-Tak się cieszę, Lucy -powiedziała Elizabeth ze
szczerym uśmiechem na uszminkowanych ustach i mocno przytuliła przyjaciółkę.
-Będziesz moją druhną, prawda, Liz?
-Oczywiście. Choć i tak jestem na ciebie wściekła -dodała jasnowłosa, choć nic na to nie wskazywało.
Brunetka uniosła pytająco brwi.
-Zaręczyłaś się i nic mi nie powiedziałaś? -spytała panna Vane lekko obrażonym tonem.
-To nie była wiadomość na telefon. A jakoś nie miałam czasu na wycieczkę do Londynu.
-Będziesz więc musiała znaleźć go trochę. Masz -mówiąc to, Lizzy wręczyła niebieskookiej zaproszenie na otwarcie kawiarni Kafkaesque.
-Co to jest?
-Zaproszenie. Otwieram kawiarnię przy Trafalgar Square.
-Nie wiem, co powiedzieć -odparła Lucy. -Dlaczego nic nie mówiłaś?
-To nie była rozmowa na telefon -spapugowała przyjaciółkę Elizabeth. -Żartuję. To miała być niespodzianka.
-Nie miałam pojęcia, że…
-Że co?
-No wiesz. Że to jest to, co chcesz robić w życiu -powiedziała ostrożnie Lucy. -Prowadzić kawiarnię.
Jasnowłosa wzruszyła ramionami.
-Prawdę mówiąc, ja też nie. Do niedawna. Ale nie sądziłam, że skończenie mojego kierunku okaże się aż tak bezużyteczne -zaśmiała się.
Brunetka pacnęła ją w ramię.
-To nieprawda.
-Prawda, prawda -zaoponowała Liz, uśmiechając się. -Ale to nie ma znaczenia. Przyjedziesz, prawda?
-Przyjadę. Razem z Edmundem.
-Niczego innego nie oczekuję. Posłuchaj, skoro już będziesz w mieście, to może pójdziemy na zakupy…
Urwała, bo drzwi do mieszkania otworzyły się i do środka weszli Edmund Thwaites i profesor William Drake.
Elizabeth zamarła na sekundę. Nie widziała go od incydentu we Florencji… prawie od roku. W jednej chwili poczuła mieszankę sprzecznych emocji: zażenowanie, zdenerwowanie, żal, smutek, namiastkę radości.
Był tak pociągająco nieprzystojny, jak zawsze.
-Edmund! -Lucy wstała, by pocałunkiem przywitać swojego narzeczonego. Liz nie ruszyła się z miejsca i by zająć czymkolwiek trzęsące się lekko ręce, upiła łyk herbaty ze swojej filiżanki.
Powitanie panny Pulver i Drake’a lekko zdziwiło jasnowłosą. Wyglądali na bardzo dobrych znajomych.
-Cześć, Liz! -zawołał Edmund i chcąc nie chcąc, musiała wstać i się z nim przywitać. William zaszczycił ją tylko chłodnym skinieniem głowy. Nienawidziła się za rumieniec, który nagle wykwitł na jej twarzy pod wpływem jego oceniającego spojrzenia.
-Dzień dobry, profesorze -odparła cicho do jego pleców, kiedy już wraz z Edmundem udali się do gabinetu.
-Elizabeth. Nie mów mi, że po tak długim czasie wciąż…
-Nic na to nie poradzę -rzekła jasnowłosa beznamiętnym tonem.
Panna Pulver przez chwilę przyglądała się przenikliwie swojej przyjaciółce. W jej głowie błyskawicznie skrystalizował się plan, kontynuacja jej wysiłków z lipca zeszłego roku… koniecznie musiała pamiętać, by później przedyskutować wszystko ze swoim narzeczonym.
-Będziesz moją druhną, prawda, Liz?
-Oczywiście. Choć i tak jestem na ciebie wściekła -dodała jasnowłosa, choć nic na to nie wskazywało.
Brunetka uniosła pytająco brwi.
-Zaręczyłaś się i nic mi nie powiedziałaś? -spytała panna Vane lekko obrażonym tonem.
-To nie była wiadomość na telefon. A jakoś nie miałam czasu na wycieczkę do Londynu.
-Będziesz więc musiała znaleźć go trochę. Masz -mówiąc to, Lizzy wręczyła niebieskookiej zaproszenie na otwarcie kawiarni Kafkaesque.
-Co to jest?
-Zaproszenie. Otwieram kawiarnię przy Trafalgar Square.
-Nie wiem, co powiedzieć -odparła Lucy. -Dlaczego nic nie mówiłaś?
-To nie była rozmowa na telefon -spapugowała przyjaciółkę Elizabeth. -Żartuję. To miała być niespodzianka.
-Nie miałam pojęcia, że…
-Że co?
-No wiesz. Że to jest to, co chcesz robić w życiu -powiedziała ostrożnie Lucy. -Prowadzić kawiarnię.
Jasnowłosa wzruszyła ramionami.
-Prawdę mówiąc, ja też nie. Do niedawna. Ale nie sądziłam, że skończenie mojego kierunku okaże się aż tak bezużyteczne -zaśmiała się.
Brunetka pacnęła ją w ramię.
-To nieprawda.
-Prawda, prawda -zaoponowała Liz, uśmiechając się. -Ale to nie ma znaczenia. Przyjedziesz, prawda?
-Przyjadę. Razem z Edmundem.
-Niczego innego nie oczekuję. Posłuchaj, skoro już będziesz w mieście, to może pójdziemy na zakupy…
Urwała, bo drzwi do mieszkania otworzyły się i do środka weszli Edmund Thwaites i profesor William Drake.
Elizabeth zamarła na sekundę. Nie widziała go od incydentu we Florencji… prawie od roku. W jednej chwili poczuła mieszankę sprzecznych emocji: zażenowanie, zdenerwowanie, żal, smutek, namiastkę radości.
Był tak pociągająco nieprzystojny, jak zawsze.
-Edmund! -Lucy wstała, by pocałunkiem przywitać swojego narzeczonego. Liz nie ruszyła się z miejsca i by zająć czymkolwiek trzęsące się lekko ręce, upiła łyk herbaty ze swojej filiżanki.
Powitanie panny Pulver i Drake’a lekko zdziwiło jasnowłosą. Wyglądali na bardzo dobrych znajomych.
-Cześć, Liz! -zawołał Edmund i chcąc nie chcąc, musiała wstać i się z nim przywitać. William zaszczycił ją tylko chłodnym skinieniem głowy. Nienawidziła się za rumieniec, który nagle wykwitł na jej twarzy pod wpływem jego oceniającego spojrzenia.
-Dzień dobry, profesorze -odparła cicho do jego pleców, kiedy już wraz z Edmundem udali się do gabinetu.
-Elizabeth. Nie mów mi, że po tak długim czasie wciąż…
-Nic na to nie poradzę -rzekła jasnowłosa beznamiętnym tonem.
Panna Pulver przez chwilę przyglądała się przenikliwie swojej przyjaciółce. W jej głowie błyskawicznie skrystalizował się plan, kontynuacja jej wysiłków z lipca zeszłego roku… koniecznie musiała pamiętać, by później przedyskutować wszystko ze swoim narzeczonym.
*
Kiedy weszli do mieszkania, wielka bryła lodu
zwaliła się do żołądka Drake’a.
Lucy nie była sama. Towarzyszyła jej młoda, niewysoka, szczuplutka kobieta o prawie białych włosach i oczach koloru płynnej rtęci.
William nie widział Elizabeth Vane od jedenastu miesięcy i prawie zapomniał, jaka jest piękna.
Miała na sobie ciemne jeansy, szary, miękki sweter i fantazyjnie ułożoną na nieistniejącym dekolcie krwistoczerwoną chustę, a na nogach czarne, skórzane botki na około siedmiocentymetrowym obcasie.
Oczy podkreślone czarną i kredką i bordowa szminka na ustach dopełniały dzieła.
Lucy wstała i przywitała ich, a kilka sekund potem z kanapy podniosła się też Elizabeth. Edmund pocałował ją w policzek, a kiedy odwróciła się niepewnie w jego stronę, szybko i w milczeniu skinął jej głową. Nie mógł się pokusić o nic innego, był zbyt zaskoczony jej widokiem.
Panna Vane zdążyła tylko wdzięcznie się zarumienić, bo domyślny Edmund niemal od razu pogonił swego przyjaciela do gabinetu.
Tam usadził go na krześle po drugiej stronie biurka i niemal siłą wcisnął mu do ręki szklaneczkę z odrobiną szkockiej.
-Wszystko w porządku? -spytał blondyn.
-Tak. Oczywiście. Dlaczego pytasz?
Edmund wzruszył ramionami.
-Wiem, że coś między wami było.
Czarnowłosy rzucił mu spojrzenie spode łba.
-Właśnie -warknął. -Było.
Thwaites przewrócił oczami.
-Nieważne. Przejdźmy do rzeczy -powiedział, upijając łyk bursztynowego płynu. -Chciałbym, żebyś został moim drużbą.
Drake kiwnął głową, po czym uśmiechnął się zjadliwie.
-Zgaduję, że panna Vane została dziś poproszona o to samo.
-Pewnie tak. Przypuszczam, że tak -dodał Edmund niepotrzebnie.
Zapadło milczenie, przerwane w końcu przez blondyna.
-Wiesz, w grę może wchodzić jeden taniec -ostrzegł.
William zamyślił się. Jeden taniec… Dramatyczna strona jego natury drgnęła na tę myśl, postrzegając to jako okazję do finalnego zakończenia Jej wątku w jego życiu.
Wzruszył ramionami, by pokazać przyjacielowi, że nie robi to na nim wrażenia. Ale nie był pewien, czy zdołał go przekonać.
Drake dopił szkocką.
-Naprawdę się cieszę -powiedział, bo czuł, że powinien. -Masz szczęście.
-Wiem -odparł beztrosko Edmund.
Ty też, dodał w myślach. Tylko nie chcesz z tego skorzystać.
Lucy nie była sama. Towarzyszyła jej młoda, niewysoka, szczuplutka kobieta o prawie białych włosach i oczach koloru płynnej rtęci.
William nie widział Elizabeth Vane od jedenastu miesięcy i prawie zapomniał, jaka jest piękna.
Miała na sobie ciemne jeansy, szary, miękki sweter i fantazyjnie ułożoną na nieistniejącym dekolcie krwistoczerwoną chustę, a na nogach czarne, skórzane botki na około siedmiocentymetrowym obcasie.
Oczy podkreślone czarną i kredką i bordowa szminka na ustach dopełniały dzieła.
Lucy wstała i przywitała ich, a kilka sekund potem z kanapy podniosła się też Elizabeth. Edmund pocałował ją w policzek, a kiedy odwróciła się niepewnie w jego stronę, szybko i w milczeniu skinął jej głową. Nie mógł się pokusić o nic innego, był zbyt zaskoczony jej widokiem.
Panna Vane zdążyła tylko wdzięcznie się zarumienić, bo domyślny Edmund niemal od razu pogonił swego przyjaciela do gabinetu.
Tam usadził go na krześle po drugiej stronie biurka i niemal siłą wcisnął mu do ręki szklaneczkę z odrobiną szkockiej.
-Wszystko w porządku? -spytał blondyn.
-Tak. Oczywiście. Dlaczego pytasz?
Edmund wzruszył ramionami.
-Wiem, że coś między wami było.
Czarnowłosy rzucił mu spojrzenie spode łba.
-Właśnie -warknął. -Było.
Thwaites przewrócił oczami.
-Nieważne. Przejdźmy do rzeczy -powiedział, upijając łyk bursztynowego płynu. -Chciałbym, żebyś został moim drużbą.
Drake kiwnął głową, po czym uśmiechnął się zjadliwie.
-Zgaduję, że panna Vane została dziś poproszona o to samo.
-Pewnie tak. Przypuszczam, że tak -dodał Edmund niepotrzebnie.
Zapadło milczenie, przerwane w końcu przez blondyna.
-Wiesz, w grę może wchodzić jeden taniec -ostrzegł.
William zamyślił się. Jeden taniec… Dramatyczna strona jego natury drgnęła na tę myśl, postrzegając to jako okazję do finalnego zakończenia Jej wątku w jego życiu.
Wzruszył ramionami, by pokazać przyjacielowi, że nie robi to na nim wrażenia. Ale nie był pewien, czy zdołał go przekonać.
Drake dopił szkocką.
-Naprawdę się cieszę -powiedział, bo czuł, że powinien. -Masz szczęście.
-Wiem -odparł beztrosko Edmund.
Ty też, dodał w myślach. Tylko nie chcesz z tego skorzystać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz