Elizabeth planowała zostać w Oksfordzie jeszcze parę
dni po weselu, dotrzymać towarzystwa Katherine i pożegnać się należycie z Lucy
i Edmundem przed ich podróżą poślubną do Paryża. Ale to, co się stało,
sprawiło, że postanowiła wrócić do Londynu jak najszybciej.
Wyruszyła rankiem po weselu, po prawie nieprzespanej nocy, pierwszym pociągiem. Była wściekła na wszystko i na wszystkich. Na chwilę tylko wpadła do mieszkania, odświeżyła się i trochę uspokoiła, po czym postanowiła udać się do kawiarni, sądząc, że praca będzie najlepszym sposobem na zapomnienie.
Izabella była niezwykle zaskoczona widząc pannę Vane w pracy.
-Kochana -zaświergotała blondynka, mocno przytulając szarooką. -Co ty tutaj robisz?
-Sprawy potoczyły się nienajlepiej, Bello -powiedziała płaczliwym tonem jasnowłosa. -Nie mogłam tam zostać.
Baristka zrobiła współczującą minę.
-Zrobię ci kawy. Jeśli chcesz, możesz mi wszystko opowiedzieć.
-Kawa brzmi dobrze -Liz uśmiechnęła się blado. -A opowiadać za bardzo nie ma czego. Ot, kolejny raz dałam się zwieść pozorom. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu razach mogłabym się czegoś nauczyć!
Elizabeth pokręciła głową nad swoją głupotą.
-Pan profesor?
-A któżby inny -zironizowała panna Vane.
Bella podała jej kawę. Lizzy upiła łyk i westchnęła z lubością.
-Dzięki, kochanie.
Blondynka mrugnęła porozumiewawczo.
-Jeśli o to chodzi, zawsze możesz na mnie liczyć -zaśmiała się.
Panna Vane szybko dopiła kawę.
-Pójdę się przebrać -rzekła, podnosząc się z krzesła.
W tej samej chwili drzwi kawiarni otworzyły się i stanął w nich wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Kobiety zareagowały na jego przyjście na dwa różne sposoby: Izabella uśmiechnęła się szeroko i przemaszerowała z powrotem za kontuar, a Elizabeth zamarła, poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na twarz, po czym odwróciła się napięcie i zrobiła krok w stronę zaplecza.
W następnej chwili Drake był przy niej i ściskając ją mocno za rękę, spytał cicho:
-Możemy porozmawiać?
Lizzy zerknęła ponad jego ramieniem na Bellę, która energicznie pokiwała głową.
Panna Vane przywołała na twarz lekko zirytowaną minę, przewróciła oczami i odpowiedziała:
-Chodźmy na górę.
Kiedy wchodzili po schodkach, blondynka pokazała Williamowi dwa uniesione do góry kciuki, których jasnowłosa na szczęście nie zauważyła.
Usiedli przy jednym ze stolików, naprzeciwko siebie. Elizabeth założyła nogę na nogę, skrzyżowała ręce na piersiach i demonstracyjnie wpatrzyła w coś po swojej prawej stronie.
-Cóż, słucham -rzekła po chwili ciężkiej ciszy. -Co ma mi pan do zakomunikowania, o czym jeszcze nie wiem, hm?
Spojrzał na nią pozornie spokojnie, ale w jego prawie czarnych tęczówkach odnalazła tłumioną pasję i zarumieniła się, czując, że traci przewagę.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -odrzekł swobodnie Drake.
-Słucham?
Uśmiechnął się wyrozumiale.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -powtórzył.
-Dlaczego miałabym się na to zgodzić, panie profesorze?
Wzruszył ramionami.
-Ponieważ chce się pani na to zgodzić -odparł.
Elizabeth uniosła wysoko jasne brwi.
-Doprawdy? -spytała sceptycznie.
-I ponieważ bardzo panią o to proszę.
-Nie powinien pan tak ze mną pogrywać, panie profesorze -rzekła chłodno Elizabeth po chwili milczenia.
-Nie pogrywam z panią.
-Ależ tak!
-Chciałbym, by dała mi pani szansę.
-Szansę na co, jeśli można wiedzieć?
-Na wytłumaczenie. I na zdobycie pani względów.
Tylko William Drake mógł powiedzieć coś takiego i sprawić, by zabrzmiało to całkowicie poważnie, elegancko i męsko.
-Względy Clary Fleurot powinny panu wystarczyć. Nie wiem po co kłopotać się zdobywaniem i moich.
-Za nic mam Clarę Flaurot i jej względy -odparł obcesowo czarnowłosy.
-Daruje pan, że mu nie uwierzę.
-Mam panią błagać na kolanach, panno Vane?
-Zdaje pan sobie sprawę z faktu, że jestem na pana wściekła?
-Domyślałem się tego.
-Dobrze.
-Czyli zgadza się pani? -upewnił się Drake.
-Tak. Zgadzam -westchnęła Elizabeth.
-Przyjadę po panią o ósmej.
-W porządku.
William wstał i obszedł stolik.
-Zatem do zobaczenia, panno Vane -rzekł, po czym sięgnął po damską dłoń i pocałował jej wierzch.
-Do widzenia -odparła Liz nieprzytomnie.
Nie odprowadziła go. Dobre kilkanaście minut nie ruszała się z miejsca, myśląc o tym, co właśnie miało miejsce. Mimowolnie poczuła ekscytację i zdała sobie sprawę z faktu, że nie może się doczekać wieczoru.
Wyruszyła rankiem po weselu, po prawie nieprzespanej nocy, pierwszym pociągiem. Była wściekła na wszystko i na wszystkich. Na chwilę tylko wpadła do mieszkania, odświeżyła się i trochę uspokoiła, po czym postanowiła udać się do kawiarni, sądząc, że praca będzie najlepszym sposobem na zapomnienie.
Izabella była niezwykle zaskoczona widząc pannę Vane w pracy.
-Kochana -zaświergotała blondynka, mocno przytulając szarooką. -Co ty tutaj robisz?
-Sprawy potoczyły się nienajlepiej, Bello -powiedziała płaczliwym tonem jasnowłosa. -Nie mogłam tam zostać.
Baristka zrobiła współczującą minę.
-Zrobię ci kawy. Jeśli chcesz, możesz mi wszystko opowiedzieć.
-Kawa brzmi dobrze -Liz uśmiechnęła się blado. -A opowiadać za bardzo nie ma czego. Ot, kolejny raz dałam się zwieść pozorom. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu razach mogłabym się czegoś nauczyć!
Elizabeth pokręciła głową nad swoją głupotą.
-Pan profesor?
-A któżby inny -zironizowała panna Vane.
Bella podała jej kawę. Lizzy upiła łyk i westchnęła z lubością.
-Dzięki, kochanie.
Blondynka mrugnęła porozumiewawczo.
-Jeśli o to chodzi, zawsze możesz na mnie liczyć -zaśmiała się.
Panna Vane szybko dopiła kawę.
-Pójdę się przebrać -rzekła, podnosząc się z krzesła.
W tej samej chwili drzwi kawiarni otworzyły się i stanął w nich wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Kobiety zareagowały na jego przyjście na dwa różne sposoby: Izabella uśmiechnęła się szeroko i przemaszerowała z powrotem za kontuar, a Elizabeth zamarła, poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na twarz, po czym odwróciła się napięcie i zrobiła krok w stronę zaplecza.
W następnej chwili Drake był przy niej i ściskając ją mocno za rękę, spytał cicho:
-Możemy porozmawiać?
Lizzy zerknęła ponad jego ramieniem na Bellę, która energicznie pokiwała głową.
Panna Vane przywołała na twarz lekko zirytowaną minę, przewróciła oczami i odpowiedziała:
-Chodźmy na górę.
Kiedy wchodzili po schodkach, blondynka pokazała Williamowi dwa uniesione do góry kciuki, których jasnowłosa na szczęście nie zauważyła.
Usiedli przy jednym ze stolików, naprzeciwko siebie. Elizabeth założyła nogę na nogę, skrzyżowała ręce na piersiach i demonstracyjnie wpatrzyła w coś po swojej prawej stronie.
-Cóż, słucham -rzekła po chwili ciężkiej ciszy. -Co ma mi pan do zakomunikowania, o czym jeszcze nie wiem, hm?
Spojrzał na nią pozornie spokojnie, ale w jego prawie czarnych tęczówkach odnalazła tłumioną pasję i zarumieniła się, czując, że traci przewagę.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -odrzekł swobodnie Drake.
-Słucham?
Uśmiechnął się wyrozumiale.
-Chciałem zaprosić panią na kolację -powtórzył.
-Dlaczego miałabym się na to zgodzić, panie profesorze?
Wzruszył ramionami.
-Ponieważ chce się pani na to zgodzić -odparł.
Elizabeth uniosła wysoko jasne brwi.
-Doprawdy? -spytała sceptycznie.
-I ponieważ bardzo panią o to proszę.
-Nie powinien pan tak ze mną pogrywać, panie profesorze -rzekła chłodno Elizabeth po chwili milczenia.
-Nie pogrywam z panią.
-Ależ tak!
-Chciałbym, by dała mi pani szansę.
-Szansę na co, jeśli można wiedzieć?
-Na wytłumaczenie. I na zdobycie pani względów.
Tylko William Drake mógł powiedzieć coś takiego i sprawić, by zabrzmiało to całkowicie poważnie, elegancko i męsko.
-Względy Clary Fleurot powinny panu wystarczyć. Nie wiem po co kłopotać się zdobywaniem i moich.
-Za nic mam Clarę Flaurot i jej względy -odparł obcesowo czarnowłosy.
-Daruje pan, że mu nie uwierzę.
-Mam panią błagać na kolanach, panno Vane?
-Zdaje pan sobie sprawę z faktu, że jestem na pana wściekła?
-Domyślałem się tego.
-Dobrze.
-Czyli zgadza się pani? -upewnił się Drake.
-Tak. Zgadzam -westchnęła Elizabeth.
-Przyjadę po panią o ósmej.
-W porządku.
William wstał i obszedł stolik.
-Zatem do zobaczenia, panno Vane -rzekł, po czym sięgnął po damską dłoń i pocałował jej wierzch.
-Do widzenia -odparła Liz nieprzytomnie.
Nie odprowadziła go. Dobre kilkanaście minut nie ruszała się z miejsca, myśląc o tym, co właśnie miało miejsce. Mimowolnie poczuła ekscytację i zdała sobie sprawę z faktu, że nie może się doczekać wieczoru.
*
Dzwonek do drzwi zadzwonił trzy minuty przed ósmą. Elizabeth,
która raczyła się filiżanką herbaty w kuchni, zerknęła na zegarek i zdziwiła
się nieznacznie.
Taka punktualność… Coś niebywałego.
Dziewczyna poszła otworzyć drzwi.
Profesor Drake otaksował ją spojrzeniem, po czym, z małym opóźnieniem, przywitał się:
-Dobry wieczór, panno Vane.
Elizabeth zakładała płaszcz.
-Możemy iść -wymamrotała, czując, że jest bacznie obserwowana. Może nie powinna była się tak stroić, ale doszła do wniosku, że nie może pozbawić się jedynej broni.
Włożyła więc na siebie prostą, wąską, bawełnianą, czarną sukienkę sięgającą przed kolano, której jedyną ozdobą były zrobione z koronki rękawy. Inną zaletą kreacji, w opinii Lizzy, był nieduży dekolt, świadczący o tym, że dziewczyna nie ma zamiaru profesora kokietować, o flirtowaniu nie wspominając.
Drake jeździł czarnym (oczywiście) Volkswagenem. Kurtuazyjnie otworzył jej drzwi auta, zanim sam do niego wsiadł. Podczas podróży wcale się do siebie nie odzywali. Elizabeth była tak rozkojarzona, że nie zwracała uwagi na to, gdzie jadą, póki nie zatrzymali się przed jakąś restauracją.
Nie czekała, aż otworzy jej drzwi, wysiadła sama; nie skomentował. Odezwał się dopiero, gdy już byli w środku; zdejmując jej płaszcz, szepnął jej do ucha komplement:
-Wygląda pani zachwycająco, panno Vane.
Dziewczyna zarumieniła się wdzięcznie.
Przez cały wieczór rozmawiał z nią jak z dobrą znajomą. Lizzy była zdziwiona takim obrotem spraw -nie to zapowiadało jego, trzeba to było przyznać, desperackie zaproszenie. Pamiętała doskonale, co jej powiedział: chce wszystko wyjaśnić i „zdobyć jej względy”.
Też coś. Zdobyć względy.
Tymczasem wszystko -może oprócz tego komplementu na samym początku -było pozbawione romantycznych podtekstów, jakich dziewczyna się spodziewała.
Elizabeth miło spędziła czas. Drake był zachwycającym kompanem do rozmowy -mówił ciekawie, pięknie się wysławiał, podkreślał wypowiedzi gestami, w skrócie: widoczne było jego uniwersyteckie doświadczenie. Panna Vane, zaskoczona jak łatwo jej to przychodzi, odpowiadała mu równie swobodnie i z takim samym, jeśli nie większym, wdziękiem.
Po kolacji William zaproponował jeszcze drinka w jakimś cichym miejscu i Liz zgodziła się, sądząc, że pan profesor wreszcie przejdzie do rzeczy. Nie pomyliła się. Zabrał ją do jakiegoś baru, wybrał stolik w najciemniejszym kącie i gdy złożyli zamówienie, rozpoczął rozmowę:
-Nadal jest pani na mnie wściekła?
-Owszem -odparła bez litości dziewczyna. -Jeśli myśli pan, że miły wieczór załatwi sprawę, to się myli.
-Ach tak -powiedział wolno, unosząc wysoko jedną brew. Liz udała, że niczego nie zauważyła.
-Niech pan lepiej przystąpi do wyjaśnień -zażądała jasnowłosa.
-Wyjaśnienia, no tak -zaczął wolno Drake, po czym wzruszył ramionami. -Po Florencji, nie miałem prawa niczego od pani oczekiwać.
-Cóż, ja…
-Nie pomylę się chyba mówiąc, że pani nie miała prawa oczekiwać niczego ode mnie.
-No tak, ale…
Jego wargi wygięły się nieco w górę.
-Ach, więc pani się ze mną zgadza -zauważył mężczyzna.
-Powiedzmy -Elizabeth przewróciła oczami.
-Przypomni mi pani, dlaczego jest na mnie wściekła?
-Bardzo chętnie, panie profesorze -odparła Lizzy chłodno. -Jest pan jedną z niewielu osób, która wie, co zrobiła Clara. Mało tego, pana też kiedyś coś takiego spotkało. Mógł pan wybrać kogokolwiek, każdą inną kobietę, ale ona?
-Co ma pani na myśli mówiąc, że mnie też cos takiego spotkało?
Elizabeth zamarła na moment. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, mężczyzna westchnął głęboko.
-Zabiję Beatrice…
-Proszę jej za to nie winić -poprosiła łagodnym tonem Lizzy.
-Szybko się zaprzyjaźniłyście -zironizował Drake.
-Może mi pan odpowiedzieć, profesorze?
Skrzywienie wąskich ust.
-Była pani… jest pani zazdrosna -to było wyraźne stwierdzenie.
Elizabeth przygryzła wargę.
-Nie mam prawa, by być -odrzekła w końcu, patrząc w bok.
-Co nie zmienia faktu, że…
-Że jestem -skapitulowała panna Vane.
-Cóż, nie będę się z panią sprzeczał.
Milczeli przez dobrą chwilę. Elizabeth nie patrzyła na Drake’a, zbyt była zażenowana tym, co właśnie się stało.
-Jeśli to panią pocieszy, wyznam, że i ja byłem zazdrosny, i to wtedy, kiedy miałem do tego jeszcze mniej praw, niż pani -wyznał w końcu Drake, nie patrząc jej w oczy.
-Słucham?
-Pamięta pani drugi wieczór zeszłorocznego zlotu? -spytał.
-Oczywiście.
-Jeśli dobrze kojarzę, właśnie wtedy poznała pani Christophera Blooma.
-Był pan zazdrosny o Christophera? -zdziwiła się Elizabeth.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-Mówiłem, że miałem zdecydowanie mniej praw i, jak mam nadzieję, powodów.
Lizzy, będąc już lekko wstawioną, nie do końca przemyślała swoją odpowiedź:
-Chris? Poza jednym nieszczęsnym pocałunkiem, nic między nami nie było... ups -zakryła sobie usta dłonią. -Nie powinnam była tego mówić.
-Och nie -William uśmiechnął się dość paskudnie. -Proszę kontynuować.
-Nie wdawajmy się w szczegóły.
-Ależ to kwintesencja wszystkiego, droga pani.
Dziewczyna przewróciła oczami.
-Pamięta pan nasze spotkanie w Cambridge? Na urodzinach...
-Profesora Faulknera? Tak, pamiętam.
-To był wieczór pełen... żenujących sytuacji.
-Ma pani na myśli swoją ucieczkę?
-Nie tylko -rzekła Elizabeth. -Na dworzec odwoził mnie Christopher Bloom i powiedzmy, że bardzo chciał dać mi całusa na pożegnanie -zakończyła z nutką irytacji w głosie.
-Całusa w policzek?
-Dobrze pan wie, że nie -odpowiedziała chłodno jasnowłosa. Drake uśmiechnął się krzywo.
-Bardzo ciekawi mnie pani reakcja.
-Jaka mogła być moja reakcja? -westchnęła panna Vane. -Przecież to było ledwie dwa miesiące po... -urwała, rumieniąc się.
-Więc? -spytał William bezlitośnie.
-Czy pan zawsze musi wszystko wiedzieć?
-Tak.
-Powiedziałam Chrisowi prawdę.
-A konkretnie?
-Moja słodka tajemnica -odparła Elizabeth tylko trochę zalotnym tonem. -Nie mogę zdradzić panu wszystkiego, profesorze.
-Zapewniam panią, że byłbym uszczęśliwiony.
-Pańska kolej.
-Na co?
-Ja zdradziłam panu sekret, musi się pan odwdzięczyć. Nikomu wcześniej nie powiedziałam o tamtym nieszczęsnym pocałunku.
-Był aż tak kiepski? -zironizował mężczyzna.
-Nie powiem.
-W takim razie co by pani chciała wiedzieć?
Elizabeth zastanawiała się chwilę, obracając w palcach kieliszek.
-Chciałabym wiedzieć, czy pani Hallward powiedziała mi prawdę.
-Na temat...?
-Na temat pana. Pańska przyjaciółka twierdzi, że jest pan zakochany.
-Doprawdy?
-W tej samej kobiecie, już od dłuższego czasu.
-Proszę mnie spytać o coś innego, panno Vane.
-Nic innego mnie nie intersuje.
William westchnął.
-Odwiozę panią do domu.
Taka punktualność… Coś niebywałego.
Dziewczyna poszła otworzyć drzwi.
Profesor Drake otaksował ją spojrzeniem, po czym, z małym opóźnieniem, przywitał się:
-Dobry wieczór, panno Vane.
Elizabeth zakładała płaszcz.
-Możemy iść -wymamrotała, czując, że jest bacznie obserwowana. Może nie powinna była się tak stroić, ale doszła do wniosku, że nie może pozbawić się jedynej broni.
Włożyła więc na siebie prostą, wąską, bawełnianą, czarną sukienkę sięgającą przed kolano, której jedyną ozdobą były zrobione z koronki rękawy. Inną zaletą kreacji, w opinii Lizzy, był nieduży dekolt, świadczący o tym, że dziewczyna nie ma zamiaru profesora kokietować, o flirtowaniu nie wspominając.
Drake jeździł czarnym (oczywiście) Volkswagenem. Kurtuazyjnie otworzył jej drzwi auta, zanim sam do niego wsiadł. Podczas podróży wcale się do siebie nie odzywali. Elizabeth była tak rozkojarzona, że nie zwracała uwagi na to, gdzie jadą, póki nie zatrzymali się przed jakąś restauracją.
Nie czekała, aż otworzy jej drzwi, wysiadła sama; nie skomentował. Odezwał się dopiero, gdy już byli w środku; zdejmując jej płaszcz, szepnął jej do ucha komplement:
-Wygląda pani zachwycająco, panno Vane.
Dziewczyna zarumieniła się wdzięcznie.
Przez cały wieczór rozmawiał z nią jak z dobrą znajomą. Lizzy była zdziwiona takim obrotem spraw -nie to zapowiadało jego, trzeba to było przyznać, desperackie zaproszenie. Pamiętała doskonale, co jej powiedział: chce wszystko wyjaśnić i „zdobyć jej względy”.
Też coś. Zdobyć względy.
Tymczasem wszystko -może oprócz tego komplementu na samym początku -było pozbawione romantycznych podtekstów, jakich dziewczyna się spodziewała.
Elizabeth miło spędziła czas. Drake był zachwycającym kompanem do rozmowy -mówił ciekawie, pięknie się wysławiał, podkreślał wypowiedzi gestami, w skrócie: widoczne było jego uniwersyteckie doświadczenie. Panna Vane, zaskoczona jak łatwo jej to przychodzi, odpowiadała mu równie swobodnie i z takim samym, jeśli nie większym, wdziękiem.
Po kolacji William zaproponował jeszcze drinka w jakimś cichym miejscu i Liz zgodziła się, sądząc, że pan profesor wreszcie przejdzie do rzeczy. Nie pomyliła się. Zabrał ją do jakiegoś baru, wybrał stolik w najciemniejszym kącie i gdy złożyli zamówienie, rozpoczął rozmowę:
-Nadal jest pani na mnie wściekła?
-Owszem -odparła bez litości dziewczyna. -Jeśli myśli pan, że miły wieczór załatwi sprawę, to się myli.
-Ach tak -powiedział wolno, unosząc wysoko jedną brew. Liz udała, że niczego nie zauważyła.
-Niech pan lepiej przystąpi do wyjaśnień -zażądała jasnowłosa.
-Wyjaśnienia, no tak -zaczął wolno Drake, po czym wzruszył ramionami. -Po Florencji, nie miałem prawa niczego od pani oczekiwać.
-Cóż, ja…
-Nie pomylę się chyba mówiąc, że pani nie miała prawa oczekiwać niczego ode mnie.
-No tak, ale…
Jego wargi wygięły się nieco w górę.
-Ach, więc pani się ze mną zgadza -zauważył mężczyzna.
-Powiedzmy -Elizabeth przewróciła oczami.
-Przypomni mi pani, dlaczego jest na mnie wściekła?
-Bardzo chętnie, panie profesorze -odparła Lizzy chłodno. -Jest pan jedną z niewielu osób, która wie, co zrobiła Clara. Mało tego, pana też kiedyś coś takiego spotkało. Mógł pan wybrać kogokolwiek, każdą inną kobietę, ale ona?
-Co ma pani na myśli mówiąc, że mnie też cos takiego spotkało?
Elizabeth zamarła na moment. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, mężczyzna westchnął głęboko.
-Zabiję Beatrice…
-Proszę jej za to nie winić -poprosiła łagodnym tonem Lizzy.
-Szybko się zaprzyjaźniłyście -zironizował Drake.
-Może mi pan odpowiedzieć, profesorze?
Skrzywienie wąskich ust.
-Była pani… jest pani zazdrosna -to było wyraźne stwierdzenie.
Elizabeth przygryzła wargę.
-Nie mam prawa, by być -odrzekła w końcu, patrząc w bok.
-Co nie zmienia faktu, że…
-Że jestem -skapitulowała panna Vane.
-Cóż, nie będę się z panią sprzeczał.
Milczeli przez dobrą chwilę. Elizabeth nie patrzyła na Drake’a, zbyt była zażenowana tym, co właśnie się stało.
-Jeśli to panią pocieszy, wyznam, że i ja byłem zazdrosny, i to wtedy, kiedy miałem do tego jeszcze mniej praw, niż pani -wyznał w końcu Drake, nie patrząc jej w oczy.
-Słucham?
-Pamięta pani drugi wieczór zeszłorocznego zlotu? -spytał.
-Oczywiście.
-Jeśli dobrze kojarzę, właśnie wtedy poznała pani Christophera Blooma.
-Był pan zazdrosny o Christophera? -zdziwiła się Elizabeth.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-Mówiłem, że miałem zdecydowanie mniej praw i, jak mam nadzieję, powodów.
Lizzy, będąc już lekko wstawioną, nie do końca przemyślała swoją odpowiedź:
-Chris? Poza jednym nieszczęsnym pocałunkiem, nic między nami nie było... ups -zakryła sobie usta dłonią. -Nie powinnam była tego mówić.
-Och nie -William uśmiechnął się dość paskudnie. -Proszę kontynuować.
-Nie wdawajmy się w szczegóły.
-Ależ to kwintesencja wszystkiego, droga pani.
Dziewczyna przewróciła oczami.
-Pamięta pan nasze spotkanie w Cambridge? Na urodzinach...
-Profesora Faulknera? Tak, pamiętam.
-To był wieczór pełen... żenujących sytuacji.
-Ma pani na myśli swoją ucieczkę?
-Nie tylko -rzekła Elizabeth. -Na dworzec odwoził mnie Christopher Bloom i powiedzmy, że bardzo chciał dać mi całusa na pożegnanie -zakończyła z nutką irytacji w głosie.
-Całusa w policzek?
-Dobrze pan wie, że nie -odpowiedziała chłodno jasnowłosa. Drake uśmiechnął się krzywo.
-Bardzo ciekawi mnie pani reakcja.
-Jaka mogła być moja reakcja? -westchnęła panna Vane. -Przecież to było ledwie dwa miesiące po... -urwała, rumieniąc się.
-Więc? -spytał William bezlitośnie.
-Czy pan zawsze musi wszystko wiedzieć?
-Tak.
-Powiedziałam Chrisowi prawdę.
-A konkretnie?
-Moja słodka tajemnica -odparła Elizabeth tylko trochę zalotnym tonem. -Nie mogę zdradzić panu wszystkiego, profesorze.
-Zapewniam panią, że byłbym uszczęśliwiony.
-Pańska kolej.
-Na co?
-Ja zdradziłam panu sekret, musi się pan odwdzięczyć. Nikomu wcześniej nie powiedziałam o tamtym nieszczęsnym pocałunku.
-Był aż tak kiepski? -zironizował mężczyzna.
-Nie powiem.
-W takim razie co by pani chciała wiedzieć?
Elizabeth zastanawiała się chwilę, obracając w palcach kieliszek.
-Chciałabym wiedzieć, czy pani Hallward powiedziała mi prawdę.
-Na temat...?
-Na temat pana. Pańska przyjaciółka twierdzi, że jest pan zakochany.
-Doprawdy?
-W tej samej kobiecie, już od dłuższego czasu.
-Proszę mnie spytać o coś innego, panno Vane.
-Nic innego mnie nie intersuje.
William westchnął.
-Odwiozę panią do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz