Wesele odbywało się głównie w sali balowej wielkiej
posiadłości nad jeziorem.
Elizabeth w milczeniu, z lampką szampana w ręku przyglądała się idealnie dopracowanemu pierwszemu tańcowi pary młodej. Na twarzy miała uśmiech, ale w duchu westchnęła głęboko. W tamtej chwili nie sądziła, że ją kiedykolwiek czeka nie tylko ślub, ale w ogóle szczęśliwy związek.
Ten, z którym miała ochotę znów spróbować, stał niemal naprzeciwko niej w kręgu gości obserwujących młodą parę. Panna Vane nie miała odwagi na niego spojrzeć. Zauważyła już w czasie ślubu, że Drake nienatrętnie się jej przygląda. Wprawiało ją to w zakłopotanie, ponieważ nie mogła tego rozszyfrować, podobnie jak nie mogła wyjść z przekonania, że jego wizyty w jej kawiarni mają jakieś drugie, niedostrzegalne dla niej dno.
Dlatego go unikała. Nie chciała dawać sobie nadziei na cokolwiek. Nie po tym, co stało się we Florencji. Nienawidziła siebie za to niezdecydowanie.
Dał mi już jedną szansę. Drugi raz tego nie zrobi.
Wesele trwało już jakiś czas. Elizabeth raczej się nudziła. Wiedziała, że tak będzie, jeśli przyjdzie sama. Choć oczywiście poproszono ją do kilku tańców -zrobił to między innymi Edmund, a także jego ojciec -w miarę upływu czasu Liz coraz częściej wymykała się na balkon, lub, gdy tam już ktoś był, na taras. Łaknęła samotności jak nigdy wcześniej.
Właśnie wróciła z jednego z takich wypadów, żałując trochę, że nie pali, bo wtedy miałaby przynajmniej jakąś wymówkę do wymykania się co chwilę na zewnątrz.
-Elizabeth -krzyknął do niej Edmund -chciałbym ci kogoś przedstawić!
Jasnowłosa posłusznie podeszła do swojego przyjaciela, rozmawiającego z wysokim, na oko 60letnim mężczyzną o orlim nosie i bystrym spojrzeniu.
-To właśnie dziewczyna, o której panu opowiadałem -mówił Thwaites swojemu towarzyszowi, gdy panna Vane szła w ich kierunku. Starszy pan obrzucił Liz spojrzeniem pełnym aprobaty.
-Moja droga, to pan Thomas Drake. Panie Drake, to właśnie Elizabeth Vane.
Dopiero teraz jasnowłosa zauważyła podobieństwo między ojcem i synem. Thomas ujął jej dłoń bardzo delikatnie i musnął ustami jej wierzch. Lizzy uśmiechnęła się lekko.
-Miło mi, panie Drake -powiedziała.
-To odwzajemniona radość, zapewniam pannę -odpowiedział mężczyzna.
-Państwo wybaczą -rzekł zaraz potem Edmund, zostawiając ich samych.
-Syn kiedyś mi o pannie opowiadał -rozpoczął rozmowę Thomas.
-Doprawdy? -Elizabeth była szczerze zdziwiona.
-Widzi panna, od kiedy William mieszka w Londynie, często mnie odwiedza.
-Och.
-Wyrażał się o pannie bardzo dobrze, zapewniam.
Liz zaśmiała się.
-Trudno mi w to uwierzyć, panie Drake -rzekła, czując, że po raz pierwszy tego dnia uśmiech na jej twarzy jest naprawdę szczery. Starszy pan zaproponował jej ramię, które przyjęła i poszli razem w kierunku balkonu.
-Ależ naprawdę tak było!
-Nigdy nie słyszałam, by pana syn wyrażał się pochlebnie o jakimkolwiek ze swoich studentów -przyznała szczerze panna Vane. -Na pewno nie mógł zaś chwalić mnie, biorąc pod uwagę fakt, że szczerze mną w czasach uniwersyteckich gardził.
Thomas machnął lekceważąco ręką.
-Niechże sobie przypomnę… William powiedział, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, że była panna jego jedyną naprawdę zdolną studentką, albo coś w tym tonie -rzekł poważnie. -Wyraz niedowierzania na panny twarzy wskazuje jasno, że mi panna nie wierzy.
-Proszę mi wybaczyć -zająknęła się Elizabeth -Po prostu trudno mi to pogodzić z niechęcią, jaką żywił do mnie jeszcze parę lat temu pański syn.
-No tak, William ma niezbyt przyjemny sposób bycia, nieprawdaż?
-Cóż, ja…
-Jest panna zbyt dobrze wychowana, by potwierdzić, czyż nie? Ale oboje wiemy swoje -zaśmiał się Thomas. -Prawda jest taka, panno Vane, że ja już co nieco o pannie wiem -przyznał się.
-Słucham?
Wyszli na taras.
-Mój uparty syn zdradził mi pani nazwisko przez przypadek -rozpoczął wyjaśnienia pan Drake. -Tak, czysty przypadek, Bóg mi świadkiem… A potem wrodzona ciekawość, choć w tym przypadku było to, przyznaję ze skruchą, czyste wścibstwo, kazała mi skontaktować z panią Halladan, która z kolei…
-Przepraszam… kim jest pani Halladan?
Thomas spojrzał na nią ze zaskoczeniem.
-Dziwne -wymruczał -że panna nie wie, kto to jest, skoro to ona właśnie wszystko mi opowiedziała. Beatrice Halladan to bliska przyjaciółka Williama.
-Och -Elizabeth w mgnieniu oka przypomniała sobie kruczowłosą piękność, która przyprowadziła profesora Drake’a na urodziny Faulkner’a.
-W każdym razie, Beatrice wszystko mi opowiedziała.
-To znaczy co panu opowiedziała? -spytała Liz chłodniej niż zamierzała.
-Niech się panna nie gniewa… Beatrice powiedziała, że William…
-Myślę, że panny Vane to w nawet najmniejszym stopniu nie interesuje -oboje podskoczyli na dźwięk tego dobrze im znanego, teraz cedzącego wolno słowa, głosu.
Liz odwróciła się i spojrzała w ciemne oczy Willa Drake’a.
-Panie profesorze -powiedziała cicho w ramach przywitania, spuszczając wzrok.
Thomas zmarszczył brwi.
-Przeszkodziłeś nam w arcyciekawej rozmowie, synu.
-Błagam o wybaczenie -czarnowłosy zrobił coś w rodzaju parodii krótkiego ukłonu. -Chciałem tylko poprosić pannę Vane do tańca -dodał aksamitnym głosem.
Poczuła na sobie spojrzenia obu mężczyzn.
-Och, tak, oczywiście -odrzekła słabo i przyjęła oferowane przez Williama ramię.
Poprowadził ją na parkiet.
-Chciałbym, aby pani nie brała na poważnie wszystkiego, co mówi mój ojciec -powiedział Drake, kiedy zaczęli tańczyć.
-Nie miałam takiego zamiaru, profesorze.
Skrzywił się, gdy go tak nazwała, ale nie skomentował, zamiast tego prawiąc jej nieoczekiwany komplement.
-Bardzo pani do twarzy w czerwieni.
Od razu spłonęła rumieńcem.
-Dziękuję. Wiem, że zazwyczaj jest pan niezwykle oszczędny w pochwałach -odpowiedziała robiąc obrót, a w jej głosie prawie nie było słychać ironii.
Dostrzegła w jego oczach przyjęcie wyzwania, kiedy przyciągnął ją z powrotem do siebie.
-Owszem. Zwykle nie znajduję bowiem niczego wartego mojej aprobaty.
-Może gdyby szukał pan bardziej zawzięcie, więcej by pan znajdował.
-Szczerze w to wątpię, panno Vane.
-Zapewne wie pan, co mówi.
-Zapewniam, że właśnie tak jest.
Uśmiechnęła się mimowolnie.
-W takiej sytuacji pański komplement znaczy dla mnie jeszcze więcej.
Widziała wyraźnie, jak drgnął mu kącik ust.
-Niech się pani do tego przypadkiem nie przyzwyczaja -odparł.
-Och, nie miałam takiego zamiaru -zapewniła gorąco. -Sądzę, że ma pan dzisiaj po prostu zły dzień.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie, po czym spoważniał.
-Pani też nie wygląda na szczególnie szczęśliwą.
Zmieszała się lekko.
-Zauważył pan -szepnęła.
-Nie mogę oderwać od pani wzroku -wyznał równie cicho.
Spojrzała na niego, zdumiona. Uratowała ją piosenka, która właśnie wtedy się skończyła. Elizabeth uwolniła się z objęć profesora i bez słowa zniknęła w tłumie gości.
Nie miał siły, by ją gonić.
Elizabeth w milczeniu, z lampką szampana w ręku przyglądała się idealnie dopracowanemu pierwszemu tańcowi pary młodej. Na twarzy miała uśmiech, ale w duchu westchnęła głęboko. W tamtej chwili nie sądziła, że ją kiedykolwiek czeka nie tylko ślub, ale w ogóle szczęśliwy związek.
Ten, z którym miała ochotę znów spróbować, stał niemal naprzeciwko niej w kręgu gości obserwujących młodą parę. Panna Vane nie miała odwagi na niego spojrzeć. Zauważyła już w czasie ślubu, że Drake nienatrętnie się jej przygląda. Wprawiało ją to w zakłopotanie, ponieważ nie mogła tego rozszyfrować, podobnie jak nie mogła wyjść z przekonania, że jego wizyty w jej kawiarni mają jakieś drugie, niedostrzegalne dla niej dno.
Dlatego go unikała. Nie chciała dawać sobie nadziei na cokolwiek. Nie po tym, co stało się we Florencji. Nienawidziła siebie za to niezdecydowanie.
Dał mi już jedną szansę. Drugi raz tego nie zrobi.
Wesele trwało już jakiś czas. Elizabeth raczej się nudziła. Wiedziała, że tak będzie, jeśli przyjdzie sama. Choć oczywiście poproszono ją do kilku tańców -zrobił to między innymi Edmund, a także jego ojciec -w miarę upływu czasu Liz coraz częściej wymykała się na balkon, lub, gdy tam już ktoś był, na taras. Łaknęła samotności jak nigdy wcześniej.
Właśnie wróciła z jednego z takich wypadów, żałując trochę, że nie pali, bo wtedy miałaby przynajmniej jakąś wymówkę do wymykania się co chwilę na zewnątrz.
-Elizabeth -krzyknął do niej Edmund -chciałbym ci kogoś przedstawić!
Jasnowłosa posłusznie podeszła do swojego przyjaciela, rozmawiającego z wysokim, na oko 60letnim mężczyzną o orlim nosie i bystrym spojrzeniu.
-To właśnie dziewczyna, o której panu opowiadałem -mówił Thwaites swojemu towarzyszowi, gdy panna Vane szła w ich kierunku. Starszy pan obrzucił Liz spojrzeniem pełnym aprobaty.
-Moja droga, to pan Thomas Drake. Panie Drake, to właśnie Elizabeth Vane.
Dopiero teraz jasnowłosa zauważyła podobieństwo między ojcem i synem. Thomas ujął jej dłoń bardzo delikatnie i musnął ustami jej wierzch. Lizzy uśmiechnęła się lekko.
-Miło mi, panie Drake -powiedziała.
-To odwzajemniona radość, zapewniam pannę -odpowiedział mężczyzna.
-Państwo wybaczą -rzekł zaraz potem Edmund, zostawiając ich samych.
-Syn kiedyś mi o pannie opowiadał -rozpoczął rozmowę Thomas.
-Doprawdy? -Elizabeth była szczerze zdziwiona.
-Widzi panna, od kiedy William mieszka w Londynie, często mnie odwiedza.
-Och.
-Wyrażał się o pannie bardzo dobrze, zapewniam.
Liz zaśmiała się.
-Trudno mi w to uwierzyć, panie Drake -rzekła, czując, że po raz pierwszy tego dnia uśmiech na jej twarzy jest naprawdę szczery. Starszy pan zaproponował jej ramię, które przyjęła i poszli razem w kierunku balkonu.
-Ależ naprawdę tak było!
-Nigdy nie słyszałam, by pana syn wyrażał się pochlebnie o jakimkolwiek ze swoich studentów -przyznała szczerze panna Vane. -Na pewno nie mógł zaś chwalić mnie, biorąc pod uwagę fakt, że szczerze mną w czasach uniwersyteckich gardził.
Thomas machnął lekceważąco ręką.
-Niechże sobie przypomnę… William powiedział, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, że była panna jego jedyną naprawdę zdolną studentką, albo coś w tym tonie -rzekł poważnie. -Wyraz niedowierzania na panny twarzy wskazuje jasno, że mi panna nie wierzy.
-Proszę mi wybaczyć -zająknęła się Elizabeth -Po prostu trudno mi to pogodzić z niechęcią, jaką żywił do mnie jeszcze parę lat temu pański syn.
-No tak, William ma niezbyt przyjemny sposób bycia, nieprawdaż?
-Cóż, ja…
-Jest panna zbyt dobrze wychowana, by potwierdzić, czyż nie? Ale oboje wiemy swoje -zaśmiał się Thomas. -Prawda jest taka, panno Vane, że ja już co nieco o pannie wiem -przyznał się.
-Słucham?
Wyszli na taras.
-Mój uparty syn zdradził mi pani nazwisko przez przypadek -rozpoczął wyjaśnienia pan Drake. -Tak, czysty przypadek, Bóg mi świadkiem… A potem wrodzona ciekawość, choć w tym przypadku było to, przyznaję ze skruchą, czyste wścibstwo, kazała mi skontaktować z panią Halladan, która z kolei…
-Przepraszam… kim jest pani Halladan?
Thomas spojrzał na nią ze zaskoczeniem.
-Dziwne -wymruczał -że panna nie wie, kto to jest, skoro to ona właśnie wszystko mi opowiedziała. Beatrice Halladan to bliska przyjaciółka Williama.
-Och -Elizabeth w mgnieniu oka przypomniała sobie kruczowłosą piękność, która przyprowadziła profesora Drake’a na urodziny Faulkner’a.
-W każdym razie, Beatrice wszystko mi opowiedziała.
-To znaczy co panu opowiedziała? -spytała Liz chłodniej niż zamierzała.
-Niech się panna nie gniewa… Beatrice powiedziała, że William…
-Myślę, że panny Vane to w nawet najmniejszym stopniu nie interesuje -oboje podskoczyli na dźwięk tego dobrze im znanego, teraz cedzącego wolno słowa, głosu.
Liz odwróciła się i spojrzała w ciemne oczy Willa Drake’a.
-Panie profesorze -powiedziała cicho w ramach przywitania, spuszczając wzrok.
Thomas zmarszczył brwi.
-Przeszkodziłeś nam w arcyciekawej rozmowie, synu.
-Błagam o wybaczenie -czarnowłosy zrobił coś w rodzaju parodii krótkiego ukłonu. -Chciałem tylko poprosić pannę Vane do tańca -dodał aksamitnym głosem.
Poczuła na sobie spojrzenia obu mężczyzn.
-Och, tak, oczywiście -odrzekła słabo i przyjęła oferowane przez Williama ramię.
Poprowadził ją na parkiet.
-Chciałbym, aby pani nie brała na poważnie wszystkiego, co mówi mój ojciec -powiedział Drake, kiedy zaczęli tańczyć.
-Nie miałam takiego zamiaru, profesorze.
Skrzywił się, gdy go tak nazwała, ale nie skomentował, zamiast tego prawiąc jej nieoczekiwany komplement.
-Bardzo pani do twarzy w czerwieni.
Od razu spłonęła rumieńcem.
-Dziękuję. Wiem, że zazwyczaj jest pan niezwykle oszczędny w pochwałach -odpowiedziała robiąc obrót, a w jej głosie prawie nie było słychać ironii.
Dostrzegła w jego oczach przyjęcie wyzwania, kiedy przyciągnął ją z powrotem do siebie.
-Owszem. Zwykle nie znajduję bowiem niczego wartego mojej aprobaty.
-Może gdyby szukał pan bardziej zawzięcie, więcej by pan znajdował.
-Szczerze w to wątpię, panno Vane.
-Zapewne wie pan, co mówi.
-Zapewniam, że właśnie tak jest.
Uśmiechnęła się mimowolnie.
-W takiej sytuacji pański komplement znaczy dla mnie jeszcze więcej.
Widziała wyraźnie, jak drgnął mu kącik ust.
-Niech się pani do tego przypadkiem nie przyzwyczaja -odparł.
-Och, nie miałam takiego zamiaru -zapewniła gorąco. -Sądzę, że ma pan dzisiaj po prostu zły dzień.
Zaśmiał się krótko, szczekliwie, po czym spoważniał.
-Pani też nie wygląda na szczególnie szczęśliwą.
Zmieszała się lekko.
-Zauważył pan -szepnęła.
-Nie mogę oderwać od pani wzroku -wyznał równie cicho.
Spojrzała na niego, zdumiona. Uratowała ją piosenka, która właśnie wtedy się skończyła. Elizabeth uwolniła się z objęć profesora i bez słowa zniknęła w tłumie gości.
Nie miał siły, by ją gonić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz