Do ostatniej chwili William nie wiedział, jak Edmund
i Lucy zdołali namówić go na tę farsę. Zjawili się w jego mieszkaniu jakąś
godzinę temu i orzekli, że zabierają go na imprezę, że jakaś tam ich znajoma
otwiera kawiarnię przy Trafalgar Square, jakieś pięć minut drogi piechotą od
jego apartamentu.
Niemal cały ten czas zajęło im przekonywanie go i choć wyszykował się jak zwykle szybko i tak zdążyli się lekko spóźnić.
Edmund nie przesadzał -kawiarnia Kafkaesque była naprawdę blisko. Drake nawet zwrócił kiedyś na nią uwagę, kiedy wracał do domu. Ale wtedy nie była jeszcze otwarta, a w oknie wisiał plakat z napisem: Wkrótce otwarcie, zapraszamy!
W środku było już sporo ludzi, w większości w wieku Edmunda i Lucy. William zaklął w myślach i obiecał sobie, że zwinie się stamtąd przy najbliższej możliwej okazji.
Ledwo zdążyli wejść i zdjąć płaszcze, gdy przecisnęła się do nich Elizabeth Vane.
-Jesteście nareszcie! -krzyknęła entuzjastycznie z szerokim uśmiechem na ładnie skrojonych wargach, który zmalał zauważalnie, gdy tylko go zobaczyła.
Była ubrana w jeansy, granatową marynarkę z modnie podwiniętymi rękawkami, a pod nią wsuniętą w spodnie i eksponującą cieniutki paseczek jasnokremową bluzeczkę, na dekolcie i ramionach zrobioną jedynie z misternej koronki. Jej zamszowe botki na wysokim obcasie były kolorystycznie dopasowane do marynarki.
-Lizzy -powiedziała Lucy, przytulając przyjaciółkę. -Tu jest naprawdę wspaniale.
William nie mógł usłyszeć, że nim kobiety się od siebie odsunęły, brązowowłosa wyszeptała: -Nie gniewasz się że go przyprowadziliśmy, prawda?
Jasnowłosa przywitała się także z Thwaites’em. Drake był nieco zaskoczony, gdy i do niego wyciągnęła rękę w przyjaznym geście, mówiąc:
-Zapraszam, profesorze.
Uścisnął jej małą dłoń patrząc w obramowane granatowym cieniem oczy. Zmieszała się i szybko odsunęła rękę, uśmiechnęła się delikatnie, by zatrzeć złe wrażenie i dodała:
-Bella poda wam co tylko chcecie.
Po czym odwróciła się i zniknęła w tłumie gości.
-To jej kawiarnia? -spytał Drake Edmunda. W jego głosie pobrzmiewało niebotyczne zdumienie.
-Też byłem zaskoczony, gdy się dowiedziałem -odparł Thwaites wesoło. -Nie powiedzieliśmy ci, bo za żadne skarby byś z nami nie poszedł -dodał.
We trójkę postanowili uraczyć się szampanem i blond włosa dziewczyna za kontuarem, która musiała być Bellą, podała im z uśmiechem trzy kieliszki napełnione złotym trunkiem.
Dopiero wtedy William rozejrzał się uważniej po kawiarni i uznał, że naprawdę mu się tam podoba. Pomieszczenie urządzone było w stylu lat 20., w środku panował lekki półmrok, ściany obwieszone były portretami i karykaturami najsławniejszych ludzi tamtej epoki. W rogu spiralne schody z żelazną barierką o kwiatowym motywie zdradzały, że kawiarnia jest dwupiętrowa.
Dopił szampana stojąc przy kontuarze. Nawet nie zauważył, kiedy został sam. Zirytował go fakt, że jego przyjście tutaj nie miało najmniejszego sensu. Odstawił pusty kieliszek na blat z ciemnego drewna.
-Dolać panu?
Odwrócił się. Bella uśmiechała się do niego tak ładnie, że musiał to odwzajemnić.
-Proszę -odpowiedział.
Dolewając mu szampana, zagadnęła go ponownie.
-Pan musi być tym profesorem Drake’iem, o którym tyle słyszałam -rzekła.
Zmarszczył brwi.
-Skąd pani wie?
Wzruszyła ramionami i oparła się łokciami o blat.
-Proszę mnie nie zdradzić, jeśli powiem, że Elizabeth mi o panu opowiadała.
Puściła do niego oko.
Interesujące.
-Doprawdy? -spytał, unosząc jedną brew. -A co takiego mówiła?
Blondynka wyszczerzyła się.
-Między innymi to, że pańska słynna brew jest… nie no, tego nie mogę panu powiedzieć -zaśmiała się dźwięcznie.
-Dlaczego nie? -spytał aksamitnym głosem, ale jego plan spalił na panewce, bo Isabella zachichotała raz jeszcze.
-O tym głosie też już co nieco wiem.
-A konkretnie?
-Mniej więcej to samo, co o brwi.
Znowu do niego mrugnęła.
Bardzo interesujące.
-Coś jeszcze?
-Z tych ciekawszych, to chyba tyle -mruknęła Bella. -Przykro mi.
-Na pewno nie zechce pani zdradzić…
-Na pewno, profesorze -odrzekła dziewczyna, uśmiechając się półgębkiem. -Elizabeth by mnie zabiła -dodała konspiracyjnie.
-Za co bym cię zabiła? -spytała nagle zza jego pleców panna Vane.
Isabella posłała mu spojrzenie „A nie mówiłam?” i odpowiedziała z niewinną miną:
-Za wyjawienie epitetu, jakim w chwilach wzburzenia określasz czasem brew i głos pana profesora.
Jasnowłosa zamarła na sekundę, po czym uśmiechnęła się wymuszenie i odparła, siląc się na wesołość:
-O tak. Za to bym cię zabiła.
Bella wzruszyła ramionami i zajęła się gośćmi, zostawiając ich sam na sam.
-Mam nadzieję, że nie ma mi pani za złe wproszenia się -powiedział William, by przerwać niezręczną ciszę.
-Nie. Oczywiście, że nie -zawahała się. -Miło pana znów zobaczyć. Dawno… -urwała i odwróciła wzrok.
-To prawda -rzekł, przyjmując jej propozycję normalnej rozmowy. -Gratuluję -dodał.
Spojrzała na niego pytająco.
-Słyszałem, że się pani obroniła -wyjaśnił.
-Ach, no tak. Dziękuję.
-Wnioskuję, że mieszka pani na stałe w Londynie.
-Tak. A pan… wrócił już do Oksfordu? -spytała, a on z lekkim bólem w klatce piersiowej wychwycił w jej głosie promyk nadziei.
-Nie wracam do Oksfordu -odparł chłodno.
-Londyn?
-O tak.
Zaskoczyła go, uśmiechając się blado.
-Oczywiście -powiedziała. -Nie chcę pana urazić, mówiąc, że to miasto pasuje do pana.
-Nie czuję się urażony.
Miała rację. To, jak tęsknił za Londynem, uświadomił sobie dopiero, gdy tu wrócił.
-Ten pomysł… -dodał po chwili, powstrzymując ją od odejścia.
-Jaki pomysł?
-Lata 20. -odparł. -Wyjątkowo udany. Zawsze lubiłem ten okres… -zawahał się, po czym westchnął. -Powinna pani poświęcić czas też innym gościom -zauważył.
-Jak zawsze ma pan rację -odpowiedziała po chwili i odwróciła się, po czym rzuciła przez ramię. -Proszę nie wychodzić.
Nie odpowiedział.
Kiedy pozostawiony samemu sobie oparł się o kontuar, usłyszał:
-Podać coś panu, profesorze?
-Macie tu szkocką? -spytał.
-Już podaję -odparła dziewczyna. -Więc -spytała zaciekawionym tonem, krzątając się za ladą. -Jak poszło?
-Co pani ma na myśli?
Załamała ręce teatralnym gestem.
-Boże drogi -westchnęła. -Oboje jesteście pokręceni.
Zmarszczył brwi.
-Cóż, zmuszony jestem powtórzyć moje pytanie. Co pani ma na myśli? -rzekł, biorąc do ręki szklankę z trunkiem.
Nachyliła się ku niemu.
-Kiedy rozmawiacie -szepnęła -powietrze iskrzy się niemal widocznie, że się tak poetycko wyrażę.
Odsunęła się, a Drake przewrócił oczami.
-Trzeba czegoś więcej, panno Bello.
Zaśmiała się.
-Jeszcze nigdy mnie tak nie nazwano -wyjaśniła. -Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Elizabeth tak pana nie lubiła. Na studiach -dodała, zauważając lekkie zdziwienie na jego twarzy.
-Nie chciałaby mnie pani spotkać na auli uniwersyteckiej -odparł z szelmowskim uśmiechem. -Poza tym, jestem już lekko…
-Ach tak. Więc, spełni pan jej prośbę?
-Słucham?
-Zostanie pan?
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
-Cóż, ja…
Dziewczyna w mig zrozumiała jego intencję.
-Proszę mi podać ramię -rozkazała. -Oprowadzę pana po kawiarni. Był pan już na piętrze?
Niemal cały ten czas zajęło im przekonywanie go i choć wyszykował się jak zwykle szybko i tak zdążyli się lekko spóźnić.
Edmund nie przesadzał -kawiarnia Kafkaesque była naprawdę blisko. Drake nawet zwrócił kiedyś na nią uwagę, kiedy wracał do domu. Ale wtedy nie była jeszcze otwarta, a w oknie wisiał plakat z napisem: Wkrótce otwarcie, zapraszamy!
W środku było już sporo ludzi, w większości w wieku Edmunda i Lucy. William zaklął w myślach i obiecał sobie, że zwinie się stamtąd przy najbliższej możliwej okazji.
Ledwo zdążyli wejść i zdjąć płaszcze, gdy przecisnęła się do nich Elizabeth Vane.
-Jesteście nareszcie! -krzyknęła entuzjastycznie z szerokim uśmiechem na ładnie skrojonych wargach, który zmalał zauważalnie, gdy tylko go zobaczyła.
Była ubrana w jeansy, granatową marynarkę z modnie podwiniętymi rękawkami, a pod nią wsuniętą w spodnie i eksponującą cieniutki paseczek jasnokremową bluzeczkę, na dekolcie i ramionach zrobioną jedynie z misternej koronki. Jej zamszowe botki na wysokim obcasie były kolorystycznie dopasowane do marynarki.
-Lizzy -powiedziała Lucy, przytulając przyjaciółkę. -Tu jest naprawdę wspaniale.
William nie mógł usłyszeć, że nim kobiety się od siebie odsunęły, brązowowłosa wyszeptała: -Nie gniewasz się że go przyprowadziliśmy, prawda?
Jasnowłosa przywitała się także z Thwaites’em. Drake był nieco zaskoczony, gdy i do niego wyciągnęła rękę w przyjaznym geście, mówiąc:
-Zapraszam, profesorze.
Uścisnął jej małą dłoń patrząc w obramowane granatowym cieniem oczy. Zmieszała się i szybko odsunęła rękę, uśmiechnęła się delikatnie, by zatrzeć złe wrażenie i dodała:
-Bella poda wam co tylko chcecie.
Po czym odwróciła się i zniknęła w tłumie gości.
-To jej kawiarnia? -spytał Drake Edmunda. W jego głosie pobrzmiewało niebotyczne zdumienie.
-Też byłem zaskoczony, gdy się dowiedziałem -odparł Thwaites wesoło. -Nie powiedzieliśmy ci, bo za żadne skarby byś z nami nie poszedł -dodał.
We trójkę postanowili uraczyć się szampanem i blond włosa dziewczyna za kontuarem, która musiała być Bellą, podała im z uśmiechem trzy kieliszki napełnione złotym trunkiem.
Dopiero wtedy William rozejrzał się uważniej po kawiarni i uznał, że naprawdę mu się tam podoba. Pomieszczenie urządzone było w stylu lat 20., w środku panował lekki półmrok, ściany obwieszone były portretami i karykaturami najsławniejszych ludzi tamtej epoki. W rogu spiralne schody z żelazną barierką o kwiatowym motywie zdradzały, że kawiarnia jest dwupiętrowa.
Dopił szampana stojąc przy kontuarze. Nawet nie zauważył, kiedy został sam. Zirytował go fakt, że jego przyjście tutaj nie miało najmniejszego sensu. Odstawił pusty kieliszek na blat z ciemnego drewna.
-Dolać panu?
Odwrócił się. Bella uśmiechała się do niego tak ładnie, że musiał to odwzajemnić.
-Proszę -odpowiedział.
Dolewając mu szampana, zagadnęła go ponownie.
-Pan musi być tym profesorem Drake’iem, o którym tyle słyszałam -rzekła.
Zmarszczył brwi.
-Skąd pani wie?
Wzruszyła ramionami i oparła się łokciami o blat.
-Proszę mnie nie zdradzić, jeśli powiem, że Elizabeth mi o panu opowiadała.
Puściła do niego oko.
Interesujące.
-Doprawdy? -spytał, unosząc jedną brew. -A co takiego mówiła?
Blondynka wyszczerzyła się.
-Między innymi to, że pańska słynna brew jest… nie no, tego nie mogę panu powiedzieć -zaśmiała się dźwięcznie.
-Dlaczego nie? -spytał aksamitnym głosem, ale jego plan spalił na panewce, bo Isabella zachichotała raz jeszcze.
-O tym głosie też już co nieco wiem.
-A konkretnie?
-Mniej więcej to samo, co o brwi.
Znowu do niego mrugnęła.
Bardzo interesujące.
-Coś jeszcze?
-Z tych ciekawszych, to chyba tyle -mruknęła Bella. -Przykro mi.
-Na pewno nie zechce pani zdradzić…
-Na pewno, profesorze -odrzekła dziewczyna, uśmiechając się półgębkiem. -Elizabeth by mnie zabiła -dodała konspiracyjnie.
-Za co bym cię zabiła? -spytała nagle zza jego pleców panna Vane.
Isabella posłała mu spojrzenie „A nie mówiłam?” i odpowiedziała z niewinną miną:
-Za wyjawienie epitetu, jakim w chwilach wzburzenia określasz czasem brew i głos pana profesora.
Jasnowłosa zamarła na sekundę, po czym uśmiechnęła się wymuszenie i odparła, siląc się na wesołość:
-O tak. Za to bym cię zabiła.
Bella wzruszyła ramionami i zajęła się gośćmi, zostawiając ich sam na sam.
-Mam nadzieję, że nie ma mi pani za złe wproszenia się -powiedział William, by przerwać niezręczną ciszę.
-Nie. Oczywiście, że nie -zawahała się. -Miło pana znów zobaczyć. Dawno… -urwała i odwróciła wzrok.
-To prawda -rzekł, przyjmując jej propozycję normalnej rozmowy. -Gratuluję -dodał.
Spojrzała na niego pytająco.
-Słyszałem, że się pani obroniła -wyjaśnił.
-Ach, no tak. Dziękuję.
-Wnioskuję, że mieszka pani na stałe w Londynie.
-Tak. A pan… wrócił już do Oksfordu? -spytała, a on z lekkim bólem w klatce piersiowej wychwycił w jej głosie promyk nadziei.
-Nie wracam do Oksfordu -odparł chłodno.
-Londyn?
-O tak.
Zaskoczyła go, uśmiechając się blado.
-Oczywiście -powiedziała. -Nie chcę pana urazić, mówiąc, że to miasto pasuje do pana.
-Nie czuję się urażony.
Miała rację. To, jak tęsknił za Londynem, uświadomił sobie dopiero, gdy tu wrócił.
-Ten pomysł… -dodał po chwili, powstrzymując ją od odejścia.
-Jaki pomysł?
-Lata 20. -odparł. -Wyjątkowo udany. Zawsze lubiłem ten okres… -zawahał się, po czym westchnął. -Powinna pani poświęcić czas też innym gościom -zauważył.
-Jak zawsze ma pan rację -odpowiedziała po chwili i odwróciła się, po czym rzuciła przez ramię. -Proszę nie wychodzić.
Nie odpowiedział.
Kiedy pozostawiony samemu sobie oparł się o kontuar, usłyszał:
-Podać coś panu, profesorze?
-Macie tu szkocką? -spytał.
-Już podaję -odparła dziewczyna. -Więc -spytała zaciekawionym tonem, krzątając się za ladą. -Jak poszło?
-Co pani ma na myśli?
Załamała ręce teatralnym gestem.
-Boże drogi -westchnęła. -Oboje jesteście pokręceni.
Zmarszczył brwi.
-Cóż, zmuszony jestem powtórzyć moje pytanie. Co pani ma na myśli? -rzekł, biorąc do ręki szklankę z trunkiem.
Nachyliła się ku niemu.
-Kiedy rozmawiacie -szepnęła -powietrze iskrzy się niemal widocznie, że się tak poetycko wyrażę.
Odsunęła się, a Drake przewrócił oczami.
-Trzeba czegoś więcej, panno Bello.
Zaśmiała się.
-Jeszcze nigdy mnie tak nie nazwano -wyjaśniła. -Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Elizabeth tak pana nie lubiła. Na studiach -dodała, zauważając lekkie zdziwienie na jego twarzy.
-Nie chciałaby mnie pani spotkać na auli uniwersyteckiej -odparł z szelmowskim uśmiechem. -Poza tym, jestem już lekko…
-Ach tak. Więc, spełni pan jej prośbę?
-Słucham?
-Zostanie pan?
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
-Cóż, ja…
Dziewczyna w mig zrozumiała jego intencję.
-Proszę mi podać ramię -rozkazała. -Oprowadzę pana po kawiarni. Był pan już na piętrze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz