piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 20

Na parkiecie zatrzymał ją jednak inny męski głos.
-Elizabeth -usłyszała i odwróciła się napięcie.
Stał przed nią szczupły, ryży mężczyzna o jasnoniebieskich oczach, długim, prostym nosie i szerokich ramionach. Był w doskonale skrojonym, ciemnoszarym garniturze i pasującej do koloru jego tęczówek koszuli. Uśmiechał się szeroko. Zmuszona była odpowiedzieć uśmiechem.
-Victor Campbell -powiedziała wolno. -Kopę lat.
Wyciągnął do niej rękę, zapraszając do tańca. Zgodziła się z lekkim wahaniem.
-Co ty tutaj robisz? -spytała bez ogródek już na wstępie.
Zaśmiał się.
-Nie mów, że nie zauważyłaś. Jestem partnerem Clary. Zaprosiła mnie.
-Zauważyłam -odparła. -Oczywiście, że zauważyłam. Ale nie o to pytałam.
-Więc o co?
-Naprawdę nie widzisz, że ona cię wykorzystuje? -spytała jasnowłosa, wysoko unosząc brwi. -Bawi się tobą?
-Och, jestem tego w pełni świadom. Ale nie czuję się wykorzystywany. Bo widzisz moja droga -skrzywiła się na te dwa słowa -to działa w dwie strony.
-Doprawdy? -spytała Liz z niedowierzaniem.
-Tak, choć może ci się to wydawać nieprawdopodobne -odrzekł Victor z ironią w głosie.
Panna Vane postanowiła nie drążyć tematu.
-W porządku. Wierzę ci.
-Nie, nie wierzysz -zaśmiał się chłopak. -Ale nie roztrząsajmy już tego.
Odpowiedziała lekkim wygięciem warg.
-Zamiast tego pozwól mi powiedzieć, że wyglądasz urzekająco pięknie, Liz.
Właśnie czegoś takiego się z jego ust spodziewała.
-Zawsze umiałeś prawić komplementy, Victorze -odpowiedziała. -Ale jeśli na coś liczysz, to chyba się przeliczysz -odparła przesłodzonym tonem.
Znowu się zaśmiał.
-Nic się nie zmieniłaś, Lizzy. Królowa Śniegu w całej swej okazałości, nawet jeśli ubrana w płomienną czerwień.
-Już raz cię do siebie dopuściłam -rzekła lodowatym tonem. -Dostałam nauczkę. Więcej tego nie zrobię, wierz mi.
-Lizzy…
-Naprawdę masz tupet, Victorze.
-Wiem -chłopak uśmiechnął się smutno. -Nie planowałem tego. Ale kiedy zobaczyłem cię w kościele…
-Victor, jeszcze jedno słowo...
-Zrozumiałem, jakim byłem idiotą, Liz.
-Nie mów tak do mnie -syknęła, wyrywając się z jego objęć. -Cztery lata zajęło ci dojście do wniosku, że Clara tobą manipuluje i że jednak wolisz mnie, co? -warknęła.
-Lizzy, to nie tak…
-Zostaw mnie! -syknęła. -Patrzeć na ciebie nie mogę!
Z tymi słowami uciekła z parkietu. Skierowała się na balkon, mając nadzieję, że będzie pusty, ale gdy była już wystarczająco blisko, zobaczyła stojącą przy balustradzie parę. Jej nastrój pogorszył się jeszcze bardziej, gdy w czarnowłosym mężczyźnie rozpoznała profesora Drake’a, a w kobiecie Clarę Fleurot.
Francuska miała na sobie krzykliwą szmaragdową sukienkę. Była ona obcisła w stanie, bez żadnych podtrzymujących materiał na pokaźnym biuście ramiączek, ze stylizowanym haftem w kształcie motyla  na piersiach. Spódnica była natomiast luźna, z każdym obrotem blondynki falowała wokół jej zgrabnych kolan. Wysokie czarne szpilki, biżuteria z turmalinami i ostry makijaż dobrze komponowały z   oryginalną kreacją.
Lizzy zatrzymała się w pół kroku i zawróciła na drugi koniec sali, kierując się na taras. Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, w ostatniej chwili powstrzymując potok niechcianych łez.
Cholera, cholera, cholera, cholera.
-Elizabeth Vane?
Co znowu?
Jasnowłosa odwróciła się, przywołując na twarz nieprzekonywujący uśmiech.
Patrzyła na nią ciekawie kobieta w wieku mniej więcej trzydziestu pięciu lat. Była naprawdę ładna, o kruczych lokach i skórze koloru kości słoniowej. Jej oczy pod jaskółczymi brwiami miały kolor morskiej wody.
Beatrice Hallward, jak uświadomiła sobie po paru sekundach Liz, miała na sobie gustowną, szarą popelinową suknię i średnio wysokie zamszowe czółenka w kolorze kreacji.
-Jestem Beatrice Hallward -potwierdziła domysły dziewczyny czarnowłosa, wyciągając do niej rękę w przyjaznym geście. Chcąc nie chcąc, Elizabeth uścisnęła ją.
-Też wyszła pani zapalić? -spytała po chwili milczenia przyjaciółka Drake’a. Lizzy pokręciła głową, podczas gdy tamta grzebała chwilę w torebce.
-Może jednak pani reflektuje?
-W zasadzie -odparła szarooka -dlaczego nie.
Zapaliły. Elizabeth udało się nie rozkaszleć.
Głośny damski śmiech dochodzący gdzieś z góry zwrócił uwagę obu kobiet. Jak na komendę poderwały głowy i Liz zaraz tego pożałowała.
-Niech się pani nie przejmuje -poradziła jej Beatrice swobodnym tonem.
-Nie przejmuję się -rzekła cicho jasnowłosa, świadoma, jak nieprzekonywająco to zabrzmiało. Pani Hallward nie odpowiedziała, tylko rzuciła dziewczynie wymowne spojrzenie.
-Aż tak to widać?
-Ależ nie.
-Więc, jak dużo pani wie?
-Och, całkiem sporo -wyznała Beatrice, zaciągając się. -Na pewno wiem więcej niż ten idiota -szarpnięciem głowy wskazała na balkon. -On jest jak dziecko we mgle, może mi pani wierzyć.
Elizabeth zdobyła się na blady uśmiech. Nikt z jej znajomych nigdy nie pozwolił sobie na tyle swobody w opisie profesora Drake’a.
-Panno Vane -podjęła po chwili czarnowłosa -Proszę nie myśleć, że jestem szalona, kiedy powiem pani, że mój drogi przyjaciel, choć zachowuje się, nie wiedzieć czemu, jak kompletny palant, jest w pani po uszy zakochany. Trwa to od dobrych… -szybko przerachowała -piętnastu miesięcy, jeśli nie dłużej. To nie jego wina, że w sprawach niewieścich jest tak bardzo nierozgarnięty. Widzi pani… -trajkotała, nie dając Liz dojść do słowa.
-Widzi pani, to przez jego byłą żonę! -rzekła w końcu, łapiąc oddech.
Elizabeth nie odpowiedziała.
-Wiedziała pani, że William był kiedyś żonaty? -pani Hallward chyba nie spodziewała się odpowiedzi, bo kontynuowała jak gdyby nigdy nic, nie przejmując się milczeniem swojej towarzyszki. -Poznali się na studiach, zaczęli ze sobą chodzić na czwartym roku i wzięli ślub jak tylko oboje się obronili. Byli małżeństwem przez trzy lata, ale ona… -Beatrice zająknęła się. -Panno Vane, mówię to pani w największej konfidencji… żona Willa zdradziła go z jego najlepszym przyjacielem.
Lizzy przygryzła wargę. Nikt nie wiedział nawet, że profesor Drake był kiedyś żonaty.
-No i się rozwiedli. A od tamtego czasu… sama pani rozumie -czarnowłosa upuściła niedopałek i zgniotła go czubkiem buta.
-Kim była żona pana profesora? -spytała panna Vane, nim zdążyła ugryźć się w język.
-Nazywała się Alexandra Stevens -odpowiedziała dość niechętnie Beatrice. -Studiowaliśmy wszyscy razem. Ja, William, Alexandra i ten jego przyjaciel od siedmiu boleści, Nigel Wright. Ona była całkiem podobna do pani -oceniła niebieskooka -też niska, szczupła, zgrabna, no i szarooka. Ale miała rude włosy. A on, cóż, był cholernie przystojny, a przy tym równie inteligentny jak Will-pani Hallward wzruszyła ramionami -i to chyba wystarczyło. Wie pani, William to nie jest człowiek, z którym łatwo się żyje. Któregoś dnia pewnie pokłócili się zbyt mocno… -nie dokończyła myśli, a Elizabeth nie zadała pytania.
-Od tego czasu… och, on tego nie okazuje, ale ja wiem, że jest bardzo samotny -zakończyła Bea.
Lizzy nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć.
-Cieszę się, że mi pani to wyjawiła -wyjąkała w końcu dziewczyna.
Czarnowłosa rzuciła jej uważne spojrzenie.
-Proszę dać sobie i jemu szansę -powiedziała poważnie. -Oboje na nią zasługujecie.
Panna Vane kiwnęła nieprzytomnie głową, po czym spojrzała w górę, chcąc odnaleźć Williama wzrokiem. W górę popatrzyła za jej przykładem także Beatrice. To, co zobaczyły, sprawiło, że Elizabeth natychmiast spuściła wzrok i odwróciła się napięcie, a pani Hallward kilkoma agresywnymi ruchami zapaliła kolejnego papierosa, zaciągnęła się głęboko i powiedziała:
-Pani wybaczy, muszę teraz iść i go zamordować.
Na tarasie ponad nimi William Drake z niespotykanym entuzjazmem całował czerwone usta Clary Fleurot.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz