pracowników, w szczególności zaś baristy. Ostatecznie zatrudniła dziewczynę, która pomimo młodego wieku, miała całkiem imponujące doświadczenie, a, co też nie było bez znaczenia, zrobiona przez nią kawa niezwykle Elizabeth smakowała.
Z pochodzenia Polka, która niedawno przeprowadziła się do Londynu. Po angielsku mówiła bardzo dobrze, choć z dziwnym akcentem. Nazywała się Isabella Nowowiejska. Była bardzo sympatyczna i panna Vane polubiła ją od pierwszego spotkania. Po części dlatego zatrudniła właśnie ją.
Bella, jak wkrótce zaczęła się do swojej nowej koleżanki zwracać Liz, była szczupłą, niebieskooką blondynką o dość pełnych kształtach. Uśmiech niemal nie schodził jej z twarzy. Śmiała się głośno i często, rzucała wszystkim masę komplementów, była otwarta i dzięki temu szybko nawiązywała kontakty.
Dwa tygodnie przed otwarciem kawiarni przyszło zaproszenie na ślub.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz