niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział 18

Ślub Lucy i Edmunda miał miejsce w Oksfordzie, w kościele Świętej Trójcy. Natomiast wesele miało odbyć się w posiadłości Katherine Stone.
William i Elizabeth ramię w ramię przeszli główną nawą kościoła, po czym ustawili się po obu stronach pastora, czekając na pannę młodą. Drake dyskretnie obserwował jej druhnę.
W czasie ostatnich kilku miesięcy niemal codziennie wpadał do jej kawiarni przy Trafalgar Square. Przez cały listopad ani razu jej nie widział, potem też zdarzało się to bardzo rzadko -Bella powiedziała mu, że jej szefowa jest okropnie zabiegana, ale Will nie do końca w to uwierzył. Podejrzewał, że go unikała. Co było nieszczególnie fortunne, ponieważ nie przychodził do Kafkaesque wyłącznie po wyśmienitą kawę.
Elizabeth nigdy nie wyglądała piękniej.
Ubrana była w ciemnoczerwoną sukienkę z cudownego materiału. Miała ona długie rękawy, była całkiem wąska, choć nie opinająca i sięgała dziewczynie troszkę przed kolano. Brak dekoltu rekompensowały w całości odsłonięte plecy. Do tego panna Vane włożyła wysokie czarne czółenka i biżuterię z onyksami, ten sam zestaw, co kiedyś na bankiecie.
Włosy uczesała w spływający po lewym ramieniu kłos, w którego wplotła krwistoczerwoną tasiemkę. W dłoniach trzymała bukiecik białych różyczek.
Efekt był powalający.
Uniosła oczy i popatrzyła prosto na niego. Uśmiechnęła się. Poczuł, że serce zabiło mu szybciej. Ale nie odwzajemnił uśmiechu, więc odwróciła wzrok.
Rozległa się muzyka organów i do kościoła wkroczyła panna młoda w towarzystwie swojego ojca. William zobaczył zachwycony wzrok Edmunda i nie mógł mu się dziwić. Lucy wyglądała naprawdę uroczo w swojej ślubnej sukni. Ale Drake nie mógł oderwać oczu od jej przyjaciółki.
Przez całą ceremonię Elizabeth zdawała się ignorować jego palące spojrzenie. Czasem jej wzrok prześlizgiwał się po jego twarzy, ale zaraz mknął dalej, nie poświęcając mu za dużo uwagi.
Mogłem odwzajemnić tamten uśmiech.
*

Edmund pocałował delikatnie swoją młodą żonę i oboje, rozpromienieni jak nigdy wcześniej, odwrócili się do tłumu gości, po czym przeszli po czerwonym dywanie i wyszli na zewnątrz kościoła.
Elizabeth i William podążali za młodą parą niczym cienie, z tą różnicą, że tylko ona była szeroko uśmiechnięta, on po prostu nieco mniej posępny niż zazwyczaj.
Beatrice pokręciła głową z niedowierzaniem.
Na Lucy i Edmunda posypał się ryż, a potem confetti, fotograf zrobił przed kościołem parę tuzinów zdjęć, goście złożyli parze młodej życzenia, co trwało niestety bardzo długo, a potem wszyscy zaczęli powoli wsiadać do samochodów i kierować się w stronę posiadłości Katherine. Pani Stone, zdaniem Beatrice, wyglądała świetnie w swojej przepięknej, śliwkowej kreacji i bardzo eleganckiej fryzurze.
Kiedy do pani Hallward dołączył wreszcie William, był on lekko podirytowany, zapewne w jego mniemaniu nudnymi, ślubnymi zwyczajami. Powstrzymywał się od piorunowania wszystkiego wzrokiem tak długo, jak to było konieczne, ale gdy w końcu wraz z Beatrice wsiadł do samochodu, mógł sobie nareszcie ulżyć.
Słuchała jego narzekań jednym uchem, rozmyślając w tym samym czasie, że Elizabeth Vane prawie nic się przez ostatni rok nie zmieniła, że wygląda zachwycająco w ciemno czerwonej sukni bez pleców, że Drake nie mógł oderwać od niej wzroku podobnie jak wielu innych mężczyzn i czy gdyby ona, Beatice, wplotła sobie we włosy tasiemkę, wyglądałaby równie uroczo, czy ze względu na swój wiek po prostu idiotycznie.
-Skończyłeś? -spytała, gdy brał oddech. Rzucił jej spojrzenie spode łba.
-Powiedzmy -odwarknął. -A co?
-Elizabeth wygląda przepięknie, prawda? -spytała czarnowłosa niewinnym tonem.
Drake wymamrotał coś niezrozumiałego.
-Och, nie chcę powtarzać naszej rozmowy sprzed roku!
-To nie powtarzaj.
-Świetnie -obruszyła się. -Wobec tego będzie to monolog. Wiem, że dziewczyna nadal ci się podoba. Wiem też, że ty nadal podobasz się jej…
-Skąd możesz to wiedzieć? -przerwał jej dość obcesowo William, jakby się bał, że za jego plecami pani Hallward zawiązała znajomość z panną Vane i że stały się najlepszymi przyjaciółkami, zwierzającymi się sobie ze wszystkich sekretów.
Beatrice przewróciła oczami.
-To oczywiste, kochany -zaświergotała tonem, który zawsze go denerwował. -Taka dziewczyna mogłaby mieć każdego. A nie ma nikogo już od prawie dwóch lat, czekaj, od czasu tego nieszczęsnego konwentu…
-Zbieg okoliczności -wymamrotał Drake.
-Nie sądzę -odparła chłodno jego towarzyszka. -Co cię powstrzymuje? Tylko nie pleć mi znowu o tych swoich banalnych uprzedzeniach, proszę cię. Zbyt dobrze cię znam, masz gdzieś jej wiek.
Zerknął na nią uważnie.
-To nieprawda -zaprzeczył. -To nieprawda, że mam to gdzieś i to nieprawda, że wciąż, jak ty to powiedziałaś, się jej podobam.
-Skąd ta pewność?
-Ponieważ… -zawahał się. -Ponieważ od czasu naszego spotkania we Florencji panna Vane unika mnie, jak tylko może -Drake był zadowolony ze swego wybrnięcia dokładnie przez sekundę.
-Czekaj, nie powiesz mi chyba, że… -zaczęła Beatrice, a on momentalnie pożałował, że się w ogóle odezwał. -Co się stało we Florencji? -spytała z błyszczącymi oczyma.
-Nic -odparł zbyt szybko.
-Will…
-Nic się nie stało -wycedził.
-Nie kłam!
Zazgrzytał zębami w źle tłumionej złości.
-No dobrze -wycedził przez zęby. -Naprawdę muszę to mówić na głos?
-Nie -odrzekła cicho Beatrice. -Nie musisz.
-Powiedziała, że czuje się źle z tym, co się stało i uciekła -wyznał William tak cicho, że pani Hallward ledwo go usłyszała.
-Och, mój drogi, tak mi… -zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
-Sama widzisz, moja droga -uśmiechnął się kwaśno. -To chyba pierwszy raz, kiedy nie cieszę się, że nie masz racji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz