-Co za impreza -powiedziała Bella, wycierając ręce w
lnianą szmatkę.
Elizabeth kiwnęła głową.
-Chyba się udała.
Obie usiadły przy jednym ze stolików i uraczyły się resztką szampana.
-Pewnie mnie nie spytasz -zaczęła blondynka. -Więc sama ci powiem.
-Powiesz mi…
-O moich odczuciach. Wobec pewnego czarnowłosego profesora.
-Och. Cóż, przypuszczam, że to nieuniknione -westchnęła jasnowłosa.
-Owszem -odparła wesoło Isabella. -Moje refleksje będą krótkie, bo jest już późno i chcę iść do domu -dopiła resztkę trunku. -Dzięki Bogu, że jutro niedziela. No, w każdym razie. Powiem ci to, co powiedziałam i jemu. Kiedy rozmawiacie, powietrze aż się iskrzy.
Elizabeth milczała przez chwilę.
-A co on na to? -spytała cicho.
-Że trzeba czegoś więcej.
-Ma rację. Gdyby to wystarczało… -uśmiechnęła się do siebie.
-To co?
-Kto wie, gdzie byśmy dzisiaj byli. Ale moja droga, musisz zrozumieć…
-Tak?
-On był moim nauczycielem. Nie wydawałoby ci się to… niewłaściwe, gdybyśmy…
Blondynka zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.
-Szczerze mówiąc, nie wiem. Z boku: nie, nie wydawałoby mi się. Ale gdybym była w twojej sytuacji… -wzruszyła ramionami. -Każdy zasługuje na szczęście. A coś mi mówi, że nie będziesz całkowicie szczęśliwa, jeśli jakoś…
-Jakoś co?
-Nie zakończysz tej sprawy -odparła poważnie Bella. - W ten czy inny sposób.
Elizabeth kiwnęła głową.
-Chyba się udała.
Obie usiadły przy jednym ze stolików i uraczyły się resztką szampana.
-Pewnie mnie nie spytasz -zaczęła blondynka. -Więc sama ci powiem.
-Powiesz mi…
-O moich odczuciach. Wobec pewnego czarnowłosego profesora.
-Och. Cóż, przypuszczam, że to nieuniknione -westchnęła jasnowłosa.
-Owszem -odparła wesoło Isabella. -Moje refleksje będą krótkie, bo jest już późno i chcę iść do domu -dopiła resztkę trunku. -Dzięki Bogu, że jutro niedziela. No, w każdym razie. Powiem ci to, co powiedziałam i jemu. Kiedy rozmawiacie, powietrze aż się iskrzy.
Elizabeth milczała przez chwilę.
-A co on na to? -spytała cicho.
-Że trzeba czegoś więcej.
-Ma rację. Gdyby to wystarczało… -uśmiechnęła się do siebie.
-To co?
-Kto wie, gdzie byśmy dzisiaj byli. Ale moja droga, musisz zrozumieć…
-Tak?
-On był moim nauczycielem. Nie wydawałoby ci się to… niewłaściwe, gdybyśmy…
Blondynka zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.
-Szczerze mówiąc, nie wiem. Z boku: nie, nie wydawałoby mi się. Ale gdybym była w twojej sytuacji… -wzruszyła ramionami. -Każdy zasługuje na szczęście. A coś mi mówi, że nie będziesz całkowicie szczęśliwa, jeśli jakoś…
-Jakoś co?
-Nie zakończysz tej sprawy -odparła poważnie Bella. - W ten czy inny sposób.
*
Elizabeth bardzo się zdziwiła, gdy pewnego marcowego
poranka do jej kawiarni wszedł profesor Drake, który zamówił na wynos jakąś
kawę, pogawędził chwilę z Bellą i wyszedł.
Jasnowłosa wyszła z zaplecza i podeszła do baristki.
-Czy to naprawdę był on? -spytała.
Isabella zachichotała.
-Co?
-Jesteś mało spostrzegawcza, szefowo. Twój pan profesor jest tu niemal codziennie. Przychodzi po poranną kawę. Zdradzić ci, jakie jest jego stałe zamówienie?
-Nie. Tylko... Jak ja mogłam tego nie zauważyć?
Niebieskooka wzruszyła ramionami.
-Jesteś zapracowana -stwierdziła.
- Interes się kręci. Na szczęście -powiedziała Lizzy. -W sumie nie powinnam się dziwić… Przecież mieszka bardzo niedaleko…
-Głośno myślisz? -spytała Bella, wyrywając pannę Vane z zamyślenia.
-Przypuszczam, że tak.
Elizabeth uśmiechnęła się. -Czyli zaprzyjaźniliście się już, hm?
-Jasne -odparła blondynka, szczerząc się. -A na poważnie, to ja go lubię.
-O.
-No tak.
-Jesteś jedną z nielicznych.
-Czyli Londyn mu służy.
-Cóż, na to wygląda.
-No dobrze, koniec o twoim profesorku.
Elizabeth skrzywiła się na te słowa.
-Nie jest mój -powiedziała sucho.
Niestety.
-Nie powiedziałabym -odparła Isabella. -Ale nieważne. Powiedz mi lepiej, jak tam Lucy i Edmund. Kiedy jest ten ich ślub, przypomnij mi, proszę.
-Na początku czerwca -poinformowała koleżankę Lizzy, po czym westchnęła. -Jestem okropną osobą, wiesz? Tak strasznie nie mam ochoty…
-Bo on tam będzie? -domyśliła się blondynka.
-Nie -zaprzeczyła jasnowłosa. -Nie tylko. Głównie, ponieważ idę sama.
-Może ktoś się jeszcze nawinie -próbowała pocieszać Bella.
Panna Vane pokręciła głową.
-Zaproszenie kogoś na ślub to poważna sprawa. Nie mam kolejnego tak bliskiego przyjaciela jak Edmund, który by to zrozumiał bez podtekstu -wyjaśniła.
-Poszłabym z tobą -powiedziała otwarcie dziewczyna. -Ale wolisz facetów.
-No, fakt. A ty nie -stwierdziła ostrożnie Liz.
-Jak kiedyś zmienisz zdanie… -mrugnęła do Elizabeth. -Żartuję -powiedziała szybko na widok miny jasnowłosej. -Spokojnie. Tak się składa, że mam kogoś.
-Och. Nie wiem co powiedzieć.
Bella zaśmiała się głośno.
-W porządku. Przypuszczam, że to część procesu poznawania się. No wiesz -znasz już mój mroczny sekret.
-Ech, ty mój też już znasz -odparła Lizzy, po czym rozmowa urwała się, kiedy w kawiarni pojawił się kolejny klient.
Jasnowłosa wyszła z zaplecza i podeszła do baristki.
-Czy to naprawdę był on? -spytała.
Isabella zachichotała.
-Co?
-Jesteś mało spostrzegawcza, szefowo. Twój pan profesor jest tu niemal codziennie. Przychodzi po poranną kawę. Zdradzić ci, jakie jest jego stałe zamówienie?
-Nie. Tylko... Jak ja mogłam tego nie zauważyć?
Niebieskooka wzruszyła ramionami.
-Jesteś zapracowana -stwierdziła.
- Interes się kręci. Na szczęście -powiedziała Lizzy. -W sumie nie powinnam się dziwić… Przecież mieszka bardzo niedaleko…
-Głośno myślisz? -spytała Bella, wyrywając pannę Vane z zamyślenia.
-Przypuszczam, że tak.
Elizabeth uśmiechnęła się. -Czyli zaprzyjaźniliście się już, hm?
-Jasne -odparła blondynka, szczerząc się. -A na poważnie, to ja go lubię.
-O.
-No tak.
-Jesteś jedną z nielicznych.
-Czyli Londyn mu służy.
-Cóż, na to wygląda.
-No dobrze, koniec o twoim profesorku.
Elizabeth skrzywiła się na te słowa.
-Nie jest mój -powiedziała sucho.
Niestety.
-Nie powiedziałabym -odparła Isabella. -Ale nieważne. Powiedz mi lepiej, jak tam Lucy i Edmund. Kiedy jest ten ich ślub, przypomnij mi, proszę.
-Na początku czerwca -poinformowała koleżankę Lizzy, po czym westchnęła. -Jestem okropną osobą, wiesz? Tak strasznie nie mam ochoty…
-Bo on tam będzie? -domyśliła się blondynka.
-Nie -zaprzeczyła jasnowłosa. -Nie tylko. Głównie, ponieważ idę sama.
-Może ktoś się jeszcze nawinie -próbowała pocieszać Bella.
Panna Vane pokręciła głową.
-Zaproszenie kogoś na ślub to poważna sprawa. Nie mam kolejnego tak bliskiego przyjaciela jak Edmund, który by to zrozumiał bez podtekstu -wyjaśniła.
-Poszłabym z tobą -powiedziała otwarcie dziewczyna. -Ale wolisz facetów.
-No, fakt. A ty nie -stwierdziła ostrożnie Liz.
-Jak kiedyś zmienisz zdanie… -mrugnęła do Elizabeth. -Żartuję -powiedziała szybko na widok miny jasnowłosej. -Spokojnie. Tak się składa, że mam kogoś.
-Och. Nie wiem co powiedzieć.
Bella zaśmiała się głośno.
-W porządku. Przypuszczam, że to część procesu poznawania się. No wiesz -znasz już mój mroczny sekret.
-Ech, ty mój też już znasz -odparła Lizzy, po czym rozmowa urwała się, kiedy w kawiarni pojawił się kolejny klient.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz