Beatrice popędziła na górę i bez zbytniej
delikatności przecisnęła przez tłum na parkiecie, zmierzając w stronę wyjścia
na balkon.
Przed oszklonymi drzwiami zatrzymała się na chwilę, poprawiła sukienkę, nałożyła na uszminkowane usta uprzejmy uśmiech i odetchnęła głębiej.
Już ja mu pokażę.
Tamci nadal pozostawali w swoich objęciach.
-Przepraszam -zaświergotała pani Hallward, bez najmniejszych skrupułów przerywając chwile uniesienia czarnowłosego i blondynki.
Natychmiast się od siebie odkleili, na ich twarzach ani śladu zakłopotania, którego Beatrice jednak się spodziewała.
-Czy mogę porwać mojego przyjaciela na sekundkę? -poprosiła najsłodszym, najbardziej uprzejmym tonem Bea. -To dość ważne -dodała, jako że żadne z przyłapanych na gorącym uczynku jej nie odpowiedziało.
Pierwsza otrząsnęła się drapieżnie ładna blondynka.
-Oczywiście -uśmiechnęła się lodowato. -Zostawię was samych.
Pani Hallward nie mogła nie zauważyć sugestywnego spojrzenia, jakie panna Fleurot rzuciła jej przyjacielowi na odchodnym.
Kiedy zostali sami, Beatrice odkleiła z twarzy sztuczny uśmiech.
-Ty cholerny idioto!
William odwrócił głowę, prezentując jej swój szlachetny profil.
-O co ci znowu chodzi, kobieto?
-O to, mój drogi -wysyczała nie na żarty wkurzona czarnowłosa -że jesteś pieprzonym kłamcą i hipokrytą. Nie dalej jak kilka godzin temu twierdziłeś, że wciąż…
-No i co z tego? -odwarknął, przerywając kazanie. Mogła wyczuć, że jest zły zarówno na nią jak i na siebie. -Ona mnie nie chce. Dlaczego więc nie miałbym…
Beatrice podeszła bliżej i wymierzyła Drake’owi policzek. Niezbyt silny, bo mimo wszystko jej przyjaciel miał trochę racji. Nie złapał się na twarz, tylko spojrzał na nią z wyrzutem.
-Auć, Bea. Za co to?
-Za twoją tytaniczną głupotę! Wiesz, że przed chwilą rozmawiałam z panną Vane? -powiedziała cicho i dość zjadliwie. -Wszystko stało się dla mnie jasne… Ona wciąż jest w tobie całkowicie zadurzona, ale sądzi, że po tym, co stało się we Florencji, straciła swoją szansę… Już ją ugadałam -jęknęła Beatrice. -Brakowało dosłownie tyle -wykonała dłonią popularny gest, pokazując, że rzeczywiście mało brakowało -by dziewczyna rzuciłaby ci się w ramiona. Ale…
Urwała, widząc nagłą rozpacz na jego twarzy. Nie widziała go w takim stanie odkąd rozstał się z żoną. Nagle poczuła, jak bardzo jest jej go żal.
Nie miała jednak zamiaru go oszczędzać.
-Ale… ale… Po prostu spójrz w dół, mój drogi -westchnęła.
Usłuchał. Zobaczył stojącą na tarasie jasnowłosą figurkę w ciemnoczerwonej sukni.
-Widziała nas? -spytał cicho, zapatrzony, wychylony ponad marmurową barierką balkonu.
-Tak. Obie widziałyśmy.
-Zatem już po wszystkim. Clara…
-Tak, pamiętam. Zrobiła to znowu.
-Cholera. Jasna i pieprzona cholera.
-Cóż. Co się stało, to się nie odstanie. Wyraźnie panna Vane nie jest dla ciebie na tyle ważna, byś uznał za stosowne się pohamowywać -rzekła chłodno pani Hallward.
-Niech cię, Beatrice.
-Nie lubię, gdy robi się ze mnie idiotkę, drogi przyjacielu.
-Wiem. Wybacz.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-Wybaczam. Jednak panna Vane nie będzie równie wyrozumiała, mogę za to ręczyć.
-Naprawdę sądziłaś -zaczął William grobowym tonem -że po tym, co się stało, mam prawo prosić ją o wybaczenie?
-Nie wiem -odpowiedziała szczerze Beatrice. -Naprawdę nie mam pojęcia.
Przed oszklonymi drzwiami zatrzymała się na chwilę, poprawiła sukienkę, nałożyła na uszminkowane usta uprzejmy uśmiech i odetchnęła głębiej.
Już ja mu pokażę.
Tamci nadal pozostawali w swoich objęciach.
-Przepraszam -zaświergotała pani Hallward, bez najmniejszych skrupułów przerywając chwile uniesienia czarnowłosego i blondynki.
Natychmiast się od siebie odkleili, na ich twarzach ani śladu zakłopotania, którego Beatrice jednak się spodziewała.
-Czy mogę porwać mojego przyjaciela na sekundkę? -poprosiła najsłodszym, najbardziej uprzejmym tonem Bea. -To dość ważne -dodała, jako że żadne z przyłapanych na gorącym uczynku jej nie odpowiedziało.
Pierwsza otrząsnęła się drapieżnie ładna blondynka.
-Oczywiście -uśmiechnęła się lodowato. -Zostawię was samych.
Pani Hallward nie mogła nie zauważyć sugestywnego spojrzenia, jakie panna Fleurot rzuciła jej przyjacielowi na odchodnym.
Kiedy zostali sami, Beatrice odkleiła z twarzy sztuczny uśmiech.
-Ty cholerny idioto!
William odwrócił głowę, prezentując jej swój szlachetny profil.
-O co ci znowu chodzi, kobieto?
-O to, mój drogi -wysyczała nie na żarty wkurzona czarnowłosa -że jesteś pieprzonym kłamcą i hipokrytą. Nie dalej jak kilka godzin temu twierdziłeś, że wciąż…
-No i co z tego? -odwarknął, przerywając kazanie. Mogła wyczuć, że jest zły zarówno na nią jak i na siebie. -Ona mnie nie chce. Dlaczego więc nie miałbym…
Beatrice podeszła bliżej i wymierzyła Drake’owi policzek. Niezbyt silny, bo mimo wszystko jej przyjaciel miał trochę racji. Nie złapał się na twarz, tylko spojrzał na nią z wyrzutem.
-Auć, Bea. Za co to?
-Za twoją tytaniczną głupotę! Wiesz, że przed chwilą rozmawiałam z panną Vane? -powiedziała cicho i dość zjadliwie. -Wszystko stało się dla mnie jasne… Ona wciąż jest w tobie całkowicie zadurzona, ale sądzi, że po tym, co stało się we Florencji, straciła swoją szansę… Już ją ugadałam -jęknęła Beatrice. -Brakowało dosłownie tyle -wykonała dłonią popularny gest, pokazując, że rzeczywiście mało brakowało -by dziewczyna rzuciłaby ci się w ramiona. Ale…
Urwała, widząc nagłą rozpacz na jego twarzy. Nie widziała go w takim stanie odkąd rozstał się z żoną. Nagle poczuła, jak bardzo jest jej go żal.
Nie miała jednak zamiaru go oszczędzać.
-Ale… ale… Po prostu spójrz w dół, mój drogi -westchnęła.
Usłuchał. Zobaczył stojącą na tarasie jasnowłosą figurkę w ciemnoczerwonej sukni.
-Widziała nas? -spytał cicho, zapatrzony, wychylony ponad marmurową barierką balkonu.
-Tak. Obie widziałyśmy.
-Zatem już po wszystkim. Clara…
-Tak, pamiętam. Zrobiła to znowu.
-Cholera. Jasna i pieprzona cholera.
-Cóż. Co się stało, to się nie odstanie. Wyraźnie panna Vane nie jest dla ciebie na tyle ważna, byś uznał za stosowne się pohamowywać -rzekła chłodno pani Hallward.
-Niech cię, Beatrice.
-Nie lubię, gdy robi się ze mnie idiotkę, drogi przyjacielu.
-Wiem. Wybacz.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-Wybaczam. Jednak panna Vane nie będzie równie wyrozumiała, mogę za to ręczyć.
-Naprawdę sądziłaś -zaczął William grobowym tonem -że po tym, co się stało, mam prawo prosić ją o wybaczenie?
-Nie wiem -odpowiedziała szczerze Beatrice. -Naprawdę nie mam pojęcia.
*
Cholerny drań.
Cholerny, wredny drań.
Takie myśli kołatały się w głowie Elizabeth przez resztę wieczoru i sporą część nocy. Nieważne jak bardzo starała się myśleć o czymś innym, przed oczami stawała jej niezmiennie scena nieszczęsnego pocałunku, wywołująca falę gorzkich wspomnień i napływające do oczu łzy.
Wesele nie chciało się skończyć.
Wypaliła wraz z cudownie współczującą Beatrice jeszcze kilka papierosów. Rozmawiały na błahe tematy, z chirurgiczną precyzją omijając wszystko, co było związane z profesorem Drake’iem. Panna Vane była wdzięczna za dotrzymywanie jej towarzystwa i wyraziła nadzieję, że jeśli pani Hallward odwiedzi w przyszłości Londyn, raczy wstąpić do Kafkaesque na filiżankę cappuccino lub espresso.
Było około godziny trzeciej w nocy, kiedy sala balowa opustoszała prawie zupełnie. Na parkiecie zostało już tylko kilka niezwykle wytrwałych par gdy Elizabeth wreszcie tam zajrzała, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że dzień już się skończył i że można wreszcie iść do łóżka.
Z pewnością była to ostatnia piosenka.
-Panno Vane?
Odwróciła się niezamierzenie powoli, bojąc się tego, co zaraz nastąpi. Wiedziała, kto jest za nią.
Stał prosto, z rękami w kieszeniach spodni, w rozpiętej marynarce i z rozluźnionym krawatem. Mimo tego, biła od niego elegancja i pewność siebie.
Wyciągnął rękę i po raz pierwszy się do niej uśmiechnął. Nie był to jego zwykły, ironiczny grymas albo wredny uśmieszek, jakim Drake często obdarzał swoich nieszczęsnych studentów, ale zwykły, przyjazny, szczery uśmiech, który odmłodził profesora o kilka lat.
Elizabeth pokręciła przecząco głową.
-Proszę.
Kolejna nowość -błagalny ton w głosie mężczyzny przechylił szalę na jego stronę. Nie bez wahania jasnowłosa podała mu dłoń. Teraz, kiedy nie miała już na nogach butów z dziesięciocentymetrowymi obcasami, które zmieniła na płaskie, sznurowane, czarne lakierki, była od niego dużo niższa.
Milczenie między nimi Elizabeth uważała za obraźliwie intymne, ale nie przychodziło jej do głowy, co mogłaby powiedzieć, aby je zakończyć.
Tańczyli bardzo wolno, w zasadzie tylko obracali się rytmicznie, przytuleni. Jedną rękę trzymał na jej talii, a w drugiej, którą przycisnął do swojej piersi, zamknięta była jej mała dłoń.
Zapach jego wody kolońskiej odurzał dziewczynę i kazał jej czerpać przyjemność z tego zbliżenia, przed czym się zażarcie broniła.
-Panno Vane… -usłyszała w końcu i zesztywniała momentalnie.
Nie. Proszę, tylko nie to. Jeśli on zaraz…
-Wiem, co pani widziała -szepnął mężczyzna tuż przy jej uchu.
Nie odpowiedziała, w kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy.
-Wiem, co pani teraz czuje.
Elizabeth milczała uparcie. Wciąż obracali się powoli, mimo że piosenka się skończyła. Zostali sami w ogromnej sali. Nagle, ktoś zgasił wszystkie światła; pomieszczenie zalało srebro promieni księżyca.
-Wiem, że nie mam prawa prosić pani o wybaczenie. Mimo tego, zrobię to. Wybacz mi, Elizabeth.
Zadrżała, gdy wypowiedział jej imię.
Nie. Nie mogę. Nie chcę. Cholera, cholera, jasna i pieprzona cholera.
Odsunął się od niej lekko, tak, że teraz patrzył prosto w jej szare, wilgotne oczy. Był śmiertelnie poważny, gdy pochylał się, by ją pocałować.
Ich wargi zetknęły się, raz, drugi, trzeci, coraz mniej niewinnie. Jego ruchy były pełne desperacji i tęsknoty i tak zachłanne jak nigdy wcześniej. Jego niespokojne palce gładziły jej policzki i szyję, wędrowały po nagich plecach, przesuwały się wzdłuż kręgosłupa, w górę i w dół.
Wyrwała mu się, myśląc tylko o tym, że jeszcze parę godzin temu obdarowywał swoimi pocałunkami inną. Cofnęła się parę kroków, otarła usta wierzchem dłoni, posłała Drake’owi spojrzenie pełne oburzenia i rzuciła się do drzwi, byle dalej od niego.
Prawie biegiem wypadła z sali i bezwiednie skierowała na taras. Dopiero gdy znalazła się na zewnątrz, uświadomiła sobie, jak bardzo spadła temperatura. Objęła się ramionami i zawróciła do środka, po czym przypomniała sobie, dlaczego tu przyszła. Zrobiła kilka kroków naprzód, ale znów się wróciła. Powodem tej szarpaniny nie było jednak przejmujące zimno. Zdecydowanie opuściło Elizabeth niemal natychmiast i dziewczyna zastanawiała się, czy powinna wrócić na górę.
William przez chwilę stał jak skamieniały w całkiem pustej sali balowej, po czym podbiegł do drzwi prowadzących na balkon. Przeczucie nie zwiodło go: gdy spojrzał w dół, ujrzał pannę Vane, której rozterki były widoczne jak na dłoni.
Przez chwilę sądził, że wynik przemyśleń wypadł na jego korzyść, bo dziewczyna zniknęła we wnętrzu budynku. Jednak chwilę potem wróciła na taras w płaszczu i szybkim krokiem, prawie biegiem skierowała w stronę jeziora, wkrótce znikając mu z oczu.
Takie myśli kołatały się w głowie Elizabeth przez resztę wieczoru i sporą część nocy. Nieważne jak bardzo starała się myśleć o czymś innym, przed oczami stawała jej niezmiennie scena nieszczęsnego pocałunku, wywołująca falę gorzkich wspomnień i napływające do oczu łzy.
Wesele nie chciało się skończyć.
Wypaliła wraz z cudownie współczującą Beatrice jeszcze kilka papierosów. Rozmawiały na błahe tematy, z chirurgiczną precyzją omijając wszystko, co było związane z profesorem Drake’iem. Panna Vane była wdzięczna za dotrzymywanie jej towarzystwa i wyraziła nadzieję, że jeśli pani Hallward odwiedzi w przyszłości Londyn, raczy wstąpić do Kafkaesque na filiżankę cappuccino lub espresso.
Było około godziny trzeciej w nocy, kiedy sala balowa opustoszała prawie zupełnie. Na parkiecie zostało już tylko kilka niezwykle wytrwałych par gdy Elizabeth wreszcie tam zajrzała, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że dzień już się skończył i że można wreszcie iść do łóżka.
Z pewnością była to ostatnia piosenka.
-Panno Vane?
Odwróciła się niezamierzenie powoli, bojąc się tego, co zaraz nastąpi. Wiedziała, kto jest za nią.
Stał prosto, z rękami w kieszeniach spodni, w rozpiętej marynarce i z rozluźnionym krawatem. Mimo tego, biła od niego elegancja i pewność siebie.
Wyciągnął rękę i po raz pierwszy się do niej uśmiechnął. Nie był to jego zwykły, ironiczny grymas albo wredny uśmieszek, jakim Drake często obdarzał swoich nieszczęsnych studentów, ale zwykły, przyjazny, szczery uśmiech, który odmłodził profesora o kilka lat.
Elizabeth pokręciła przecząco głową.
-Proszę.
Kolejna nowość -błagalny ton w głosie mężczyzny przechylił szalę na jego stronę. Nie bez wahania jasnowłosa podała mu dłoń. Teraz, kiedy nie miała już na nogach butów z dziesięciocentymetrowymi obcasami, które zmieniła na płaskie, sznurowane, czarne lakierki, była od niego dużo niższa.
Milczenie między nimi Elizabeth uważała za obraźliwie intymne, ale nie przychodziło jej do głowy, co mogłaby powiedzieć, aby je zakończyć.
Tańczyli bardzo wolno, w zasadzie tylko obracali się rytmicznie, przytuleni. Jedną rękę trzymał na jej talii, a w drugiej, którą przycisnął do swojej piersi, zamknięta była jej mała dłoń.
Zapach jego wody kolońskiej odurzał dziewczynę i kazał jej czerpać przyjemność z tego zbliżenia, przed czym się zażarcie broniła.
-Panno Vane… -usłyszała w końcu i zesztywniała momentalnie.
Nie. Proszę, tylko nie to. Jeśli on zaraz…
-Wiem, co pani widziała -szepnął mężczyzna tuż przy jej uchu.
Nie odpowiedziała, w kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy.
-Wiem, co pani teraz czuje.
Elizabeth milczała uparcie. Wciąż obracali się powoli, mimo że piosenka się skończyła. Zostali sami w ogromnej sali. Nagle, ktoś zgasił wszystkie światła; pomieszczenie zalało srebro promieni księżyca.
-Wiem, że nie mam prawa prosić pani o wybaczenie. Mimo tego, zrobię to. Wybacz mi, Elizabeth.
Zadrżała, gdy wypowiedział jej imię.
Nie. Nie mogę. Nie chcę. Cholera, cholera, jasna i pieprzona cholera.
Odsunął się od niej lekko, tak, że teraz patrzył prosto w jej szare, wilgotne oczy. Był śmiertelnie poważny, gdy pochylał się, by ją pocałować.
Ich wargi zetknęły się, raz, drugi, trzeci, coraz mniej niewinnie. Jego ruchy były pełne desperacji i tęsknoty i tak zachłanne jak nigdy wcześniej. Jego niespokojne palce gładziły jej policzki i szyję, wędrowały po nagich plecach, przesuwały się wzdłuż kręgosłupa, w górę i w dół.
Wyrwała mu się, myśląc tylko o tym, że jeszcze parę godzin temu obdarowywał swoimi pocałunkami inną. Cofnęła się parę kroków, otarła usta wierzchem dłoni, posłała Drake’owi spojrzenie pełne oburzenia i rzuciła się do drzwi, byle dalej od niego.
Prawie biegiem wypadła z sali i bezwiednie skierowała na taras. Dopiero gdy znalazła się na zewnątrz, uświadomiła sobie, jak bardzo spadła temperatura. Objęła się ramionami i zawróciła do środka, po czym przypomniała sobie, dlaczego tu przyszła. Zrobiła kilka kroków naprzód, ale znów się wróciła. Powodem tej szarpaniny nie było jednak przejmujące zimno. Zdecydowanie opuściło Elizabeth niemal natychmiast i dziewczyna zastanawiała się, czy powinna wrócić na górę.
William przez chwilę stał jak skamieniały w całkiem pustej sali balowej, po czym podbiegł do drzwi prowadzących na balkon. Przeczucie nie zwiodło go: gdy spojrzał w dół, ujrzał pannę Vane, której rozterki były widoczne jak na dłoni.
Przez chwilę sądził, że wynik przemyśleń wypadł na jego korzyść, bo dziewczyna zniknęła we wnętrzu budynku. Jednak chwilę potem wróciła na taras w płaszczu i szybkim krokiem, prawie biegiem skierowała w stronę jeziora, wkrótce znikając mu z oczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz